Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Egmont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Egmont. Pokaż wszystkie posty

6 sierpnia 2014

"Ukryta Brama" Eva Völler


Sebastiano i Anna w swoich podróżach między przeszłością a teraźniejszością przenoszą się do XIX-wiecznego Londynu. Misja, w której mają wziąć udział, jest najniebezpieczniejszą spośród tych, w które dotychczas byli zaangażowani. Jednemu ze Starców zależy na tym, aby zniszczyć bramy czasu, wyeliminować z gry wszystkich podróżników w czasie i zdobyć niepodzielną władzę nad światem. Czy uda się go powstrzymać?
"Ukryta brama" to już trzeci tom zapierających dech przygód Anny i Sebastiana. Młodzi podróżnicy w czasie byli już w Wenecji (Magiczna gondola) i Paryżu (Złoty most). Teraz odwiedzą Londyn.

   Wyobrażacie sobie, że znikają wszystkie wieki i zostaje tylko jeden rok, który zapętla się i powtarza w kółko aż do skończenia świata? Bo ja nie. A na takim założeniu opiera się akcja książki "Ukryta brama" Evy Voller. 
   Anna i Sebastiano to sympatyczna para podróżników w czasie, którą poznałam w Wenecji w "Magicznej gondoli" i której towarzyszyłam również w Paryżu w "Złotym moście". I za każdym razem podróże w czasie razem z nimi były największą przyjemnością, ale coś się popsuło. Albo ja dorosłam, albo autorka się nie popisała, bo pomysł na fabułę zdecydowanie mnie zawiódł. Może moja wyobraźnia nie działała jak trzeba po męczącym semestrze i ciągłym niewyspaniu, ale przy każdej kolejnej "akcji" jedynie przewracałam oczami i brnęłam dalej tylko po to, żeby wiedzieć jak to się skończy. Teoretycznie wiedziałam, że będzie dobrze, ale dla sprawdzenia tej tezy, przeczytałam do końca.
   Jednak nie bójcie się, nie było tragicznie. Anna jest świetną narratorką i dzięki jej żartom często uśmiechałam się do książki. Sebastiano jest typowym Włochem, więc i on zdecydowanie dawał radę, jako poprawiacz humoru. Tylko szkoda, że zostali wrzuceni na tak głęboką wodę i mało co, a utonęli by w niej, goniąc absurd za absurdem. Przynajmniej według mnie. Nie chcę sypać przykładami, bo "spojlerowanie" nie jest wskazane, ale chętnie ucięłabym sobie pogawędkę dotyczącą logiki z osobą, którą ta książka bezgranicznie zachwyciła. Z autorką nie dałabym rady, nie znam niemieckiego. 
   Pozostawiam jednak tę fabułę. Jestem typową blondynką i jest możliwe, że ja jej po prostu nie zrozumiałam. Zdecydowanie możliwe. Porozmawiajmy zatem o bohaterach drugoplanowych. Tutaj mogę panią Voller pochwalić i przybić jej piątkę. Spodziewajcie się niespodziewanego - jak powiedział ostatnio jeden z siatkarzy i wielu innych mądrych ludzi przed nim. Autorka nieźle namiesza wam w głowach. Złe i dobre charaktery są po prostu nie do odróżnienia i ciągle zastanawiamy się, kto jest pomagierem złego starca próbującego nieźle namieszać w linii czasu. A "intergalaktyczny translator" wariuje i niewiele pomaga w tej sprawie. Słowem: dzieje się. 
   Dlatego nie mogę powiedzieć, o tej książce, że jest zła. Ma zbyt wiele atutów by jednoznacznie wrzucić ją do jakiejkolwiek kategorii. Do Evy Voller mam sentyment i wierzę, że ta książka też większości się spodoba a w moim przypadku trafiła na zły okres. Wiecie, taki nastolatkowy bunt, kiedy kwestionuje się wszystko i wszystkich a cały świat wydaje się beznadziejny. Tyle, że nie jestem nastolatką. Ech. Sama bym zapętliła jakiś rok. Może jednak Zły Starzec nie miał takiego złego pomysłu? 

17 marca 2014

"Król uciekinier" Jennifer A. Nielsen


Drugi tom niezwykłej Trylogii władzy! Zaledwie chwilę temu Jaron zasiadł na tronie, a już zaczynają krążyć pogłoski o planowanym zamachu na króla. W dodatku najwyraźniej szykuje się wojna – piraci żądają zwrotu należących do nich kiedyś ziem, w przeciwnym razie napadną na Carthyę. Żeby uratować królestwo, Jaron będzie musiał je… opuścić. Ale czy będzie mógł do niego wrócić?




      Kiedy na tronie zasiada młody i nieznany dotąd król, nie trzeba długo czekać na kłopoty. A Jaron niestety pasuje do rysopisu, po tym jak podstępem odzyskał władzę i powrócił na dwór po czterech latach bycia zaginionym. Ale od początku. No chyba, że nie czytaliście „Fałszywego księcia” - wtedy do biblioteki/księgarni marsz. Dlaczego warto? Przeczytacie choćby w mojej recenzji.
   „Król uciekinier” to druga część trylogii, dedykowanej głównie młodzieży, opowiadająca o losach młodszego syna króla Carthyi, który po śmierci brata i rodziców wraca do zamku, by odzyskać władzę i zadbać o swoje państwo, na które sąsiedzi już ostrzą sobie pazury. Co gorsza, chyba tylko jeden z regentów (członków rady państwa) tak naprawdę chce jego powrotu, zaś reszta knuje by odebrać mu władzę przynajmniej do czasu osiągnięcia pełnoletności.
   Ale Jaron nie byłby sobą, gdyby nie walczył. Regenci swoje, a on swoje. A skoro na jego barkach spoczywa los tysięcy poddanych, tym bardziej musi się postarać, by władza została w jego rękach bo tylko on ma na uwadze dobro ludu. I chociaż już brzmi to do bólu słodko, to gdy zwróci się uwagę na to, że Jaron poznał sytuację swoich rodaków od podszewki, zrozumiałe jest, że chce dla nich jak najlepiej. Bywał biedny, głodny i nękany przez Aveńczyków. Widział wszystko to, czego z wysokiego dworu nie widzieli regenci i chciał wykorzystać swoją pozycję by coś zmienić. Dodatkowo, nasz bohater jest młody i - mimo tego, że sporo już przeżył - pełny wiary, że może coś zmienić. Zatem działa.
   Nie będę Was oszukiwać. Mimo litrów przelanej krwi jest to książka dla młodzieży, więc nie spodziewajcie się nadmiernego tragizmu i rozrywających serce zabójstw bohaterów, jednego po drugim. To nie „Gra o tron”. Ma być z morałem, z umiarem, nadzieją, miłością i szczęśliwym zakończeniem. Ale za to intrygi na dworze, knowania, spiski, zdrady, sojusze… Tego autorka nie miarkuje i dostajemy soczystą historię o słabościach ludzi, którzy mają pieniędzy i władzy w nadmiarze. Otrzymujemy też pełną przygód drogę Jarona od zera do bohatera i muszę przyznać, że śledziłam ją z zapartym tchem, bo młody król naprawdę lubi igrać z ogniem a autorka zaskakiwać. Do tego wątek miłosny, który jest na tyle na ile to możliwe, drugoplanowy. Od epizodu do epizodu. Przede wszystkim, liczy się akcja. A tej nie brakuje.
   Na początku nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce. Jak to „Król uciekinier”? Dlaczego Jaron miałby gdzieś uciekać? A potem, strona po stronie, zazdrościłam autorce jej pomysłu, lekkiego pióra, tego jak bardzo polubiłam tego przekornego i odważnego Jarona vel Sage’a., historii jaką wymyśliła i odsłaniała krok po kroku i przyjaciół wcześniej wspomnianego. Książkę pochłaniałam zachłannie i ciężko było rano wyjść z łóżka, skoro zostało jeszcze kilkadziesiąt stron. Teraz wciąż jeszcze czuję niedosyt i nie mogę uwierzyć, że już skończyłam, bo czytałabym dalej. Możliwe, że to przez to, że zakończenie nie wbiło mnie w fotel. Tak, taka książka zasługiwała na większy przytup. Ale nie narzekam, bo czytanie „Króla uciekiniera” było ogromną przyjemnością :)

23 lutego 2014

"Alchemia miłości" Eve Edwards


Kiedy w 1582 roku młody Will Lacey został hrabią Dorset, czekało go trudne zadanie. Zmarły ojciec zostawił majątek w ruinie i Lacey musiał jak najszybciej ożenić się z posażną panną, aby uratować swój ród. Na dworze Elżbiety I pełno było takich dam, lecz serce Willa biło mocniej tylko dla Ellie – ślicznej, uczonej dziewczyny, która nie posiadała nic poza bezwartościowym hiszpańskim tytułem. Gdy rodzina nalegała, aby Will poślubił lady Jane, piękną i bogatą szlachciankę, której majątek mógłby podnieść ich ród z upadku, młody hrabia stanął przed odwiecznym wyborem – serce czy rozum?

Książka Eve Edwards jest mądrą opowieścią o miłości w trudnych czasach, podległych wielkiej polityce. Anglia, której król Henryk VIII narzucił przejście na protestantyzm, pod władzą Elżbiety I żyje obsesją katolickich szpiegów i zagrożenia ze strony Hiszpanii. Szlachcic z dworu królowej, który zakochał się w dziewczynie z hiszpańskim tytułem, wiele ryzykował…

   Co jest ważne, co ważniejsze? - pytam się samej siebie, próbując rzeczowo ocenić powieść Eve Edwards i określić swoje odczucia jak najlepiej. Bo przecież mogę wyrzucić z siebie potok słów, ale jeżeli się nad nim nie zastanowię, będzie to tylko i wyłącznie bezsensowny bełkot. Piski już-nie-nastolatki krzyczącej: to było cudowne, chcę jeszcze, chcę tu zostać. Ale każda bajka ma swój koniec i moja przygoda w Anglii za czasów panowania Elżbiety I dobiegła na razie końca. Prawdopodobnie wrócę tam jeszcze, ale dzisiaj pozostawiam za sobą krainę średniowiecznych rycerzy i wracam do rzeczywistości, tylko przed snem łudząc się, że to wszystko mogłoby być prawdą.
   Życie Ellie, głównej bohaterki, której liczne tytuły odziedziczone po rodzicach są trudne do zapamiętania, nie jest usłane różami. Musi niańczyć ojca, który zatracił się w marzeniach o stworzeniu złota z metali nieszlachetnych, żyje w skrajnym ubóstwie a do tego zostaje potępiona i wygnana z miejsca, gdzie spędziła dzieciństwo. I to wszystko, w wieku lat dwunastu. Pech chciał, że koszmar wraca tuż po tym, gdy zaczyna jej się po latach powodzić i trafia na królewski dwór. I to znowu koszmar spowodowany przez tę samą osobę. Przez hrabiego Williama Lacey'a.
   Książka, którą rozkładam przed Wami na części pierwsze to przede wszystkim powieść dla młodzieży. Te z założenia powinny być nie skomplikowane, napisane prosto, odznaczać się niewyszukanym stylem i zarzucać młode osoby samymi najlepszymi wartościami w zestawieniu z tymi najgorszymi a kończyć się wygraną dobra nad złem. Zgadza się wszystko? Jeżeli coś pominęłam, piszcie.
   Tutaj tylko częściowo rzeczony utwór mieści się w powyższym schemacie. Po pierwsze i najważniejsze: styl jest kwiecisty a słownictwo niewspółczesne, co szczególnie widać w dialogach. Zgodność historyczna była dla autorki najważniejsza i zatroszczyła się ona o detale widoczne w opisywanych obyczajach, konwenansach oraz strojach. Ale nie ma co się dziwić, Eve Edwards ma doktorat z historii i to jest jej konik. Pierwszy mit obalony, ale...
   Poza aspektami historycznymi, chyba wszystko się zgadza. I tu mam dylemat, bo ja osobiście czułam się dobrze wśród tych jednoznacznie dobrych lub jednoznacznie złych bohaterów (chociaż głęboko w środku zatęskniłam za brutalną "Grą o tron") ale niektórym może to przeszkadzać. Zaznaczam jednak, że bohaterowie będąc dobrymi na zewnątrz, w środku przeżywali bardzo różne dramaty i stawali przed niełatwymi wyborami - i nie byli nudni, a większość bardzo polubiłam. Zaimponowała mi postawa Lady Jane. Ta bogata i z pozoru chłodna w obejściu dziewczyna, miała głowę na karku i konkretne zasady, których się trzymała.
   Aczkolwiek obiektywnie rzecz ujmując, było czarno-biało, niewiele szarości i z całości wysnuwała się jedna mądrość, pod którą podpisuję się obiema rękami i nogami: jeżeli ludzie się kochają, poradzą sobie ze wszystkim. Nie takie książki są teraz w modzie, jednak dla mnie ta historia była wybawieniem. Autorka nie traktowała biedy jak okropnego trolla, którego można zwalczać jedynie dobrym ożenkiem. Bogactwo nie było też czymś, o czym bohaterowie bezustannie marzyli i co było ich atrybutem (sieroty milionerów, dziane wampiry i opływający w luksusy fetyszyści). Widać da się opisać zwyczajnych ludzi w niezwyczajny sposób.
   Rozpisałam się! Przepraszam! Podsumowuję więc, jeżeli ktoś omijał co drugą/trzecią linijkę: ode mnie książka dostaję czwórkę z plusem a z braćmi Lacey na pewno się jeszcze spotkam. Nie odpuszczę sobie tej trylogii, kiedy wszystkie części już w Polsce wydane. Mimo nieprzyjemnych zdarzeń, które bohaterowie musieli przetrwać, książka niesie nadzieję, bohaterowie wzbudzają sympatię a styl budzi podziw i koi zmysły (szczególnie, gdy się człowiek zagłębia w opowiadania internetowe). Było mi dobrze w tych czasach, mimo braku współczesnych wygód i gdyby nie skromnie zaopatrzone biblioteki, mogłabym się tam przenieść na stałe :) 

6 listopada 2013

"Moje wypieki i desery" Dorota Świątkowska


Dorota Świątkowska to autorka najsłodszego i najbardziej znanego bloga w polskiej blogosferze – mojewypieki.com. Mama dwojga dzieci, z wykształcenia ekolożka, entuzjastka literatury kulinarnej uzależniona od pieczenia. Książka Moje Wypieki i desery zawiera najpopularniejsze przepisy zebrane przez ponad sześć lat blogowania, ozdobione pięknymi autorskimi zdjęciami. Znalazły się tu wielokrotnie przetestowane receptury na boskie serniki, najlepsze ciasta drożdżowe, muffinki i babeczki, lody i mrożone desery, ciasta czekoladowe i z owocami, kruche tarty i torty, a także tradycyjne makowce, szarlotki, mazurki i wiele innych. To mała wypiekowa biblia i niezbędnik każdego miłośnika pysznych słodkości!


   Pewnie jesteście zaskoczeni, troszkę. I ja wszystko rozumiem. Zazwyczaj gromię nieznośnie lub pieję z zachwytu nad powieściami (beletrystyka!), a tu nagle książka kucharska. Cóż - sprzedałam się jak połowa internetu ale jestem z tego powodu zachwycona. Książka mojej ulubionej blogerki od słodkości leży dumnie wśród innych ksiąg kucharskich w moim domu i czeka, aż znowu z niej skorzystam zamiast brudzić laptopa mąką. I tak biedak ostatnio ledwo się włącza - należy mu się chwila wytchnienia.

   Moje Wypieki znam nie od dziś i wiele receptur z książki to tylko przypomnienie. Pani Dorota wybrała najlepsze ze swoich przepisów, doprawiła je nowymi - i tak powstała przepiękna w formie i bogata w treści księga słodkości. Od tygodnia moja ulubiona i mam nadzieję, nie ostatnia tej autorki - bo muszę w końcu się rozkręcić i zacząć piec zjadliwe ciasta (a kto pomoże w tym lepiej niż wspomniana blogerka, no kto?) (mama nie ma cierpliwości).

Oczekiwania vs Rzeczywistość, z naciskiem na to drugie.
   Trochę bałam się na początku tej książki, bo wiele ciast i ciastek prezentowanych przez autorkę na blogu ma wymyślne składniki i sposób przygotowania. Na szczęście tutaj przepisy są raczej proste (w porównaniu do cudów na blogu), składniki spokojnie odnajdziemy w większości sklepów i co zaznaczyła autorka - można eksperymentować. I tak np. zamiast cherry brandy użyłam w muffinkach nalewki wiśniowej, a cukier muscovado zastąpiłam zwykłym białym. Wyrosły, smakowały, znikły. I w przyszłości upiekę je znowu, bo robi się je błyskawicznie a są pyszne.

   Księga jest obszerna. Zawiera wiele przepisów na różne ciasteczka, ciastka, torty, babeczki i desery (lody, musy). Wszystkie są zjawiskowe i prezentują się na kartkach cudownie - jednak tylko od nas zależy czy nasze wypieki będą wyglądać równie efektownie. Trzeba przyznać, że świetne fotografie i kredowy papier postawiły poprzeczkę wysoko. Ale próbować zawsze warto a nawet trzeba :)

   "Moje wypieki i desery" przeszły moje najśmielsze oczekiwania pod względem estetyki wydania a autorka wybrała wiele moich ulubionych deserów (razem ze współlokatorką prawie codziennie katujemy się oglądaniem tych cudownych ciast i ciasteczek bo wiadomo, że ze studenckim budżetem trudno o choćby ich namiastkę) - reszta mam nadzieję znajdzie się w następnej książce, bo już planuję przygotowanie: Kremu z orzechów laskowych i czekolady oraz Tarty czekoladowej z karmelem i orzechami laskowymi. Mniam!
   Polecam! Prezent idealny - w kuchni niezbędnik. 

9 października 2013

"Błękitny zamek" Lucy Maud Montgomery

Valancy Stirling ma ciężki los. W wieku dwudziestu dziewięciu lat ciągle mieszka z matką i ciotką, które traktują ją jak dziecko. Reszta krewnych dokucza jej z powodu staropanieństwa. Przed szarą rzeczywistością dziewczyna ucieka w świat fantazji – tam, w Błękitnym Zamku, adorują ją najprzystojniejsi rycerze. 
Kiedy Valancy otrzymuje list o krytycznym stanie swojego zdrowia, postanawia zwalczyć nieśmiałość i zacząć żyć pełnią życia. Czy uda jej się usamodzielnić? Czy przeżyje szaloną przygodę rodem z powieści jej ulubionego autora? I czy odnajdzie miłość?

   Charakter człowieka to wybuchowa mieszanka genów, wpływu innych ludzi, środowiska i problemów z jakimi musi się zmierzyć. I choć często wydaje nam się, że kogoś znamy - to nie jesteśmy nawet bliscy prawdy. Nie możemy oceniać innych, bo nie urodziliśmy się w ich skórze, ani nawet w tym samym środowisku. A jednak, robimy to cały czas. Przewrotność ludzka.
   Valancy całe życie jest pod pantoflem, ponieważ wmawia się jej, że jest brzydka i nie przeciwdziała temu. To jej piękna kuzynka dostaje wszystko, a naszej bohaterce się odbiera. Dość niesprawiedliwe, nieprawdaż? Odebrać temu kto ma mało i dać temu, kto ma wiele. Tak właśnie wygląda życie w rodzinie Stirlingów. Rodzinie pełnej karykaturalnych członków. Więc Valancy zaciska zęby i czeka... Czeka na spadek, czeka na księcia, na uwolnienie od tych wszystkich więzów i zwyczajną wolność. Wolność słowa i czynu.
   Jednak... ile można czekać? Valancy, nazywana przez rodzinę Doss, ma swój rozum i gdy czuje od dłuższego czasu bóle w klatce piersiowej idzie do lekarza, który ma dobrą opinię w mieście, a nie jest spokrewniony ze Stirlingami. Łamie zasady, bo chociaż jej życie nie jest szczególnie dobre, to i tak chce żyć. W końcu ma swój Błękitny Zamek, gdzie zawsze czeka na nią ktoś wyjątkowy. Ktoś zakochany w niej na zabój. Ktoś, kto nie pozwoli jej się długo smucić. Ale czy wyimaginowany kochanek pomoże w starciu z bezwzględną diagnozą: choroba serca, pozostał rok życia?
   Odważna historia jak na swoje czasy. Valancy, dotychczas tłamszona, zaczyna naprawdę działać. I to jest dla mnie rzecz godna podziwu, bo ja nie wiem, czy potrafiłabym - nawet z takim wyrokiem - zrobić połowę tego co bohaterka. Jej cięty język, zaradność, gotowość do działania... Valancy to nie tylko mimoza, która całe życie czyta wiersze ale i dobra przyjaciółka, gospodyni, kobieta. W pełni wykorzystuje energię życiową do czynienia dobra - po to, by czuć się dobrze ze samą sobą. Nie wyjeżdża za granicę, nie buduje Błękitnego Zamku, ona po prostu żyje. Daje szansę tym, którym nikt inny tej szansy nie dał i nie bawi się w konwenanse. Przez co czasem wpada w kłopoty ale w tym cały urok.
   Jestem zaskoczona przebiegiem akcji, bo spodziewałam się czegoś całkiem innego. Trochę przesłodzona ale zdecydowanie pozytywna i dająca kopa opowieść o tym, jak wykorzystywać szanse jakie daje nam los. Bo los to nie tylko fatum. Montgomery napisała powieść ponadczasową i chociaż niektórych mogą nie przekonywać zachowania bohaterów to trzeba pamiętać - to były całkiem inne czasy. Mimo wszystko morał jest jak najbardziej na miejscu w każdym wieku. Mam nadzieję, że przekonacie się na własne oczy, co też mama Ani z Zielonego Wzgórza wymyśliła. Polecam!

27 czerwca 2013

"Złoty most" Eva Völler

Współczesna dziewczyna. Przystojny młodzieniec. Pełen przepychu Paryż. Intryga na szczytach władzy. Historia poza czasem. Odkąd Anna dołączyła do tajnego grona podróżników w czasie, przygoda goni przygodę. Jednak w samym środku egzaminów maturalnych do dziewczyny docierają straszne wieści – jej ukochany Sebastiano zaginął w Paryżu w czasach kardynała Richelieu. Anna natychmiast udaje się w pełną niebezpieczeństw podróż i rzeczywiście znajduje Sebastiana w Paryżu. Ale to nie koniec problemów, chłopak bowiem jest muszkieterem kardynała i nie ma pojęcia, kim jest Anna. Czy uda się przywrócić mu pamięć? Złoty most, kolejny po Magicznej gondoli tom przygód Anny i Sebastiana zabiera czytelników w podróż do siedemnastowiecznego Paryża. Miłość i przygoda, intrygi i romanse przykuwają uwagę i sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem.

   Pamiętacie jak recenzowałam "Magiczną Gondolę"? Bo ja nie pamiętam, kiedy to było, ale o dziwo treść wcale nie jest mi taka obca. Bohaterka, Anna, wraz z rodzicami wyjeżdża do Wenecji na wakacje i tam, zrządzeniem losu (bo to zdecydowanie nie był przypadek) trafia razem z kilkoma osobami do przeszłości. Jak trafia? Jeżeli jeszcze, drogi czytelniku, nie czytałeś wspomnianej książki to po pierwsze: nie czytaj tej pochwalnej recenzji tomu drugiego, a po drugie: czym prędzej kup lub wypożycz "Magiczną gondolę". Wszystko jasne? No to wracam do swojej opowieści.
   Anna jak zwykle nie ma lekko. Trwają matury, a wiadomo, dziewczyna do orłów - jeżeli o naukę chodzi - nie należy. Zresztą, jak tu myśleć o nauce, kiedy Sebastiano tak daleko. I wszystko biegłoby tym torem (katowania się nauką), gdyby nie misja, której ukochany nie podołał i do której zostaje natychmiastowo wezwana nasza bohaterka. A wiadomo, kiedy kobieta ma za zadanie ratować z opresji mężczyznę - to wiedz, że coś się dzieje.
   I tym razem autorka nie zawodzi, i... coś się dzieje. I może czasami jest słodko, czasem przewidywalnie, a czasem  pech wydaje się aż nazbyt pechowy ale ja bawiłam się świetnie przy czytaniu. W końcu coś lekkiego, miłego, zabawnego. Akcja pędzi, bohaterowie - i tu ciekawe, bo chyba bez wyjątku - są naprawdę dobrze rozpisani. I nie mówię tu o ambitnych badaniach podświadomości ale o żywiołowości, cechach indywidualnych... no dobra, wchodzę w psychoanalizę. Podobało mi się różne podejście do tematu miłości, tematów ludzkich (higiena w tej powieści zajmuje bardzo ważne miejsce), zaskakiwanie czytelnika różnymi obliczami tych samych osób. Potrzebowałam lekkiej historii i chociaż czasem przerażona pędziłam z czytaniem za Anną, bo biedaczka miała naprawdę niewesoło w tym piekielnym Paryżu, to jednak humor autorki łagodził te sensacje i sprawiał, że uśmiech rzadko znikał z mojej twarzy.
   Tutaj mogłabym zakończyć, ale z punktu widzenia dziewczyny, która kiedyś chciałaby pisać książki muszę przyznać ze wstydem, że zazdroszczę pani Voller jak i jej koleżance po fachu, pani Gier talentu i lekkiego pióra. Ponieważ, choć mówi się, że humor niemiecki jest ciężki, to tym dwóm autorkom spokojnie udałoby się rozbawić naszą polską publiczność. Dlatego, drogi czytelniku, zapamiętaj te dwie pisarki, bo kiedy będzie ci smutno - one na pewno ci pomogą tak jak i pomagają mnie w trudnym czasie sesji. Bo tu czytam książkę, a w międzyczasie oglądam "Czerwień rubinu" (ćwiczę niemiecki!, wcale nie podziwiam Gideona).
   Podsumowując: zachwycam się jak nastolatka, ale cóż, miło by było mieć te naście lat i przeżywać takie przygody. Wprawdzie istnieje duże ryzyko zawodowe, ktoś może nie wahać się czy mnie zabić czy nie, ale by zdobyć serce takiego Sebastiana można zrobić wiele. Bardzo wiele. I dla wszystkich tych atrakcji, warto po książkę sięgnąć i ulżyć nią sobie po ciężkim tygodniu w pracy lub szkole. Zapewniam, że będzie miło. Może nie ambitnie, górnolotnie, może i słodko... ale miło :)

2 czerwca 2013

"Odmieniec" Philippa Gregory


Siedemnastoletnia Izolda zostaje zamknięta w klasztorze, aby nie mogła dochodzić swoich praw do spadku po zmarłym ojcu. Kiedy zakonnice, nad którymi sprawuje pieczę jako przełożona, zaczynają lunatykować i zdradzać oznaki obłędu, do opactwa Lucretili przybywa młody nowicjusz Luca Vero, by na polecenie samego papieża wyjaśnić sprawę. Luca i Izolda, zmuszeni stawić czoło największym lękom świata średniowiecznego – czarnej magii, wilkołakom, szaleństwu – rozpoczynają poszukiwania prawdy, swojego przeznaczenia, a także miłości. Pierwszy tom najnowszej serii autorki Kochanic króla.

Recenzja bierze udział w konkursie na facebooku - jak Ci się podoba, zagłosuj proszę :)

   Jak wielu blogerów uległam tej książce z powodu autorki znanej i chwalonej wszem i wobec. Wprawdzie opis nie zaciekawił mnie wystarczająco (i tu powinna się zapalić czerwona lampka) ale pomyślałam sobie, że opis nie zawsze mówi o książce to co trzeba. No i żeby napisać ciekawy i wierny powieści opis też trzeba mieć talent – mówiłam sobie – więc brnęłam w to, mimo koszmarnych wyrzutów sumienia co do innych książek z recenzyjnego stosu. Byłam pewna, że taka szansa się już nie powtórzy i ominie mnie genialna książka. Głupia zachłanność. A potem przerost oczekiwań.
   Tytułowy odmieniec to chłopak, którego talentem jest błyskawiczne pochłanianie wiedzy. Mimo niskiego pochodzenia Luca Vero potrafi czytać, pisać i włada językami już po pierwszym dniu styczności. Wieści o jego zdolnościach rozchodzą się tak szybko i sprawnie, że nawet sam papież chce go poznać i powołać do pełnienia specjalnej funkcji (o czym szerzej przeczytacie w książce).
   Dodatkowo, dla równowagi i dopełnienia tej historii, pojawia się Izolda – córka pana na włościach, hołubiona przez niego od maleńkości, i w dniu jego śmierci tracąca wszystko. Tutaj również pojawia się telegraficzny skrót, w powieści jest to zdecydowanie bardziej zagmatwane. Ważne jest, że poprzez zaskakujący testament, drogi Luci i Izoldy schodzą się w klasztorze – gdzie ona jest ksienią a on patrzy jej na ręce jako wysłannik papieża.
   Bardzo chciałam czerpać przyjemność z lektury ale przerost oczekiwań zabrał mi większą część frajdy. Tak myślę. Bo powieść czyta się ekspresowo, ciągle coś się w niej dzieje, bohaterowie na pierwszy rzut oka są ciekawi… I to tyle, jeżeli chodzi o pozytywy. Postacie kreowane przez Gregory niezmiernie mnie irytowały (jedyny wyjątek: sługa i przyjaciel Luci), prostota i ubóstwo świata przedstawionego nie pasowało do znanej z historycznych cegieł autorki a do tego przeróżne rozwiązania, prawdopodobne mniej lub bardziej sprawiły, że „Odmieńca” czytałam z ironicznym uśmieszkiem na ustach, irytacją lub powątpiewaniem. Czy książka dla młodzieży musi być jednocześnie książką dla ludzi ograniczonych? 
   Nie powiem, że wszystko było złe, przewidywalne i proste, bo to nieprawda. Były momenty gdzie autentycznie byłam zaciekawiona, autorka mnie zaskoczyła, coś się działo. Jednak bezbarwny Luca, dziwna Izolda i ich wydumana walka ze złem (czyli tak naprawdę nie wiadomo o co chodzi) pozostawiły mi tylko i wyłącznie niesmak po tej lekturze. Naprawdę nie mogę uwierzyć, że istnieje tu jakaś historyczna zgodność choćby w mentalności średniowiecznego społeczeństwa. Proces nad złapanym wilkołakiem zamiast natychmiastowego zabicia go? – ciekawe. 
   I teraz od pani Gregory będę się trzymać na daleko. Nie do końca świata ale na razie nie mam ochoty na jej książki. Może i ona się świetnie bawiła przy pisaniu ale ja przy czytaniu już nie – mimo niewątpliwie lekkiego pióra ta książka w moich oczach nie miała się czym bronić. To okrutny osąd, wiem, ale nie przewiduję kończenia tej serii.

11 kwietnia 2013

"Fałszywy książę" Jennifer A. Nielsen



W pewnej dalekiej krainie zanosi się na wojnę domową. Aby zjednoczyć podzielone królestwo, arystokrata Conner postanawia osadzić na tronie mistyfikatora, udającego zaginionego przed laty księcia. Zmusza do zabiegania o tę rolę czterech chłopców – do niedawna mieszkańców sierocińca. Jeden z nich, sprytny czternastoletni Sage, nie wierzy w uczciwe intencje Connera, ale dobrze wie, że zostanie fałszywym księciem to jego jedyna szansa na przeżycie. Konkurenci również się nie poddają. Okazuje się jednak, że Sage zdobywa innych sprzymierzeńców… Kolejne dni rywalizacji odsłaniają coraz to nowe oszustwa i tajemnice, aż w końcu na jaw wychodzi prawda, która okaże się bardziej niebezpieczna niż wszystkie kłamstwa razem wzięte. Kto wykaże się męstwem i wygra, a komu pisana jest porażka? 

Fałsyzwy książę to opowieść o odwadze i odpowiedzialności, strachu i zdradzie.

   W momencie, gdy jesteś pewien Czytelniku, że nic Cię już nie zaskoczy, zawsze znajdzie się książka, która zmieni ten światopogląd i zajmie Twoje myśli bardziej niż byś tego chciał. Dla mnie taką książką była ostatnio powieść Jennifer Nielsen. Wydawało mi się, że opis mówi wszystko, że będzie prosto, przyjemnie i sztampowo, a jednak - wciągnęłam się w jej czytanie nieziemsko i wiele razy zaskoczenie odbierało mi mowę. 
   Autorka jest bezlitosna. I chociaż powieść przeznaczona jest dla nastolatków, to spotkamy się z rozlewem krwi, zabójstwami mniej lub bardziej skrywanymi i totalnym brakiem zahamowań, ze strony bohaterów dobrych i złych. Nic nie jest na początku oczywiste, lecz strona po stronie dochodzimy do prawdy by dać się jej na koniec rzucić na kolana. Conner, czyli jedna z ważniejszych postaci w państwie o nazwie Carthya postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, gdy para królewska i dziedzic korony zostają zabici we własnym zamku i "odnaleźć" zaginionego przed laty księcia, młodszego syna króla. Jaron, wspomniany książę, wypłynął razem ze służbą do szkoły i już zaraz przy brzegu został zaatakowany przez piratów z sąsiedniego kraju. Ciała jego nigdy nie odnaleziono. I teraz ma wrócić, by uratować kraj przed upadkiem i rządami złego arystokraty.
   Jednak dowodów na to, że Jaron naprawdę żyje, nikt nie widział. I wydawać by się mogło, że uczynienie z sieroty prawdziwego króla jest niemożliwe - w końcu książęta od małego uczą się etykiety, potrafią czytać, pisać, tańczyć i jeździć konno, a chłopcy wybrani przez Connera mają tylko dwa tygodnie by te wszystkie umiejętności opanować. Ale spokojnie, arystokrata wie jak osiągnąć swój cel i wie, jakimi ścieżkami do zwycięstwa dążyć. Nie raz, nie dwa, jego prawdziwa natura przerazi czytelnika. Bezwzględność to jedna z wielu negatywnych cech, którymi Conner się szczyci. 
   Ale to nie Conner jest głównym bohaterem i narratorem opowieści tylko Sage. Charakterny, uparty jak osioł i dumny jak paw sierota o aveńskim pochodzeniu. Jego przekora często przysparza mu problemów i licznych ran ale one nie mogą go złamać - chłopak po prostu nie potrafi być czyimś sługą. Pewny siebie i świadomy swojej wartości do końca nie pozwoli się nikomu stłamsić, nawet jeśli od tego będzie zależeć jego życie. Tak wyrazistego bohatera ze świecą szukać. 
   I nie mogę uwierzyć, że znowu trzeba czekać. Znowu mamy do czynienia z trylogią, znowu czekamy na przekład i polskie wydanie. Dałam się zrobić w balona ale z wielką przyjemnością, ponieważ od tej książki wprost nie mogłam się oderwać a autorka ten jeden raz potraktowała czytelnika łaskawie i zakończenie nie jest tak "otwarte" jak to w większości serii bywa. Potraktowanie "Fałszywego księcia" jako osobnego dzieła jest możliwe. Dlatego całkiem spokojna odkładam swój egzemplarz na półkę i czekam, gdy będę mogła dołożyć do niego następne części. To nic, że nastolatką już nie jestem - myślę, że dowód osobisty nie stoi na przeszkodzie, by tą książka móc się delektować :)

23 marca 2013

"Nowa Ziemia. Świat po wybuchu" Julianna Baggott


Pierwszy tom trylogii Świat po Wybuchu. 
Świat po wielkich eksplozjach. Szesnastoletnia Pressia mieszka w gruzach z innymi zmutowanymi, którzy ocaleli po Wybuchu. Partridge wychował się w sterylnej Kopule pośród nielicznych Czystych. Oboje uciekają. Pressia – przed poborem do militarnej organizacji, Partridge – przed ojcem tyranem. Ich spotkanie zmieni bieg historii Nowej Ziemi...






   Czy wyobrażacie sobie kolejną Hiroszimę i Nagasaki? Czy bierzecie pod uwagę taką ewentualność? Nagle, w trakcie wojny, która objęła cały świat, zostają zrzucone bomby atomowe, które zmieniają ludzkie DNA, powodują liczne i natychmiast widoczne mutacje, ale przede wszystkim - zabijają większą część populacji.
   Pressia była na lotnisku razem z mamą i dziadkiem, gdy to się stało. Potężny wybuch ją okaleczył i pozbawił dłoni, którą zastąpiła trzymana akurat lalka. W gardle jej dziadka utkwił wiatraczek, który miał go ochładzać w ten upalny dzień zaś matka zmarła raniona szkłem. Dziewczyna tak jak wielu innych cudem ocalałych została naznaczona katastrofą i musiała zacząć dbać o siebie, aby przeżyć w walce o pokarm i bezpieczne schronienie z istotami, które niegdyś były ludźmi a teraz są już tylko potworami. I tak jak wielu innych pała nienawiścią do ludzi z Kopuły, choć może nie tak bardzo jak niektórzy jej rówieśnicy - ponieważ wciąż wierzy, że może tam znaleźć pomoc dla siebie i dziadka.
   I wtedy gdy powoli traci nadzieję, bo zbliżają się jej szesnaste urodziny - czyli czas, w którym zostanie zaciągnięta do armii OPR, żądnych krwi, samozwańczych wykonawców prawa - poznaje Partridge'a - czystego, mieszkańca Kopuły. Jej życie zmienia się o 180 stopni. Dowiaduje się prawdy o wybuchu, zakochuje się i rozpoczyna walkę o szczęśliwe życie, takie, którego nigdy nie miała.
   Tło powieści, historia wybuchu i bohaterowie, wszystkie te elementy były dla mnie potężnym szokiem. Niewyobrażalne mutacje, istoty, które kiedyś były ludźmi a teraz... czytając otwierałam coraz szerzej oczy ze zdumienia. Autorka wydaje się być niewyobrażalnie okrutną dla swoich książkowych dzieci. Pod płaszczykiem standardowej dystopii dla młodzieży kryje się horror, który na ekranie kin byłby filmem mrożącym krew w żyłach i melodramatem jednocześnie, jednak z nie najlepszym zakończeniem, ponieważ Baggott tak jak znany wszystkim George R. R. Martin nie oszczędza swoich bohaterów i się z nimi nie patyczkuje. Losy Pressii i Partridge'a chwytają za serce, nawet tych najbardziej zatwardziałych.
   Było mi ciężko rozstawać się z tą dwójką i ich przyjaciółmi, których polubiłam, każdego na swój sposób. Nie mogę się doczekać kontynuacji, chociaż przyznam, że nie zawsze było kolorowo i czasem coś zgrzytało (Pressia nie chodziła do szkoły a mimo to miała całkiem obszerną wiedzę, to samo Partridge - chodził do szkoły w Kopule ale nie miał większych problemów z aklimatyzacją poza nią). Jednak ogólne wrażenie jest jak najbardziej pozytywne. Brak tu cukierkowych uniesień, za to sporo krwi, burzliwych relacji i uczuć trudnych do zdefiniowania. I jeszcze więcej zagadek. Kto, z kim, po której stronie? Kto zwycięży?
   Polecam zapoznanie się z tą serią, bo wierzę, że kolejne książki utrzymają poziom i dadzą do myślenia a propos końca świata, o którym tyle się mówi. Chętnie przeczytam też inne powieści tej autorki - wyobraźni można jej tylko pozazdrościć.

23 grudnia 2012

"Gorączka" Dee Shulman

Nieustraszony rzymski gladiator. Lekkomyślna dziewczyna z XXI wieku. Tajemniczy wirus, który ich połączył… A.D. 152 Sethos Leontis, nadzwyczaj zręczny wojownik, nieoczekiwanie zostaje ranny i niebezpiecznie ociera się o śmierć. A.D. 2012 Niezwykle inteligentna, ale sprawiająca kłopoty Ewa zaczyna nowe życie w szkole dla wybitnie utalentowanych, ale jedna chwila w laboratorium pociąga za sobą przerażające konsekwencje. Niezwykły związek doprowadza do połączenia Ewy i Sethosa, wspólnie pracują nad rozwikłaniem zagadki dotyczącej śmiertelnego wirusa.
Obyczajowa opowieść, antyczny dramat z romantycznym wątkiem są bogatym tłem dla współczesnej powieści obyczajowej dla nastolatków. Całość to ciekawe i rozbudowane postaci, ale również fabuła skonstruowana w bardzo logiczny i przekonujący sposób mimo swojej złożoności. Gorączka podczas lektury.

Czytając książki szukamy w nich różnych wrażeń i różnych historii. Jednych cieszą szczęśliwe zakończenia, harmonia, piękno i ład, zaś inni podchodzą do literatury bardziej odważnie i pragną krwi, totalnego chaosu, brzydoty i dramatów. Tak to już jest. Osobiście nie mam nic przeciwko obu tym typom książek, jednak… ciągnie mnie i do dobrych zakończeń i do dramatycznych posunięć, sensacji i braku perfekcji. Bo chociaż książki mają odrywać od rzeczywistości, to wolałabym, by były lepszym lustrzanym odbiciem naszego świata.
Czy „Gorączka” wpasowała się do moich czytelniczych preferencji i sprawiła, że temperatura mojego ciała wzrosła od nadmiaru wrażeń? Chciałabym powiedzieć, że tak. Jednak jedyne przeziębienie jakie tej zimy przechodziłam, spowodowane było moim nieodpowiednim ubiorem. Cóż. Nazwisko Dee Shulman zdecydowanie nie wryło mi się w pamięć ale tak do końca narzekać nie mogę. W porównaniu do innych recenzji tej książki, wcale nie uważam, że była ona przeciętna czy poniżej średniej. Zadatki na dobry kawałek literatury młodzieżowej są, tylko ten kawałek ktoś za bardzo polukrował i jest tak słodko, że aż mdli.
Ewa Koretsky to wyjątkowa dziewczyna. W szkole wyróżnia się pod każdym względem a do tego potrafi włamać się do każdego komputera, gra na gitarze i śpiewa. I jest tak piękna, że nie potrafi jej się oprzeć żaden kolega ze szkoły. Coś wam to przypomina? Bo mi to wygląda na klasyczny przykład marysuizmu. Podobnie „kompletny” zbiór cech charakteryzuje gladiatora Sethosa: pięknie rzeźbione ciało, chłonny umysł, mężczyzna honorowy, romantycznie zakochany w Liwii. Tak bardzo chciałabym wzdychać do tego koryntczyka, jednak jest on dla mnie za dobry. Brak mu pazura, mocnej osobowości, wyraźnej męskości zamiast niewytłumaczalnego czaru, który roztacza.
I to jedyna wada tej książki. Zbyt idealni bohaterowie. Bo pomysł na połączenie tych dwóch odległych w czasie postaci jest naprawdę intrygujący. Gdy czytałam opis wątpiłam, że to się może udać ale zagłębiając się w treść, i po trosze sięgając drugiego dna słów autorki można dojść do wniosku, że najlepsze jeszcze przed nami a kolejny tom jest zdecydowanie potrzebny. A z racji moich biologicznych zainteresowań rozwiązanie zagadki gorączki kręci mnie jeszcze bardziej. Można rzec: całkiem zgrabne science-fiction dla nastolatków. Gdyby tylko ci bohaterowie byli bardziej ludzcy.
Książkę czyta się lekko i wciąga już od samego początku. Język jest prosty ale okraszony fachowym słownictwem co jest zrozumiałe, gdy mamy do czynienia z science-fiction. Jednak raczej nikt nie powinien mieć problemów ze zrozumieniem czegokolwiek. Brak mi opisów, i miejsc i ludzi, ponieważ ci epizodyczni i drugoplanowi bohaterowie są potraktowani odrobinę po macoszemu i często przerysowani, ale nie jest źle. Nie razi to przy czytaniu. Życzyłabym sobie tylko, by w następnym tomie autorka wyjaśniła już te zagadki z pierwszego tomu i może trochę dała odsapnąć głównym bohaterom w sensie choroby. I otaczających ich adoratorów. Ale marzenia można mieć a recenzja to podobno nie lista życzeń ;)
A komu życzyłabym znalezienia tej książki pod choinką lub w prezencie urodzinowym? Przede wszystkim nastolatkom łaknącym nieziemskiego głównego bohatera. To da się załatwić. Sethos jest ideałem, chodzącym po ziemi aniołem i rycerzem w jednym. Do tego książka napisana jest prosto, bez zbędnych (dla mnie jednakowoż niezbędnych) opisów, łatwym do przełknięcia językiem, a Ewa jest uosobieniem buntującego się, dojrzewającego, skrzywdzonego przez świat nastolatka. Mimo wszystko można się z nią utożsamiać i współczuć jej rodziny (w międzyczasie gdy zazdrości się jej wyglądu i talentów). Myślę jednak, że i odrobinę starsi znajdą w niej chwile odprężenia. Będą musieli tylko przymknąć oko na niektóre wątki. Ale czego się nie robi dla przystojnych gladiatorów.

***
WESOŁYCH ŚWIĄT! Takich z rodziną, poplamionym obrusem, pełnym brzuchem, roześmianą buzią i śniegiem!
Takich świąt właśnie życzę i sobie i Wam :)

PS. Totalne szaleństwo - właśnie zauważyłam, że to moja setna recenzja na tym blogu :)
Nie wierzę, że aż tyle książek przeczytałam z własnej woli przez prawie 2 lata. To nie w moim stylu ^^

12 listopada 2012

"Magiczna gondola" Eva Völler

Siedemnastoletnia Anna spędza wakacje w Wenecji. Podczas jednego ze spacerów jej uwagę przykuwa czerwona gondola. Dziwne. Czyż w Wenecji wszystkie gondole nie są czarne? Gdy niedługo potem Anna wraz z rodzicami ogląda paradę historycznych łodzi, zostaje wepchnięta do wody – a na pokład czerwonej gondoli wciąga ją niewiarygodnie przystojny młody mężczyzna. Zanim dziewczyna zejdzie z powrotem na pomost, powietrze nagle zacznie drżeć i świat rozpłynie się Annie przed oczami.


   Jak dobrze wiecie - choćby z ostatniej notki - jestem ogromną fanką Kersitn Gier. Więc gdy przeczytałam w podziękowaniach na końcu książki "Kasa, forsa, szmal" nazwisko Evy Völler, nie przeszłam obok tego faktu obojętnie. Z jeszcze większą chęcią rzuciłam się na "Magiczną gondolę" i... odpłynęłam.
   Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Dokładnie rok 2009. Anna, siedemnastolatka fatalnie radząca sobie w szkole, powtarzająca jedenastą klasę, przyjeżdża z rodzicami (wybitnymi naukowcami) do Wenecji, gdzie wspomniana dwójka pracuje. Idealne wakacje, można by rzec, ale Anna trochę się nudzi a do tego wpada w oko pulchnemu Matthiasowi - miłującemu stomatologię nudziarzowi, choć całkiem sympatycznemu. Wiadomo: rzadko kiedy "porządny, sympatyczny i miły" idzie w parze z "ciekawy i zabawny".
   I tak powoli przechodzimy do meritum - rodzina Anny i Matthiasa wybiera się nad kanał gdzie odbywa się wenecka, coroczna parada gondoli. Wszystkie gondole z Wenecji są czarne, jednak na wodzie pojawia się też jedna czerwona. A poprzez zbieg okoliczności Anna trafia do tej czerwonej... i przenosi się do Wenecji w roku 1499. Pięćset dziesięć lat wstecz. Całkiem naga, zdezorientowana, lecz na szczęście spodziewana w tamtych czasach. Bowiem podróżnik w czasie - Sebastiano - nie po raz pierwszy zabiera do przeszłości pasażerów na gapę.
   Dlaczego o tej książce będę pisać tylko dobre rzeczy? Bo odciągała mnie od wszelakich konstruktywnych zajęć typu odrabianie zadań, pisanie sprawozdań, przeglądanie internetu i po prostu nie pozwalała się nudzić. Nie jeden raz spoglądałam na nią tęsknym wzrokiem i po chwili ulegałam jej urokowi. Nie jeden też raz uśmiechałam się czytając ją, a przez Sebastiana dostawałam palpitacji serca. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest to idealna alternatywa dla myślących z nostalgią o czasach spędzonych z Trylogią Czasu w roli głównej. W końcu coś co może dorównać poziomem tamtym doznaniom, choć nie będzie aż tak romantycznie i aż tak śmiesznie. Voller bowiem uderza w poważniejsze tony, a ograniczenia co do podróżowania w czasie są większe. Co oczywiście jest też z perspektywy czytelnika ciekawsze. I chociaż początek książki jest trochę toporny to już po chwili tego nie zauważamy i dajemy się ponieść lekkiemu stylowi Voller, z niecierpliwością przewracając kolejne kartki.
   Co również mnie urzekło i sprawiło, że zakochałam się w tej powieści to objętość książki i mnogość przygód. A także główna bohaterka, która nie dość, że ma poczucie humoru to jeszcze jest odważna i zdeterminowana. Czyli mimozom mówimy nie. Na większą uwagę zasługuje też Klaryssa, przyjaciółka Anny, która kłamie jak z nut a mimo to wzbudza współczucie. No i Matylda, szalona i kochana gospodyni domu, w którym obie dziewczyny mieszkają w 1499 roku. Nie da się jej nie lubić.
   Podsumowując: wiem, że to setna recenzja tej książki i kolejna pozytywna ale naprawdę "Magiczna gondola" na te pozytywy zasługuje :) Może i jest podobna do Trylogii Gier ale mi to nie przeszkadzało, bo każda z tych powieści ma inne atuty, inne prawa podróżowania, odmienne typy głównych bohaterów i... uwielbiam podróże w czasie. No i przystojnych podróżników w czasie też lubię, przyznam się szczerze. Freakom takim jak ja zdecydowanie polecam!

6 sierpnia 2012

"Brzydcy" Scott Westerfeld


Tally nie może się już doczekać swoich szesnastych urodzin. Tego dnia w jej świecie każdy przechodzi operację, która zmienia przeciętnych, brzydkich nastolatków w doskonałych ślicznych, żyjących w supernowoczesnym raju, gdzie jedynym zajęciem jest wieczna zabawa. Tymczasem Shay, nowa przyjaciółka Tally, nie podziela jej entuzjazmu i zamiast poddać się przemianie, woli zaryzykować ucieczkę z miasta. Po zniknięciu Shay Tally odkrywa, że nawet w raju nie wszystko jest śliczne. Musi wybierać: albo odszuka Shay i zdradzi władzom miejsce jej pobytu albo też nigdy nie stanie się piękna. Decyzja, którą podejmie, na zawsze odmieni jej świat.





   Jaka jest Marta, każdy wie. Mało myśli, bo jej motto życiowe brzmi: "Myślenie szkodzi zdrowiu". W końcu to od myślenia na twarzy pojawiają się zmarszczki. Jednak o tym, że czekolada na cerę również wpływa źle jakoś zapomina. Pamięć w końcu ulotną jest... Ale nie do końca o tym wysnuję dziś opowieść, choć umysł w powieści "Brzydcy" Westerfelda i jego jasność są dla fabuły bardzo ważne. Dzisiaj trochę ponarzekam.
   Marta postanowiła, że to przeczyta. Dawno wydała na ową pozycję sporo punktów na portalu z wymianami, nastawiła się na dobrą literaturę młodzieżową i gdy w końcu nadszedł czas próby, ledwo podołała. "Chyba jestem na to za stara" - przyznała sobie w duchu i ze smutkiem pokiwała głową. - "Po dwudziestce człowiek to już nie młodzieniaszek z głową w chmurach, niestety". 
   Otworzyła książkę, kiedy na zewnątrz było już ciemno, bo wiadomo, że dla mola to najlepsza pora na czytanie. Przeczytała osiemdziesiąt stron i zmęczona jak po dniówce przepracowanej na tartaku opadła ciężko na poduszkę. I ten scenariusz powtarzał się przez pięć kolejnych dni z drobnymi wyjątkami. To zatroskana mama wyciągała dziewczynie tomiszcze spod głowy, to Marta rano podnosiła je z podłogi. Różnych metod się dziewczę imało, aby okiełznać tę książkę. Skutki wciąż były mierne. 
   I to nie dlatego, że nastawienie było złe. Marta naprawdę chciała polubić tego autora, bo planowała czytanie jego innej, steampunkowej serii. Miała zatem nadzieję, że to będzie przedsmak genialnej lektury... a teraz zaczęła się wahać, czy naprawdę chce poznawać tegoż pisarza dalej. Takie to brutalne myśli kołatały się w jej głowie i wydłubywały jak dłutem kolejną zmarszczkę na jej czole. Bo w końcu powieść interesującą była, trochę dziwaczna (co się z czasem wyjaśniło) ale elementem, nad którym srodze ubolewała czytająca był niezaprzeczalnie styl. Przez małe "s" w tym wypadku. 
   Bo Marta nad stylem się zawsze rozczulała. Ten element stawiała na pierwszym planie przy ocenie książki i to był jej konik i odwieczna bolączka zarazem. I cóż z tego, że styl Westerfelda był prosty a i opisów było jak na lekarstwo, gdy przebrnięcie przez kolejne rozdziały przypominało połykanie kamieni. "No dobrze, może odrobinę dramatyzuję" - wyrzuciła z siebie rozhisteryzowana dziewczyna, rwąc włosy z głowy nad pisaną recenzją. "Może troszkę, ale jak tu czytać, kiedy te zdania takie... kanciaste. Istna mordęga. Jak tak można?!".
   Minęło trochę czasu, wzięła kilka głębszych... oddechów!, i wróciła do pisania. "No nie mogę tak go całkiem skrytykować, jeszcze mnie uznają za hipokrytkę, gdy kiedyś sięgnę po kolejny tom serii. A chyba sięgnę..." - przyznała ze skruchą blondynka. Wiedziała, że kiedyś to może nastąpić. Nie jutro, nie za miesiąc, ale gdyby nadarzyła się okazja, przez czystą ciekawość nie wzbraniałaby się długo. Losy Tally Youngblood były bowiem naprawdę wciągające, barwne ale często też godne współczucia. 
   Jak to jest być brzydką, niestety większość z nas wie - przez kompleksy. Nieważne jak widzą nas inni, ważne co same widzimy w lustrze. Identycznie było z Tally i generalnie wszystkimi nastolatkami występującymi w powieści. No może i pojawiały się jakieś wyjątki, które potem napędzały machinę wydarzeń, jednak pogląd społeczeństwa "Brzydalowa" był taki, że dopóki nie przeszło się operacji, wyglądało się naprawdę okropnie. A ogólnodostępna operacja, której poddawali się wszyscy, miała na celu usuwanie wad i różnic w wyglądzie, co prowadziło do ujednolicenia społeczeństwa. By żyło się lepiej i nikt nie był pokrzywdzony/faworyzowany ze względu na swoją twarz, figurę czy wzrost - taki trochę komunizm. 
   Marta czytała dzielnie i czerpała z tego pewną satysfakcję. Dynamiczna i w żadnym przypadku anemiczna postać Tally robiła na niej wrażenie. Jej odwaga i determinacja, by stać się piękną wzbudzały w niej swego rodzaju podziw choć bohaterka musiała sięgnąć moralnego dna by zrobić swój pierwszy krok ku operacji. I nie mogła, Tally oczywiście, liczyć na zbyt duże wsparcie ze strony dotychczasowych przyjaciół. Jednak - co Marta wyłapała z przyjemnością - ci drugoplanowi bohaterowie nie byli tacy znowu całkiem źli, przerysowani i przewidywalni. Niektóre ich zachowania były zaskakujące i do nich teoretycznie niepodobne. Plus dla autora.
   "Jaki zatem wniosek? Słaby styl, ciekawa fabuła i bohaterowie..." wyliczała przy podsumowaniu dziewczyna. Nie mogła tak po prostu skreślić tej książki, nie mogła też wręczyć jej laur zwycięstwa. Miała duży żal do autora za niedopracowaną powieść. Sama była w końcu kiedyś nastolatką i nie uważała, że bardziej wolała czytać te książki proste w konstrukcji jak budowa cepa od tych piekielnie rozbudowanych i pełnych opisów na trzy strony drobnym drukiem. "Ach Scott..." - westchnęła, z bolącą już od zgryzoty głową. - "Nie mogłeś się, chłopie, bardziej przyłożyć? Czwóra na szynach, więcej Ci nie dam."
   I taką oto myślą wysłaną telepatycznie do autora przypieczętowała swoją fachową opinię. Po czym zmęczona poszła spać. "Krytykowanie innych to jednak wyczerpująca fizycznie i zdrowotnie praca...".

18 lipca 2012

"Zieleń szmaragdu" Kerstin Gier

Zieleń Szmaragdu to trzeci tom trylogii czasu.
Co robi dziewczyna, której  właśnie złamano serce? To proste: gada przez telefon z przyjaciółką,  pochłania czekoladę i całymi dniami rozpamiętuje swoje nieszczęście. Ale Gwen - podróżniczka w czasie mimo woli - musi wziąć się w garść, chociażby po to, żeby przeżyć. Nici intrygi z przeszłości także dziś splatają się w zabójczą sieć. Złowrogi hrabia de Saint Germain jest bardzo bliski swego celu: Gwendolyn musi stanąć do walki o prawdę, miłość i własne życie.





   Tak długo czekała na możliwość poznania dalszej historii Gwendolyn i Gideona, że całkowicie zapomniała, jak skończył się ostatni tom. Trudno - pomyślała. Odświeży sobie wszystkie trzy tomy za kilka lat, wszystkie naraz. Teraz musi przeczytać "Zieleń szmaragdu" bez wspomagania, bo inaczej pęknie. Nie odda tej książki zachłannej bibliotece bez czytania.
   Zarywała noce, lecz zmęczenie nie pozwalało jej przebrnąć przez pierwsze 50 stron. Odłożyła książkę, poczekała na odpowiedni moment i długą podróż pociągiem z Przemyśla do Krakowa spędziła z nosem w książce i uśmiechem na ustach. Nic, że ludzie na widok jej ucieszonej do powieści buzi brali ją za kompletną wariatkę. Warto było przemóc w sobie nieśmiałość i cieszyć się z lektury. Gorzej, gdy wybuch śmiechu trzeba było powstrzymywać - takie zachowania wychodziłyby ponad przyjętą normę. Z wysiłkiem niemałym, z prawie kamienną twarzą dotrwała do ostatniej strony.
   Przez czytanie w pociągu przy bardzo uciążliwej parze nie mogła się skupić. Mimo to Kerstin Gier jak zwykle jej nie zawiodła i zabrała do prawie idealnej krainy. Takiej, którą sama chciałaby kiedyś stworzyć. Z zabawnymi, odrobinę przerysowanymi bohaterami. No może nie wszyscy zasługują na miano zabawnych ale Gier tak pisze, że łatwo wyprzeć z umysłu całe zło. Hrabia i Rakoczy to postacie zdecydowanie negatywne. Nie ma w nich krzty dobra. Dobrze wiedzą, do czego dążą - nieważne, że po trupach. Według przepowiedni, aby hrabia de Saint Germain osiągnął swój cel, ktoś musi ponieść śmiertelną ofiarę. Dlatego akcja pędzi i leje się krew. A także łzy - całe hektolitry łez. 
   Marta, aby na chwilę odpocząć od nadmiaru wrażeń, spoglądała w okno na uciekający przed nią krajobraz nizinny. Pola, lasy, czasem domy. Nic szczególnego, ale serce i tak kołatało jej jak szalone. A łapanie ciekawskich spojrzeń studenta szkoły wojskowej wcale nie pomagało na nadszarpnięte przez przemądrzałego Gideona nerwy. Jak on mógł tak igrać z uczuciami Gwen? Przez te wszystkie zabiegi dziewczyna nie wiedziała, komu może zaufać. A tylu bohaterów mogło być zdrajcami. Czy ktoś znał prawdziwe zamiary hrabiego?!
   W miarę czytania z trudem wyrabiała sobie opinię o tej książce. To Kerstin Gier - kochałaby ją nawet gdyby pisała już tylko instrukcje obsługi niemieckich żelazek za grube miliony. Czytało się jak zwykle cudownie. Ten styl, ci bohaterowie. Najlepsza przyjaciółka jaka może się trafić - Leslie. Najśmieszniejsi członkowie rodziny - ciotka Glenda i Charlotta. Genialny duch Xemerius. To ciepło bijące od książki. Ta powieść mogłaby nie mieć końca! Jednak czytając, w jej głowie czaiły się też myśli, że chyba jest na to wszystko za stara. Było tak pięknie, ale im człowiek starszy tym mniej ufny - tak ciężko było przyjąć całą tą "love in the air". Wypierała te sugestie w jak najgłębsze zakamarki swojej świadomości, ale niestety... do głębokich przemyśleń raczej zdolna nie była, więc niesforna myśl wypływała bez trudu na mieliznę. Słowem: było jej tak słodko, że aż czasami mdło i chciała bohaterami potrząsnąć. Wołała też o pomstę do nieba i błagała o pistolet. Na szczęście rzadko i nie dość głośno. Bo tak naprawdę byłoby jej przykro.
   "Co nie znaczy, że książka jest zła!" chciała wykrzyczeć w twarz wszystkim podsumowującym jej przemyślenia. Naprawdę Gier się postarała i zakończyła tę serię z godnością. "Ale niechaj już do niej nie wraca..." dopowiadały złośliwe gargulce. Tak, Marta nie chciała niszczyć wizji "żyli długi i szczęśliwie" kolejnymi tomami. Trylogia Czasu była dla niej jedyną i niepowtarzalną serią o nastoletnich podróżnikach w czasie. Nie wierzyła, że może przytrafić się lepsza. Dla autorki bohaterka tego opowiadania chciała rozpocząć naukę języka niemieckiego. Z powodu ogromnego lenistwa porzuciła ten wzniosły pomysł, jednak wiedzcie - że gdy Marta chce się uczyć niemieckiego, to na pewno coś się dzieje...

***
16 lipca obchodziłam... uhuhu, nie wiem którą już rocznicę publikacji pierwszej notki mojego pierwszego opowiadania w internecie. Pierwszy blog i tak dalej. Wszystko pierwsze :)

Cieszę się, że wciąż bloguję, choć w odmiennej formie. Mam nadzieję, że nadal będzie mnie to cieszyć i Was wszystkich wkoło też. Nie chcę być bez Was w blogosferze. Może nie jest nam tak idealnie, jak w powyżej opisywanej bajce ale wierzę, że jeszcze może być lepiej. I z taką oto optymistyczną myślą żegnam się z państwem dzisiaj. Dobranoc! :*

15 grudnia 2011

"Tańcząca" Sarah Rubin

Chude, patykowate nogi, wątłe ramiona o zbyt ostro zaznaczonych łokciach. Do tego sfatygowane, o dwa rozmiary za duże trampki. Tak wygląda Casey Quinn. Trudno dopatrzeć się w niej wdzięku i delikatnej urody baletnicy. A Casey marzy o tańczeniu. Jej matka nie ma pieniędzy na lekcje baletu, tym bardziej na wysłanie jej do szkoły w odległym Nowym Jorku. Ale Casey jest wątłej postury, nie charakteru. Poruszająca historia dziewczyny z prowincji, o dążeniu do spełnienia swoich marzeń, o przyjaźni, przebaczeniu i o pasji do tańca…


   Nieco naiwna ale ciepła i piękna książka o amerykańskiej nastolatce, która osiągnęła więcej niż pragnęła. Tak w skrócie określiłabym historię Casey, która w powieści "Tańcząca" snuje swoją nieco wyidealizowaną opowieść docierania na szczyt.
   Pasja - warto ją mieć, pielęgnować ją, a nawet żyć nią - tak, aby nasza egzystencja nabrała jakiegoś innego wymiaru. Nie powiem, że większej wartości czy czegoś w tym stylu - bez przesady, dla mnie najważniejsze wartości to rodzina, miłość, przyjaźń i człowieczeństwo, choć może to różnie brzmieć. Casey również jest świadoma tego, że przede wszystkim liczy się rodzina, czyli jej matka i babcia - chętnie pomaga obu, stara się dobrze uczyć, co wychodzi z różnym skutkiem i... nie chce robić w przyszłości tego samego co jej opiekunki. Nie chce sprzątać w szpitalu.  
   Cóż rzec? A przyznam, że dziś będzie raczej krótko, bo książka czytana już miesiąc temu i nie pod ręką... Warto o nią zahaczyć, jeżeli szuka się lekkiej i nieco naiwnej opowiastki, choć nie powiem, że życie Casey było znowu takie słodkie i kolorowe. Ta książka jest po prostu moim zdaniem zbyt krótka, autorka mogła ją bardziej rozwinąć, lepiej opisać środowisko Casey... - tendencja współczesnych autorów do opisywania wszystkiego trzema zdaniami zaczyna mi już powoli działać na nerwy. Dlatego nie polecam dorosłym, którzy szukają w książce czegoś więcej, czegoś co mocno ich wzruszy, otworzy oczy na pewne sprawy i w bajce, jak w lustrze, odbije rzeczywistość. Tego mi tutaj zdecydowanie zabrakło - chociaż był jeden moment ale Casey jakoś nie zrozumiała słów koleżanki i nie spadły jej klapki z oczu tak jak czytelnikowi. Cóż...
   Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Bo kocham taniec - ale nie tak jak wszyscy sobie wyobrażają. Nie tańczę w żadnym zespole, nie ćwiczę od dziecka, ja po prostu po cichu wielbię wspaniałych tancerzy i zazdroszczę im giętkości, figury, ruchów... Czasem, gdy idę sobie ulicą i mam słuchawki na uszach wymyślam sobie niewykonalne choreografie - nic więcej. Szukałam więc w "Tańczącej" urzeczywistnienia moich wyobrażeń, wskazówek, jak napisać dobrą książkę o swojej pasji, jak w ogóle opisać taniec? Niestety, trochę się zawiodłam. To nie było to.
   Jednak nie mogę narzekać za dużo - autorka ma przyjemny styl, i gdyby nie ciągłe słowa bohaterki: Jestem Casey Quinn i... (tu dopisz sobie coś podnoszącego na duchu), byłoby całkiem dobrze - a tak jest znośnie. Historia ogółem mi się podobała i myślę, że nie jest to zła książka - szczególnie dla młodszej młodzieży (tu jest wręcz idealna, zero.  przemocy, coś o pasji, przyjemny styl ułatwiający szybkie przełknięcie - czego chcieć więcej?). A zatem - idealna na prezent dla młodszej siostry, kuzynki/innej osoby należącej do rodziny czy znajomych poniżej 15 roku życia :)

Pozdrawiam i dobranoc!

17 września 2011

"Błękit Szafiru" Kerstin Gier


Być dopiero co zakochaną, nie jest dobrym pomysłem. Tak przynajmniej uważa Gwendolyn, 16-letnia świeżo upieczona podróżniczka w czasie. Ostatecznie to ona oraz Gideon mają całkiem inne problemy. Na przykład ratowanie świata. Lub nauka menueta. (Oba są niełatwe!) Kiedy Gideon zaczyna być enigmatyczny, dla Gwendolyn staje się jasne, że musi trzymać hormony na wodzy. W przeciwnym wypadku skończy się miłość między nimi…
  
   Jak cudownie jest znowu spotkać się z Gwendolyn i Gideonem (jakkolwiek wymawia się jego imię)! Oj tak, w tej recenzji nie będzie prawie żadnego obiektywizmu, gdyż Kerstin Gier jest moją ulubiona pisarką i nie miałoby dla mnie znaczenia, czy czytałabym instrukcję obsługi odkurzacza jej autorstwa czy może jej własny tomik poezji awangardowej. Ta kobieta po prostu ma talent - do rozśmieszania ludzi, wzruszania ich do łez, do budowania napięcia i tworzenia najatrakcyjniejszych bohaterów męskich - tak, tak, ja też jestem zakochana w Gideonie. 
   "Błękit Szafiru" to druga część Trylogii Czasu, której głównymi bohaterami są właśnie Gwendolyn i Gideon, poznani w części pierwszej - czyli w "Czerwieni rubinu". Oboje posiadają gen podróży w czasie i od około szesnastego roku życia w niekontrolowany sposób przenoszą się do przeszłości. Na szczęście hrabia de Saint Germain wynalazł cudowne urządzenie - chronograf, i okiełznał te podróże w czasie. Kobiety z rodu Montrose i mężczyźni z rodziny de Villiers będący podróżnikami w czasie, używają chronografu by podróżować według własnej woli, do czasów, które sami wybiorą. A wszystkich podróżników jest dwunastu. 
   Wydawać by się mogło, że wszystko jest już uporządkowane - wystarczy wczytać danego podróżnika do chronografu (pobierając od niego kroplę krwi) i może on poddawać się codziennym kontrolowanym podróżom w czasie, by resztę doby spędzić w spokoju, jednak hrabia de Saint Germain żąda od swego wynalazku czegoś więcej. Czegoś, o czym nie wiedzą inni podróżnicy a dla hrabiego jest - dosłownie - śmiertelnie ważne. Jego tajna misja wypełni się, gdy wszyscy podróżnicy zostaną wpisani do chronografu.
   Ciężko jest czytać jakąś serię od środka, dlatego też tylko odważnym polecam zaczynanie z Kerstin Gier od "Błękitu Szafiru". To wspaniała książka ale ma wiele odniesień do części pierwszej (przy czym nie są one szczegółowo przypomniane) i nie wiem, czy czytelnik nieznający głównego problemu by sobie z tą fabułą poradził. 
   Druga część różni się zdecydowanie od pierwszej tym, że będzie w niej więcej akcji, więcej podróży w czasie, więcej scen sam na sam Gwendolyn i Gideona. A więc należy przygotować się na to, że częściowo odsuwamy żarty na bok. Jednak nie oznacza to, że możemy bez obaw wsiąść z tą książką do autobusu czy przedziału pociągu pełnego ludzi. Głupio byłoby z wrażenia "zapowietrzyć się" przy książce, robić do literek maślane oczy czy po prostu do niej chichotać. 
   Co też warto wspomnieć, Charlotte zrobi się mocno zazdrosna o Gwendolyn i będzie starała się namieszać jak najbardziej pomiędzy dwójką naszych podróżników w czasie. Ale nie tylko jej będzie więcej, ponieważ walka między Paulem i Lucy a naszym duetem rozgorzeje na całego - a w przerwie zostanie wprowadzony nowy, interesujący bohater. Kto to będzie? Ja Wam nie zdradzę - bo odebrałabym przez to potencjalnym czytelnikom całą radość z czytania. 
   Znacie moje zdanie: Kerstin Gier warto znać. Jeżeli szukacie lekkiej i wciągającej lektury na długi jesienny wieczór to "Błękit Szafiru", jak i cała Trylogia Czasu będą dla Was po prostu idealne. Sympatyczni bohaterowie, zabawne dialogi i ten dreszczyk emocji związany z tajemniczą postacią hrabiego de Saint Germain. Tej książki nie można przegapić! 

11 września 2011

"Dane wrażliwe" Ewa Nowak


Na pewno wszyscy znacie powiedzonko: „Mrugnij okiem — oto jak szybko może zmienić się twoje życie”. Czy od jednego słowa może się to stać? Okazuje się, że może.
Nina Petrykowska chodzi do gimnazjum im. Pierwszego Pułku Ułanów Krechowieckich w Augustowie i – tak samo jak tysiącom ludzi – po prostu zdarza jej się palnąć drobne głupstwo. Po to, żeby utrzeć nosa byłej przyjaciółce, rzuca od niechcenia, że ma chłopaka. Tylko tyle. Tysiące dziewczyn robiły to przed nią, a jednak ona się o to mini-kłamstewko boleśnie potyka.
Jak często bywa z książkami Ewy Nowak, czytelniczki podzielą się w interpretacji tej powieści. Dane wrażliwe można bowiem czytać jako wnikliwe studium głupoty, jako studiom bezradności lub jako poradnik genialnego manipulatora.


   Kłamstwo ma krótkie nogi i zawsze się wyda. Są kłamstwa małe, średnie i duże - i tak samo mają one różne konsekwencje. Nina Petrykowska zalicza się do grona osób, które kłamią na potęgę a w rezultacie... mają jeszcze większe kłopoty niż przed wypowiedzeniem kłamstwa. Naprawdę duże kłopoty.
   Pamiętacie jeszcze moją recenzję poprzedniej książki Ewy Nowak pt. "Drugi"? Tam "tym drugim", był Hadrian. Zawsze na drugim miejscu po swoim bracie, drugi w wyścigu po czyjeś serce, drugi w sercu swojej matki o której zainteresowaniu, takim prawdziwym, po cichu marzył. Z Niną jest podobnie pod tym względem - jest byle kim wśród koleżanek, nie ma przyjaciółki, Kaśka zawsze ma w potyczkach słownych z nią ostatnie słowo a matkę obchodzi tylko jej własny czubek nosa. Do tego nie ma chłopaka - w drugiej klasie gimnazjum, przy Kaśce, to po prostu wstyd.
   Powiem Wam, że gdy czytałam tę książkę, byłam tak rozemocjonowana, jakbym znowu miała te piętnaście lat i przeżywała gierki szkolne. Wiecie, podstępy, podszepty, kłótnie, kopanie dołków pod koleżankami, "polowania na chłopaka" i ten stres - ogromny stres pod tytułem: co myślą o mnie inni. Książka "Drugi" mi się podobała, była romantyczna, rodzinna, klimatyczna i trochę smutna. Polubiłam Ewę Nowak, ale po "Danych wrażliwych" zakochałam się w jej pisaniu a w Ninie Petrykowskiej to już całkiem. Ta książka, muszę przyznać, jest genialna.
   Kim jest wspomniana Nina? Zwyczajną uczennicą gimnazjum, ze słabymi ocenami, kilkoma kompleksami jak np. krzywe zęby, no i bez chłopaka. Ten ostatni problem bardzo jej dokucza. Pewnego dnia od rana ma pod górkę: kłótnia z mamą, spóźnienie na lekcje, brak zadania na matmę i smutna wizja jedynki - do tego Kaśka (była przyjaciółka Niny) bardzo chce znowu poruszyć temat jej wspaniałej pierwszej miłości, upokarzając przy tym resztę. Nina ma już dość i nie wytrzymuje - najpierw kłamie o chłopaku a później poniża Kaśkę przypominając jej o matce alkoholiczce i biedzie w jakiej dziewczyna żyje. Ciekawy początek? A później będzie działo się jeszcze więcej - kiedy dziewczyny połączą fakty i okaże, się kto był chłopakiem Niny.

   Nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły, więc wytłumaczę co oznacza ostatnie zdanie opisu: "Dane wrażliwe można bowiem czytać jako wnikliwe studiom głupoty, jako studiom bezradności lub jako poradnik genialnego manipulatora."
     "Dane wrażliwe" jako studium głupoty - szczerze to nie wiem, która postać jest w tej powieści najgłupszą, ale Kaśce i Ninie powinno się oberwać za wieczne przechwałki i poniżanie siebie nawzajem. Jednak to chyba matka Niny zasługuje na ten tytuł, ponieważ zawsze zależy jej najbardziej na pokazaniu się: jak wspaniale sobie radzi bez męża (który pracuje w Warszawie i wraca tylko w weekendy) z dwójką dzieci, jaki z nimi ma świetny kontakt, jaki ma wspaniały dom i jak dobrze mimo tego wygląda.
   "Dane wrażliwe" jako studium bezradności - Nina nie potrafi wyplątać się z własnych kłamstw, choć naprawdę tego chce, a jej niepełnosprawna kuzynka Justyna nie potrafi poradzić sobie z nadopiekuńczą matką. Autorka ukazuje, jak człowiek potrafi być bezradny wobec ludzi, którzy chcą wiedzieć wszystko i mieć o każdym własny osąd. A do tego, idealnie opisuje, jak Nina chcąc walczyć ze swoim kłamstwem, jeszcze bardziej się w nim pogrąża.
   "Dane wrażliwe" jako poradnik genialnego manipulatora - zdziwicie się, jak wiele rzeczy potrafi zaplanować gimnazjalistka. Myślicie, że problemy nastolatek są błahe i proste do rozwiązania? Nie z takim mistrzem gry jak Kasia. Już ona zadba o to, by i owca była cała i wilk syty. 

   Styl Ewy Nowak jest niezmiennie dobry - prosty i przyjemny ale emocje jakie igrają czytelnikiem w trakcie lektury "Danych wrażliwych" to, jak często mówi się w telewizji, całkiem nowa jakość. Bohaterowie nie są już tacy grzeczni a ich problemy nie tak wzruszające. W tej powieści dzieje się tak wiele i z taką siłą, że często otwierałam oczy szeroko ze zdziwienia. Możnaby rzec, że autorka zafundowała swojej bohaterce prawdziwy spacer przez szkolne piekło. A jej brat Bogdan, na początku wcale jej życia nie ułatwia - wręcz dręczy ją jak sumienie.
   Dzięki tej lekturze, nabrałam jeszcze większej ochoty na przeczytanie całej serii miętowej. Zaś dla stałych czytelników mogę zdradzić, że bohaterowie książki "Drugi" pojawią się i w tej części, i trochę namieszają. Naprawdę warto dać tej powieści szansę, jako kolejnej części i jako osobnej książce. Szczególnie polecam nastolatkom, ale myślę, że i starsze panie będą zadowolone. Obok tej książki nie da się przejść obojętnie :)