Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włóczykijka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włóczykijka. Pokaż wszystkie posty

10 marca 2012

Dwie zaskakujące Włóczykijki w jednym poście...

...czyli lenistwa Marty ciąg dalszy. Przesilenie wiosenne czy jak to się zwie działa na mnie całkiem znacząco i nie potrafię się zmusić do żadnej konstruktywnej pracy. Przeprowadzka, powrót na studia i Semestr Koszmarnych Przedmiotów dobił mnie bardziej niż młotek ten gwóźdź mający czelność wystawać ze ściany. I gadam bez sensu jeszcze - porażka. 
Jednak zanim rozpoczął się SKP to miałam prawie cały luty ferii - od popołudnia 4. do wieczora 26 lutego. Miałam więc czas na czytanie i nadrabianie zaległości filmowych. Ze wstydem przyznam, że częściej nadrabiałam to drugie - jednaaaak!, powtarzam - coś tam przeczytałam. A mianowicie Włóczykijki, których miało nie być.

Maleńka książka, która odpychała mnie od pierwszego spojrzenia. Ja się na nią zapisałam? Sprawdziłam, i tak. Pewnie chciałam dać szansę tej autorce, choć wcześniej opisy jej książek do mnie wcale nie trafiały. Ale słowo się rzekło i słodycze zjadło. 
Miłośnica to opowieść o znanej polskiej agentce wywiadu brytyjskiego z czasów drugiej wojny światowej. Krystyna Skarbek, bo tak na początku nazywała się - o ile dobrze pamiętam - główna bohaterka, wiodła życie ciekawe, barwne, trochę dziwkarskie (wybaczcie!) i szczerze mówiąc, trochę za nadzwyczajne. 

Polska, rok 1982. Znany pisarz zwraca się do młodej dziennikarki, która popadła w niełaskę władz z prośbą o zebranie dokumentacji na temat hrabiny Krystyny Skarbek, arystokratki pochodzenia żydowskiego. Początkowo jest to dla dziennikarki tylko praca, rychło jednak "śledztwo", które prowadzi, wciąga ją, a wyłaniający się z niego obraz kobiety zaczyna fascynować. Bo też historia, którą poznaje, jest naprawdę niezwykła. Tajna agentka polskiej armii podziemnej, potem także brytyjskiego wywiadu, piękna Krystyna, podczas wojny posługująca się pseudonimem Christine Granville, wywiera wpływ na każdego, kto się z nią zetknie. Kolekcjonuje kochanków i bohaterskie czyny, nie przejawia za grosz ostrożności, rozkosz i śmierć dzieli w jej życiu ledwie dostrzegalna granica. Wokół historycznej postaci Krystyny Skarbek Maria Nurowska zbudowała barwną i wielowątkową opowieść o kobiecie zmagającej się z okrutnym losem, pełnej sprzeczności, do końca nieodgadnionej.

Może ja nie zrozumiałam tej powieści, nie dojrzałam do tego typu prozy ale mnie kolejne miłosne przygody bohaterki, notoryczne zmiany nazwiska, zakochani w niej mężczyźni najzwyczajniej w świecie nudzili. Autorka pisze świetnie, dzięki niej dotrwałam mniej więcej do połowy książki a jej narratorka mnie zaintrygowała ale sama Krystyna Skarbek nie zaskarbiła sobie mojej sympatii.
Prawdopodobnie dlatego, że gdybym żyła w jej czasach, byłabym żoną jednego z tych frajerów, którzy po pierwszym spotkaniu z agentką oddaliby jej swoje dusze i pozostawili całe dotychczasowe życie by móc wędrować po górach przy jej boku. Takie jest moje podejrzenie. Ale może dlatego też, że nie rozumiałam jej poświęceń, tych specjalnych zadań, które miała do wykonania, nie widziałam w nich sensu i nie pojmowałam ich rangi. Może będę okrutna, ale strona po stronie coraz bardziej chciało mi się rzygać tą perfekcyjnością bohaterki. Ani przez chwilę jej nie współczułam i nie rozumiałam, dlaczego musiała kochać się z każdym napotkanym mężczyzną. Jednak, co podkreślam, to tylko moje odczucia. Może byłam od początku uprzedzona.
Jak kończy się powieść? Jakie płynie z niej przesłanie? Czy coś z niej wyniosłam. Nie odpowiem Wam na te pytania. Przyznaję się bez bicia, tej Włóczykijki nie skończyłam i nie mam zamiaru chyba nigdy kończyć. Mam nadzieję jednak, że kogoś ta powieść zauroczy. Czemu nie? Nie wszyscy w końcu mają tak parszywy charakter jak ja :)

Kiedy zapisywałam się na tę z kolei powieść zrobiłam to dlatego, że wszyscy ją zachwalali. Okładka była dla mnie wręcz koszmarna, opis był nieszczególny, autorka nieznana. 

Któż z nas nie marzył o ucieczce z pełnego zgiełku, hałaśliwego miasta na cudowną wieś, gdzie czas płynie innym trybem i można spotkać niezwykłych ludzi? Powieść "Magiczne miejsce" opowiada historię życia na prowincji, w małej, ale za to bardzo malowniczej wiosce. Jej mieszkańcy są niezwykle oryginalnymi osobami: ktoś po amatorsku zajmuje się astronomią, inna osoba wytwarza perfumy dawnymi metodami, jest pasjonat piractwa i literatury marynistycznej.

Tym razem w książce pojawia się wątek miłosny, jest też historia przygodowo-kryminalna. Książka - podobnie jak "Napisz na priv" budzi pozytywne emocje, jest ciepła i krzepi (jak cukier).
Pisząc "Magiczne miejsce", miałam ciągle przed oczami moje dwa ulubione seriale telewizyjne, utrzymane w podobnym stylu: "Przystanek Alaska" i australijskie "Córki McLeoda". Mam nadzieję, że i ta książka znajdzie swoich zwolenników, choć jest (tematycznie) zupełnie inna niż "Napisz na priv". - Agnieszka Krawczyk.

Do tego, o zgrozo, nie cierpiałam serialu "Córki McLeoda". Tak, tak - narzekam na potęgę i jestem idealnym kandydatem na hejtera roku. Owszem :) Ale muszę powiedzieć, że ta akurat powieść pozytywnie mnie zaskoczyła. A co było pierwszym pozytywem jaki zauważyłam? Barwny styl. Czasami aż nazbyt kolorowy jak na czytadło o cudownie szczęśliwym zakończeniu ale na dobrobyt się nie narzeka. Więc i ja poddałam się magii małej miejscowości na końcu Polski leżącej i z zapartym tchem czytałam o mieszkańcach Idy.
Ciekawe, nietuzinkowe postacie, zaskakujące wątki i historie, dość nieprzewidywalne zwroty akcji... dobrze się bawiłam czytając tą książkę. Ubolewać będę tylko nad okładką, bo książka została nią skrzywdzona. A główna bohaterka miała włosy kręcone!
Nie chcę zdradzać fabuły, bo zdecydowanie warta jest poznania przez każdego, kto tu jeszcze zagląda. Dajcie jej szansę :) Uwierzcie mi na słowo i zanurzcie się w tej utopijnej opowieści. Czemu by nie? Czasem można. Bo ta utopia jest... taka w granicach rozsądku, bajkowa. Słodka do bólu ale do przełknięcia. Możliwe, że uznacie mnie za hipokrytkę, bo tak zgnoiłam Nurowską a pochwaliłam czytadło jakich wiele, ale cóż... zdania nie zmienię. Więcej Skarb(k)ów nie zdzierżę, a skarby piratów z "Magicznego miejsca" jakoś jeszcze przełknę.

Do napisania!
Oby w bardziej pochlebnych recenzjach!

10 sierpnia 2011

"Ona i on. Całkiem zwyczajna historia" Urszula Jarosz, Jerzy Gracz


On - Andrzej, dojrzały mężczyzna, scenarzysta filmowy.
Ona - Kaśka, trzydziestokilkuletnia fotografka i samotna matka dorastającego syna.
Poznają się przypadkowo na planie filmu i szybko odkrywają, że są dla siebie kimś wyjątkowym. Od tej chwili stają przed trudnym wyborem: miłość czy kariera.Opis miłosnych zmagań, pełnych niedomówień, pomyłek i podejrzeń, wzbogacają reportażowe fragmenty z podróży Kaśki do Afryki i w Alpy, widziane od kuchni ciekawostki z planu filmowego Andrzeja oraz duża doza ciepłego humoru. Współczesna powieść obyczajowa o miłości i samotności, o rozdźwięku między modą na bycie singlem a tęsknotą za ciepłem domowego ogniska. Historia opowiedziana na przemian przez parę głównych bohaterów, raz z perspektywy jego, raz z perspektywy jej.



   Do książki "Ona i on. Całkiem zwyczajna historia" autorstwa Urszuli Jarosz i Jerzego Gracza podchodziłam bardzo nieufnie. Wprawdzie podobała się wszystkim wokół ale była to książka polskich autorów o miłości w przedziale wiekowym jaki jeszcze nie jest mi znany. Zazwyczaj czytam młodzieżówki a tu taki przeskok. Jednak strona po stronie dawałam się coraz bardziej wciągnąć w to kompletne zagmatwanie uczuć i poglądów dwójki głównych bohaterów - Kaśki i Andrzeja.
   Kaśka to urodzona podróżniczka, zakochana w górach fotografka, której stałe związki są obce. Wprawdzie ma już dorosłego syna ale nigdy nie była z kimś na stałe. Mówi, że bez mężczyzn potrafi się obejść i tak jest. Do czasu, gdy poznaje Andrzeja na planie filmu kręconego w Tatrach.
   Andrzej to taki typowy facet, który myśli, że z wiekiem dorośnie do rodziny, dlatego odrzuca ideę zamążpójścia i traci dziewczynę swojego życia. Po wielu samotnych latach okraszonych krótkimi romansami spotyka Kaśkę. Na początku jest tylko kolejną ciekawą kobieta w jego życiu ale z biegiem czasu romans zamienia się w coś większego... głębsze uczucie, którego nie da się kontrolować tak łatwo. Andrzej się zakochuje i to z wzajemnością.
   Książkę czyta się zadziwiająco szybko i przyjemnie z obu perspektyw, ponieważ jest ona podzielona na dziesiątki maleńkich rozdzialików pisanych raz przez Kaśkę a raz przez Andrzeja. Ułatwia to wczucie się w sytuację obojga i jest ciekawa formą opisania historii obojga. Rezygnacja z narracji trzecioosobowej z tym wypadku wyszła na korzyść autorów. Jedna sytuacja wydawała mi się wątpliwa i nie dopracowana - Kaśka jako fotograf oraz osoba pilnująca interesu bliżej nieznanej firmy, której produkty miały być ukazane w filmie, ale trudno. Nic nie jest doskonałe.
   W powieści dzieje się wiele jednak nic bez przyczyny - wszystko jest dobrze rozplanowane i rozpisane więc czytelnik nie ma wrażenia, że coś mu umknęło. Gdy pisze się książki we dwoje ten aspekt na pewno jest trudniejszy do ogarnięcia więc tym bardziej podziwiam. Historia jest piękna ale zwyczajna i wyjątkowo nastrojowa jak na czasy, w których akcja jest osadzona, czyli w polskiej współczesności. Mam nadzieję w przyszłości sięgnąć też po inne dzieła tych autorów. Styl obojga zdecydowanie przypadł mi do gustu.
   Podsumowując moje dzisiejsze wynurzenia (a zdecydowanie jestem nie w formie jeżeli chodzi o recenzje) - książka "Ona i on. Całkiem zwyczajna historia" to bardzo dobra opowieść o miłości dwójki niezależnych i zakochanych w wolności trzydziestolatków, którzy muszą znaleźć kompromis pomiędzy marzeniami a miłością, aby nie utracić tego, co odnaleźli po latach - prawdziwego szczęścia.

"Dopiero teraz dotarło do mnie, że miłość, owo oszałamiające uczucie, niesie w sobie coś o wiele trudniejszego niż tylko zrozumienie drugiego człowieka. Niesie w sobie odpowiedzialność."

24 czerwca 2011

„Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia" Marek Tomalik

Stanąć na największym klifie świata... Poczuć za plecami ciepło bezkresnego kontynentu, a przed sobą chłód oceanu. Zasypiać pod kobaltowym niebem pełnym gwiazd. Przedzierać się przez wysokie trawy i niekończące się wydmy. Spotykać przyjaciół, którzy zawsze wskażą Ci drogę. Słuchać aborygeńskich mitów i opowieści poszukiwaczy złota. Nie wiedzieć, co zdarzy się jutro...
Ty też możesz to wszystko przeżyć. Wyrusz w podróż, po której nic już nie będzie takie samo.
Książka dla wszystkich fanów dalekich i samotnych wędrówek, pokazująca tajemnicze piękno i fenomen Australii. Napisana przez miłośnika tego dalekiego kontynentu - Marka Tomalika, znanego dziennikarza, współtwórcę Festiwalu Podróżników Trzy Żywioły, który przez piętnaście lat prowadził w Radiu Kraków program podróżniczy "Globtroter".



   Nie przepadam za przewodnikami, mówiąc wprost – nie lubię ich za bardzo. Zazwyczaj są nudnie napisane, zdjęcia są robione przez totalnych amatorów którzy nie wiedzą jak oddać piękno danego miejsca i w ogóle treści w nich zawarte wyglądają jak kopiuj-wklej z wikipedii. I jak tu ufać przewodnikom?
   Ta akurat „włóczykijka” zaskoczyła mnie równie mocno jak książka wygrana w konkursie, o którym dawno się zapomniało że istniał. Przyszła, oglądam z wszystkich stron, i myślę: co jest grane? Ja się zapisywałam na przewodnik? Okazało się, że to był błąd w zapisach, ale na dobre wyszło.
   „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia” Marka Tomalika to w sumie nie jest przewodnik, a na pewno nie taki typowy. Pełen zdjęć, całkiem dobrych i najczęściej z duszą, i napisany inaczej niż mogłabym się spodziewać. W formie luźnych historyjek dotyczących autora i jego przygód australijskich. Ale nie tylko, bo oprócz historii przygody z Australią pojawiają się też poważniejsze wzmianki o krzywdzących Aborygenów prawach i ogólnej historii tego ludu. O ich mentalności, o skojarzeniach z Polską, o historiach innych ludzi zakochanych w Australii, o atrakcyjności tego kraju w oczach „białych” ludzi. Tematów jest multum, ale motyw jeden:  wyspa-kraj-kontynent Australia.
   Książkę czyta się z przyjemnością, ponieważ autor ma lekkie pióro. Pisze krótko, rzeczowo, a jednak treściwie – zdecydowanie wie jak oddziaływać na czytelnika. Kocha kraj o którym pisze i stara się przedstawić go w takiej formie jaką widzi każdemu, który przełamie się i oprócz obrazków zacznie po prostu czytać. Najczęściej ukazuje same pozytywne aspekty podróżowania samotnie po Australii jednak czasami z jego historii można wychwycić coś więcej, nutę goryczy lub smutku, dotyczącą poświęcenia. Bo wszystko ma swoją cenę.
   Dzieło Tomalika jest obszerne nie tylko objętościowo, ale i w treści. Chociaż niektóre zdjęcia przykuwają uwagę, to historię opisane w kolumnie obok bywają jeszcze bardziej warte poznania. Cieszę się, że mogłam zapoznać się z tą książką. Wiele lat podróży autora do Australii (1989-2011) zaowocowało naprawdę piękną i pouczającą pozycją czytelniczą. Zachęciła mnie ona do zainteresowania się tak mało znanym mi dotąd kontynentem, który kojarzył mi się tylko z kangurami, pustyniami i strusiami.
   Książkę polecam wszystkim, na długie wolne wieczory o każdej porze roku. Jest w niej i trochę akcji, i romantycznych opisów miejsc, i parę ciekawych historii nadających się na motywy powieści obyczajowych, a także dosyć sporo o historii i kulturze. Więcej takich „przewodników” poproszę :)
   PS. Wiem już jaką książkę sprezentować bratu na następne urodziny. Uwielbia podróżować, a tam go jeszcze nie było – może uda mu się w taki wariacki sposób jak u autora zarobić na taką wycieczkę?


Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
Ilość stron: 320
Rok wydania: 2011

19 czerwca 2011

"Zaćmienie" Marta Magaczewska

"Ta historia pana zmieni" - powiada jeden z bohaterów powieści do mężczyzny, szukającego miałkich atrakcji na plaży. Zmieni, czyli otworzy oczy na świat inny, świat intrygujący, bo przesycony tajemnicą, świat nie z tej ziemi. 

Literatura rozrywkowa oferuje dziś wiele takich światów-półproduktów, światów-wytworów nowoczesnych technologii. Tyle że zwykle gubi się w nich człowiek. Marta Magaczewska całą siłą sugestywnego pióra buntuje się przeciw tej tendencji: przeciw uprzedmiotowieniu człowieka, przeciw traktowaniu kobiety jako rozrywki, przeciw miłości jako zetknięciu naskórków, jak pewien typ relacji męsko-damskiej trafnie określił Chamfort. Autorka "Zaćmienia" umieszcza swych bohaterów wśród malowniczych pejzaży Bretanii, ale uwagę koncentruje nie na egzotyce przyrody, lecz na pełnym napięcia byciu - gestach, słowach i milczeniu - mężczyzny i kobiety. Tworzy obraz zagadki nietypowej, dowodzi tego, że nieogarnionym i niepoznawalnym kosmosem potrafi być jedna drobna, krucha ludzka istota dla drugiej. 


   Z ciekawości przeczytałam jedną recenzję tej książki i ruszyłam w komentarze, a tam zabawna uwaga: "nie zabieram książek polskich pisarzy na wakacje". W pierwszej chwili miałam zamiar odpisać - mądre słowa, ale z polską prozą nie jest aż tak źle. No dobrze, współcześni pisarze nie są mi najczęściej bliscy, bo wolę starego dobrego Makuszyńskiego, Musierowicz czy Zarzycką, ale pamiętam, że dobre wrażenie z nowoczesnych powieści zrobiła na mnie np. Katarzyna Michalak "Poczekajką" czy Dorota Terakowska "Córką czarownic". I będę szukać dalej, aż znajdę kolejną ukochaną pisarkę czy pisarza - eksperymentuję w literaturze i igram z tym ogniem, i wiem, że tak jak i w najlepszym laboratorium, najczęściej najlepsze zamiary spalą na panewce... Ale trzeba próbować.
   Akcja rozpoczyna się w momencie, gdy wszystko co miało się zdarzyć już się zdarzyło, a załamany główny bohater Marius Geert, przeżywa swoją stratę. Spotyka na ławce drugiego mężczyznę, albo może na odwrót, bo najpierw głównym bohaterem jest bliżej nieznany wczasowicz. Pragnie odpoczynku i ładnych widoków, a zastaje ulubioną ławkę, stojącą naprzeciw morza, zajętą przez człowieka, który nie zamierza jej w najbliższym czasie opuścić i proponuje po krótkiej rozmowie opowiedzenie swojej historii. A więc znudzony wczasowicz słucha.
   Marius, z wykształcenia matematyk, z zamiłowania astronom spędza swój urlop w Dieppe, w Bretanii. Pewnego dnia wędruje po plaży i spotyka na skale wbijającej się w morze jakąś osobę, całą ubraną na czarno, której zagraża utopienie w trakcie nadchodzącego przypływu. Idzie więc jej na ratunek i tak zaczyna się historia Lydii i Mariusa. 
   Przerażający opis z tyłu książki sugeruje, że bohaterka nazywa się Lydia-Mara-Vivienne. Nic bardziej mylnego, nie bójcie się więc, że będzie to jakaś brazylijska telenowela. Ona po prostu się ukrywa - przed czym i dlaczego? To już musicie odkryć sami. Jeżeli teraz napiszę choćby odrobinę, czytanie tej książki nie będzie miało sensu, ponieważ jest to powieść w której niewiele się dzieje na zewnątrz, ale w głowach bohaterów... całe mnóstwo zmian. Wątki poboczne, są niezbyt rozbudowane i niewiele znaczące.
   Najważniejsze jest to, że Lydia/Mara/Vivienne mówi dużo o śmierci, ma obsesję na jej punkcie i wszystko się wokół tego kręci. Śmierć i kult Ankou, to główne motywy pojawiające się w tej książce. Razem z Mariusem i uratowaną przez niego kobietą wędrujemy po Francji w poszukiwaniu tych symboli. Nie powiem, że była to dla mnie przyjemna podróż.
   Żałowałam prawie każdej chwili spędzonej na czytanie tej książki. Były momenty, gdy się wciągnęłam w fabułę i nie zauważałam mijającego czasu, goniąc za ukrytą przez Lydię prawdą na temat jej przeszłości, próbując odkryć jej tajemnice. Ale gdy na horyzoncie pojawiał się jej pamiętnik - bo historia opowiadana przez Mariusa jest podzielona takimi właśnie fragmentami - miałam naprawdę dość tego całego smutku przeszywającego Lydię na wskroś. W sumie nie bardzo nawet wiem dlaczego jej życie było takie bezsensowne, chyba po prostu było - albo przespałam wytłumaczenie. Bo przy tej książce potrafiłam zasnąć nawet w środku dnia. A w mojej ograniczonej terminologii, osobę o poniższym sposobie myślenia nazwałabym po prostu emo.
"Przypadkowość istnienia. Czy ktokolwiek na tej ziemi odczuwa ją tak głęboko jak ja?"
"Czasem fakt mojego istnienia tak mnie wzrusza, a zarazem przeraża, że mam ochotę płakać, objąć się ramionami i utulić w sobie tę kruchutką duszę, która tak bardzo boi się życia." 
   Inna kwestia, mniej filozoficzna. Wprawdzie Marius jest na urlopie, ale żadnych letnich akcentów, dobrej pogody, promieni słońca, raczej się tam nie uświadczy. Jeżeli już, to bardzo rzadko i dozowane, ponieważ Lydia nie lubi słońca. Ma mroczny charakter, jest skryta i cicha, a jej dialogi z Mariusem niewiele ujawniają. To tylko wymiana uprzejmości, albo i tego nawet brakuje, bo Lydia traktuje Mariusa przedmiotowo - jak taksówkarza. A przynajmniej ja takie wrażenie odniosłam. Potrzebuje go, ale nie traktuje go poważnie. Gdybym spotkała Lydię w świecie rzeczywistym, poleciłabym jej po prostu korzystanie z autobusu albo  autostopu.
   Powieść jest mroczna i tajemnicza, ale zdecydowanie nie dla mnie. Nawet nie wiem, jak ją opisać. Nie wiem co napisać, bo chociaż z każdym rozdziałem książka wydawała mi się lepsza, to jednak nie polubiłam żadnego bohatera, nie przywiązałam się do niego, nie rozumiałam jego zachowań i w ogóle wszystko co się działo w tej książce było dla mnie nierealne i wymuszone. Wręcz ciężkie. Jestem świadoma, że nie każda książka może być napisana przyjemnym językiem, z tą akurat w tej kwestii nie było źle, ale gdy nie gra i się nie klei nie rozumiem sensu historii. Książka ma być ucieczką w inny świat, lepszy lub groszy, ale z "równoległego wszechświata". Tu zdecydowanie czułam się gościem na planecie Ziemia.
   Dość już pastwienia, ostatnia kwestia dotycząca akcji włóczykijka - dlaczego ta książka ma wędrować? Bo na świecie na szczęście istnieją ludzie, którzy będą delektować się tym mrożącym krew w żyłach niepokojem Mariusa i tajemniczością Lydii, ludzie którzy docenią tę historię i jej przesłanie. Którzy od książki wymagają czegoś więcej niż czystej przyjemności, i nie są tak ograniczeni jak ja. A zatem, niechaj wędruje! 



Wydawca: Wydawnictwo JanKa
Ilość stron: 176
Rok wydania: 2010

1 czerwca 2011

"Spalona róża" Anna Walczak

Medison Carpen i Daniel Broogins są przeciwieństwami. Ona od zawsze biedna, poniżana i doświadczona przez los. Nic nieznacząca. On bogaty i pożądany, krętacz, kobieciarz. Drań. Nienawidzą się.
Czy żyjąc pod jednym dachem, w mrocznym domu i czarnej przestrzeni, pomimo przeciwności losu i niebezpieczeństwa, uda im się uwierzyć w miłość?




Książkę recenzowałam w ramach akcji "Włóczykijka":
   Opis krótki i fabuła powieści też niestety nie przyprawia o ból głowy od nadmiaru wrażeń. Nie chcę być "kolejną, która się pastwi", bo rozumiem dlaczego wydawcy postawili na tę książkę: szybko i przyjemnie się ją czyta, ale... i o tym będzie dalej. Od strony technicznej, rażą literówki i powtórzenia, ale to już korekta zawiodła.
   "Spalona róża" to - jak głoszą nagłówki różnych artykułów dotyczących książki - gotycki romans. Nie znam tego gatunku, nie spotkałam się wcześniej z książkami tego typu, ale jaki by to nie był romans - pomysł na fabułę raczej nie był zbytnio przemyślany, racjonalny czy choćby odrobinę logiczny wobec reguł rządzących naszym światem i uczuciami ludzi, tymi choćby najprostszymi. Zrzucanie wszystkiego na karb wieku? Byłoby łatwiej powiedzieć, że autorka jest zdecydowanie zbyt młoda żeby wiedzieć to czy tamto. Ale myślę, że nie do końca w tym sęk, bo mając lat jeszcze naście w wielu sprawach jestem zielona i tylko przypuszczam, jak to wygląda naprawdę. Nie o to chodzi. Zręczny pisarz potrafi stworzyć każdą sytuację i nadać jej smak zwyczajności. I o to mi chodzi - że od książki wymaga się kompletności. Tu jej moim zdaniem brakowało.
   Pod jedną z wielu recenzji powieści Anny Walczak przeczytałam, że recenzentka ma już dość bycia królikiem doświadczalnym polskich wydawców i autorów. I w pewnym sensie się z nią zgadzam, bo przecież gdy idziemy do księgarni żądamy pozytywnych wrażeń po lekturze książki kupionej za taką czy inną kwotę. Może i recenzent ma ten przywilej, że książkę musi jedynie skończyć i ocenić, ale co ma powiedzieć przeciętny zjadacz chleba, który chce sięgnąć po polską prozę i uświadamia sobie, że wydał pieniądze w błoto? Jestem świadoma tego, że słowa, których używam mogą być zbyt ostre, ale nie chcę wprowadzać taryfy ulgowej. Skoro autorka nie poczekała z wydaniem książki, ja nie będę czekać, aż mi zły humor przejdzie.
   Bo na początku naprawdę chciałam książkę włożyć z powrotem do koperty i mieć to z głowy. Początek tej historii jest tak strasznie naciągany jak historie z południowo amerykańskich telenoweli. On - bogaty, nieziemsko przystojny, dobrze wychowany i wyrachowany... i on ma problem ze znalezieniem żony?! Aż musi się zgadzać na propozycję znienawidzonej od czasów nastoletnich prawie-żebraczki, bitej przez ojca? "Wali cukierkami po oczach, że aż boli", jakby to powiedziała współczesna nastolatka. Do tego ona, pomimo wieku 23 lat (!), wciąż mieszka z ojcem, który dzień w dzień ja katuje. Niewolnica vel męczennica Isaura? Gdyby mój ojciec zachowywał się tak samo wyrzuciłabym go z domu albo sama bym uciekła. Gdziekolwiek. Mówię poważnie.
   Za to Medison (skąd to imię? co za pisownia? wrzucam w Google i wyskakują mi jakieś medyczne programy komputerowe!) pomimo upokorzeń z jego strony tęskni za nim jak za najlepszym ojczulkiem i martwi się o niego, co dla mnie jest wręcz podejrzane. Ta silna, inteligentna, pyskata i tak dalej... I to jest moim zdaniem niespójność we własnych poglądach. Bohaterowie nie zostali skonstruowani na bazie swoich doświadczeń życiowych. One zostały im dodane. Daniel jest pod tym względem trochę bardziej zadbany, bo wyjaśnia motywy swoich działań w pewnym momencie, ale co do Medison, nie mam wątpliwości, że jej postać przerosła autorkę.
   Co do gatunku zaś... jeżeli gotycki charakter powieści został przedstawiony w opisach środowiska, to ode mnie masz dziewiątkę. Bo jak czytałam o tych wystrojach wszystkich pokoi: bordowy, czarny, ciemnozielony - połączonych z bielą raczej nie miałam najlepszych wyobrażeń przed oczami. Ale czerń mnie przytłaczała, przytłaczała mnie do głębi i naprawdę byłam pod wrażeniem tych ciemności egipskich. Od razu mi słońce za oknem gasło.
   I na koniec pozytywy: rozkręcająca się akcja pod koniec książki. Te intrygi, knowania, spiski - mogłam przy nich znieść jednomyślność bohaterów (Daniel i Medison nazywali przyjaciół domu harpiami) i ich ciągłe sztuczne kłótnie o nic. Patrząc na fabułę ze strony wypowiedzi Medison, chciała zostać żoną Daniela, by po prostu mieć gdzie mieszkać. Skoro więc już u niego mieszkała, mogła zachowawczo siedzieć cicho a nie głupio igrać z ogniem - naprawdę głupio - i prowokować Daniela, by non stop chodził podenerwowany, delikatnie rzecz ujmując. I znowu wróciłam do minusów...
   Postać Michaela - najlepszego przyjaciela Brooginsa - była nieco dziwna, ale miał być mroczny i taki był. Dwulicowy, inteligentny, ulegały mu kobiety - i tak właśnie się przedstawiał. Ponadto, jego perfidia i bezwzględność również w pewien sposób mi się podobały, choć na początku jego pseudo zagadkowe wypowiedzi raczej mnie śmieszyły.
   A zatem, podsumowując, warto było doczytać tę książkę do końca. Dla Madeleine, o której zapomniałam wspomnieć, ale była naprawdę wesoła z tymi swoimi planami o dzieciach, dla akcji, niewielkiej ale zawsze akcji oraz dla Daniela, który był odpowiednio mroczny do swojej roli. Ale w drugim wydaniu zdecydowanie postawiłabym na jednokrotne użycie słowa demon - przy drugim i trzecim czułam się tak, jakbym czytała o egzorcyzmach albo o jakichś piekielnych sprawach. I ten tytuł, taki trochę wymuszony, ale niech będzie - ładnie brzmi, a przecież o to właśnie chodzi.
   Następna książka na pewno będzie lepsza, wierzę w to i trzymam kciuki za autorkę, bo talent pisarski jest, tylko trzeba też posiedzieć trochę nad fabułą. 


Wydawca: Wydawnictwo Novae Res
Ilość stron: 352
Rok wydania: 2010
Nabyta przez: włóczykijka

1 kwietnia 2011

"Panny Roztropne" Magdalena Witkiewicz

Czy w dwudziestym pierwszym wieku są jeszcze panny roztropne? – zastanawia się ośmioletnia Zuzanna, zwana Bachorem, dziecię nieprzeciętnie inteligentne, a w dodatku przecudnej urody. Czy panną roztropną jest Milaczek, w dalszym ciągu szukający miłości idealnej, czy może ponad sześćdziesięciopięcioletnia ekscentryczna i nadal seksowna młoda mężatka, pani Zofia Kruk? A może Aleksandra Pieczka, emerytowana gimnastyczka, która uciekając od mężczyzny swojego byłego życia, zatrzymała się w domu pod lasem?
Czy aby być panną roztropną należy mieć oliwę w torebce, czy wystarczą zwykłe baterie? I co na to pies arystokrata - Parys Antonio, który baterii zdecydowanie nie lubi?


   Czekałam, nim podejmę się napisania tej recenzji, ponieważ często bywa tak, że świeżo po przeczytaniu mam wrażenia średnie, a później jest tylko lepiej, bo drobne wątpliwości dotyczące stylu, bohaterów czy niektórych zdarzeń rozmywają się w perspektywie całości. Przy tej książce tak się jednak nie stało i aż głupio mi krytykować, bo dostałam tę książkę w ramach świetnej akcji Włóczykijka. Otwierając paczkę myślałam, że będzie "fajnie" i dołączę do rzeczy zadowolonych recenzentek...
   Zaczyna się niewinnie - nawiązanie do przypowieści o pannach roztropnych czekających na oblubieńca. Spodziewam się więc zapobiegliwych trzydziestek, które wiedzą, że dla nich to już ostatni dzwonek, kombinujących, jak tu znaleźć przyzwoitego męża. I w przypadku jeden i pół na trzy mam rację. Wspomnianą trzydziestką jest Milaczek oraz po części Aleksandra. A skoro Aleksandra w połowie to zostaje jeszcze Zofia. Ola to gimnastyczka, która niedawno zakończyła karierę i po zdradzie partnera wyprowadza się do wynajętego mieszkania. A wynajmuje je od drugiego czyli aktualnego męża pani Zofii - kobiety, która o roztropność nie musi się martwić.
   Książkę czyta się naprawdę bardzo szybko i styl jest całkiem przyjemny, ale moim zdaniem "skakanie z kwiatka na kwiatek", czyli podział książki na setki jedno- czy dwustronicowych fragmentów, notoryczne cofanie się lub wybieganie w przyszłość jest męczące i wprowadza zamęt. Szczególnie niektóre fragmenty "tłumaczące" sytuację, która nastąpiła, opisujące wydarzenia ją poprzedzające. Niektórych rzeczy czytelnik może się domyślić, naprawdę, czasami tłumaczenie jest po prostu zbędne. A teksty typu: "Parys Antonio patrzył na to, gryząc (no i co tam pies może gryźć)", zajmujące całe akapity, były nadzwyczaj częste i mi nie przypadły do gustu. Działo się coś ciekawego, dynamicznego, i nagle jakby przekłuć balon. Po akcji.
   Nie polubiłam bohaterów, bo mimo iż byli różni i nie szablonowi, to jednak dla mnie nie byli zbyt realni: mężczyźni, którzy nie lubią się upijać i jak ognia boją się kolegów od kieliszka? Bachor, który już od pierwszej strony rzuca tak poprawną polszczyzną, że aż się o mało co nie zachłysnęłam. Szkoda, że nie przepisałam sobie cytatu o Parysie Antonio. Znam wiele dzieci w tym wieku, znam też starsze oraz młodsze piekielnie inteligentne, a jednak żadne nie wypowiada tak złożonych zdań. Drugą bohaterką, która (jak dla mnie) zasługuje na miano nad wyraz charakterystycznej, jest Zofia. Zofia, która ma 65 lat, idealny biust któremu już nawet znawczyni od staników nie może nic doradzić, Zofia która non stop siedzi ze swoim nieśmiałym mężem w sypialni i ta Zofia, która troszczy się o Milenę, Zuzannę i w ogóle wszystkich wkoło. Pod względem urody mogłaby stanąć w szranki z niejedną małolatą itd. Wątek Aleksandry za to jest szerzej poruszony na początku  powieści, później stopniowo zanika, przeplatając się nieco z historią bliźniaków i tego całego gościa z zarządu Wspólnoty Mieszkaniowej, którego charakter też jest nie do pozazdroszczenia.
   Podsumowując, książkę czyta się szybko, styl jest przyjemny, choć moim zdaniem dialogi odrobinę niedopracowane. Bohaterowie mnie nie urzekli, ale jednak na tyle zaciekawili, że książkę czytać skończyłam - chyba głównie dla Mileny. Nie powiem, że nie polecam, bo czemu nie? To nie jest dokładnie mój ulubiony typ książek. Spróbowałam - nie umarłam, i skoro tak wiele moich koleżanek blogowych to poleca, to chyba warto. Ja się na wszystkim nie znam - ja tylko wyrażam swoją opinię. Dlatego też myślę, że książka powinna wędrować, by potencjalne czytelniczki wyrażały swoje opinie, a autorzy mogli się rozwijać. A więc w drogę!


Wydawca: Wydawnictwo SOL
Ilość stron: 255
Rok wydania: 2010