Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Novae Res. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Novae Res. Pokaż wszystkie posty

2 października 2014

"Ostatnia spowiedź. Tom I" Nina Reichter

Bradin Rothfeld jest dziewiętnastoletnim rockmanem. Kobiety w całej Europie wzdychają do jego brązowych oczu i cudownej, niemal dziewczęcej urody. Wracając z trasy koncertowej Brade spóźnia się na przesiadkę i spędza noc na opustoszałym lotnisku. Jeszcze nie wie, że będzie to najdziwniejsza noc w jego życiu. Spotyka wtedy Ally Hanningan. Tajemniczą Amerykankę, która go nie rozpoznaje. Spędzają ze sobą kilka magicznych, niezapomnianych godzin. A później wspaniała noc się kończy. I oboje już wiedzą, że nie spotkają się więcej. Nigdy więcej. Bo zbyt mocno czują, co rodzi się między nimi.


Z racji, że mam za sobą kilka opowiadań fan-fiction, moja ciekawość tej książki była ogromna. Po pierwsze: temat, czyli wokalista-gwiazdor. Po drugie: pozytywne recenzje. Po trzecie: kompletne zawładnięcie blogosferą.
Bo wiecie, że ciężko znaleźć książkę, która będzie ciekawa na pierwszy rzut oka (nie ma tak wiele powieści o życiu muzyków czy w ogóle gwiazd - a przynajmniej ja na nie rzadko trafiam), zbierze prawie same pozytywne recenzje i przy okazji zaleje internet. Oczywiście zdarza się, że co po niektóre wydawnictwa wysyłają książki na potęgę, ale odzew jest różny. "Ostatnia spowiedź" zaś kojarzyła mi się z samymi superlatywami. A jak jest teraz?
Przede wszystkim, nie żałuję. Nina Reichter niewątpliwie ma talent i niezły warsztat. To, jak opisuje, jak kreuje, jak przeprowadza czytelnika przez kolejne wydarzenia jest po prostu piękne. Marzę, by kiedyś tak dobrze pisać. Tak konstruować zdania, używać takich zwrotów, żeby wszystko było na swoim miejscu tak jak jest u niej. Chciałabym też wierzyć w taką miłość, ale to już temat na następny akapit.
Miłość. Każdy rozumie ją inaczej i czego innego wymaga. Dla głównej bohaterki, to ten chłopak delikatnej, wręcz dziewczęcej urody jest odzwierciedleniem ideału. Ten romantyk, który rozumie ją prawie jak najlepsza przyjaciółka. Mój typ jest zdecydowanie inny, dlatego przez dłuższą chwilę patrzyłam na tę dwójkę z boku i czułam się jak intruz.
Nie wzdychałam do Bradina, może trochę do jego brata, ale muszę przyznać, że kreacje bohaterów są obłędne. Trochę to przypomina wprawdzie "Pamiętniki wampirów", może nawet bardzo... Nieważne! Tak naprawdę problemem jest Ally. Bo zawsze jest jakiś problem. Dziewczyna została w przeszłości zraniona, dlatego ucieka od prawdziwej miłości i odcina się od wszelkich uczuć, które mogłyby ją osłabić i uśpić jej czujność w przyszłości. Do tego nie potrafi się uniezależnić od rodziców, ale czy to znowu takie łatwe? Szczerze. Tylko w teorii, więc w tym przypadku plus dla autorki. Po przemyśleniu sprawy, jestem w stanie zrozumieć decyzje podejmowane przez bohaterów. Nie wszystkie, ale większość. I rozumiem dzięki temu fenomen tej książki. Naprawdę można odnaleźć samego siebie w tych rozterkach, problemach, które nie są znowu takie sztuczne, choć mocno podkoloryzowane.
Mimo wszystko, przy całym zrozumieniu, pochwałach i zarwaniu nocki dla tej książki, nie potrafię powiedzieć, że jestem z niej tak po prostu zadowolona, że się w niej zakochałam i będę ją mile wspominać. Nie. Bardziej pasuje mi porównanie do alkoholu, dzięki któremu kontury są mniej wyraźne, kanty mniej ostre, uczucia głębsze a śmiech bardziej szczery ale... kiedy już wytrzeźwiejemy, pozostaje niesmak. Mimo najpiękniejszego wieczoru, przebudzenie zawsze jest do dupy. Czyli: książkę czytało się cudownie, wciągała jak najlepsza telenowela, jednak - no właśnie - to była telenowela. Kończy się w połowie zdania i czytelnik woła o kontynuację jak morfinista o kolejną dawkę. Co prawda, to fakt. Ale mimo wszystko dobrze wiem, że autorka wygrała ze mną tę walkę nieczysto. Jej talent przyćmił fabułę, której normalnie bym nie zniosła - bo nie jestem aż taką romantyczką, a i emo nigdy nie byłam.
Dlatego, podsumowując, autorce należy się uznanie. Przeczytam prawdopodobnie drugą część (już utknęłam w połowie!), a może i trzecią. Jednak gdzieś z tyłu głowy zawsze będę mieć tego zgryźliwego tetryka, który przy każdej scenie miłosnej będzie głęboko znużony wzdychał. Mam nadzieję, że Was totalnie nie zniechęciłam - nie o to mi chodziło. Zaznaczam tylko, na co trzeba być przygotowanym, gdy jest się takim złym człowiekiem jak ja. Bo książkę generalnie polecam. Warto ją poznać, w taki jesienny, zimny wieczór, kiedy potrzebujemy przytulenia przez przystojnego, wrażliwego bohatera książkowego. Bradin to książę na białym rumaku.

18 kwietnia 2012

"Mimo wszystko" Agnieszka Monika Polak


Jeżeli jesteś pełna kompleksów, nie lubisz swojego ciała i wydaje Ci się, że Twoje życie jest niekończącym się pasmem problemów, przeczytaj tą książkę!

Kiedy poznasz historię Ewy, najprawdopodobniej inaczej zaczniesz patrzeć na siebie i świat, który Cię otacza. Poznasz prawdziwą historię niepełnosprawnej kobiety, która zawsze sama boryka się ze swymi problemami, mimo że wokół niej przewija się wielu ludzi. Problemów ma bez liku, lecz żadne nie są w stanie jej załamać. Stanowi przykład dla wszystkich, zarówno chorych, jak i zdrowych, że w każdej sytuacji można nauczyć się czerpać z życia radość.


Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

   Jeżeli lubisz wulgaryzmy, realizm w całej okazałości, gniew i złość – to ta książka cię nie zadowoli. Wydawało mi się, że już sam tytuł mówi o jakiejś walce, przeciwnościach losu, a zatem niegodziwych ludziach, którzy zmieniają nasze życie w piekło na ziemi... Jednak nie – było całkiem spokojnie, chociaż przez kartki dało się wyczuć emocje jakie targają opisywaną Ewą.
   Ciekawa jest okładka z tyłu. Standardowy opis, który zdradza trochę za dużo, bo w sumie mówi o książce prawie wszystko, a pod nim nie byle jaka rekomendacja. Podpisał się pod nią sam Cezary Pazura. W takiej sytuacji nie można przejść obok tej niepozornej książki obojętnie.
   Ewa i Monika – narratorka powieści i najprawdopodobniej sama autorka – to przyjaciółki od lat. Poznały się gdy Monika była jeszcze uczennicą, a Ewa młodą żoną. Minęło wiele lat, obie mają już dzieci a mimo dzielących je kilometrów, gdyż Monika mieszka w Lublinie a Ewa w Koszalinie, wciąż utrzymują kontakt i mogą nazwać siebie prawdziwymi przyjaciółkami. Zbliża się spotkanie klasowe Moniki w Koszalinie – zatem i okazja do spotkania Ewy po wielu latach.
   U Ewy zmieniło się bardzo wiele. Jest po dwóch przeprowadzkach, wygrała i straciła fortunę, choroba nadal odciska na niej swe piętno, jednak w sprawach sercowych może i było parę burz ale została po nich tylko głucha cisza. Monika spędza z przyjaciółką każdą wolną chwilę w mieście nadmorskim i wysłuchuje zadziwiających historii, które - na przestrzeni czasu, gdy w orężu miały tylko telefony - przydarzyły się niepełnosprawnej koleżance.
   Jednak te kilka dni urlopu nie wystarczyło, by móc usłyszeć o wszystkim – a było tego wiele. Monika wiele razy rozmawia jeszcze z Ewą, wysłuchuje szczegółów, bardziej angażuje się w problemy a po roku gdy znowu się spotykają, nadal zbierają materiał na tę książkę. W międzyczasie życie Ewy nadal jest dalekie od ideału.
   Książka naprawdę otwiera oczy na wiele rzeczy i poszerza perspektywę, ale często byłam zła na Ewę, która wręcz lekką ręką odrzucała szczęście z sobie tylko znanych powodów. Nie rozumiałam pobudek jej działań, jej samo destrukcji i przetrwania „mimo wszystko”. Narratorka chce byśmy współczuli Ewie i na jej przykładzie docenili swoje życie, jednak nie zawsze byłam osobą rozczulającą się nad bohaterką. Może jeszcze do tego nie dojrzałam i nie zrozumiałam tej książki.
   Nie chcę w żadnym wypadku nikomu tej książki odradzać - żebyście czegoś takiego przypadkiem nie wynieśli z mojego wywodu. Po prostu uważam, że nie każdy tę powieść zrozumie, szczególnie młodszy czytelnik, choć próbować można. To wartościowa pozycja na polskim rynku jednakowoż małe szlifowanie by jej nie zaszkodziło. Albo na odwrót – bo książka wydaje się ugrzeczniona, więc można by ją odszlifować :) Dodać trochę suchych, ludzkich dialogów, i nie chodzi mi od razu o wulgaryzmy, ale urywane zdania, nie do końca poprawne stylistycznie lub pełne powiedzonek, gry słów. Dialogi strasznie mnie gryzły. Korekta wyszła aż za dobra.
   Poza tym chyba nie mam większych zastrzeżeń. Dobrze skonstruowane postacie główne, reszta jest jakby tłem ale i epizodycznych bohaterów autorka nie pominęła. Wszystko się klei i gra, fabuła jest wyważona i sam pomysł na nią wydaje mi się bardzo dobry. Ludzie mają to do siebie, że lubią narzekać. Trzeba tylko uważać, żeby nie przesadzić i nie zamienić tego w sztuczną skromność. „Mimo wszystko” warto po prostu przeczytać.

18 sierpnia 2011

"Skaza" Zofia Borowska-Wyrwa


Arnold Neugebauer, bohater odznaczony podczas I Wojny Światowej Krzyżem Żelaznym, choć nie jest nazistą, został wciągnięty do hitlerowskiej partii NSDAP. Zataja, że jego babcia jest Żydówką urodzoną w Pińczowie, obecnie mieszkającą we Francji. Arnold ma żonę, dwie córki i syna Johanna, który po babce odziedziczył intensywnie rude włosy. Dzieci wielbią Hitlera i nie wiedzą o żydowskiej rodzinie we Francji. Wybucha wojna…
"Pociąg jechał coraz wolniej, aż wreszcie stanął. W kotle parowozu zabrakło wody. Żołnierze wysiedli i pobiegali nieco wzdłuż torów, ale lodowate podmuchy wiatru zmusiły ich do powrotu do wagonów. Humor opuścił młodych ludzi. Było szaro, ponuro i bardzo zimno. Johann wyciągnął sweter, który teściowa, mimo jego protestów, zapakowała mu do plecaka. Zadawał sobie pytanie, czy byłaby taka troskliwa, gdyby wiedziała, że zięć posiadał żydowskich przodków? A jakby przyjęła wiadomość, że jej wnuk również będzie miał skażoną krew?
W uszach ciągle dźwięczały mu słowa wypowiedziane przez żonę tuż przed pożegnaniem:
>Ani jednej złej kropli krwi, która dostanie się do żyły człowieka, nie da się wyplenić przez pokolenia<."

   Po raz pierwszy od bardzo dawna miałam w rękach książkę o tematyce wojennej. I mogę od razu powiedzieć, że nie żałuję - bo zawsze unikałam takich książek i takich filmów, a teraz chyba powoli zacznę dawać im szansę. Ciągle walczymy ze stereotypami i krok po kroku się ich pozbywamy, prawda? Tak samo było i u mnie, po lekturze "Skazy".
   Tematy wojenne poruszane w literaturze to najczęściej cierpienia w obozach, walki na frontach, konspiracja, życie ofiar... Jednak, jak często czytamy o tym, co myśleli na temat II Wojny Światowej sami Niemcy, od których "wyszła inicjatywa"? Jak odnosili się do "zdobywania nowych przestrzeni życiowych", innych narodów, Żydów? Jak wyglądało życie zwykłych ludzi, Polaków i Niemców, w trakcie wojny? Odpowiedzi na te wszystkie pytania udziela Zofia Borowska-Wyrwa w swojej książce, dodatkowo wykładając czytelnikom porządną lekcję historii, której nie doświadczymy w szkole z powodu braku czasu. (Znacie to uczucie, gdy czasy II WŚ omawiane powinny być na wakacjach, bo w trakcie roku szkolnego historycy nie zdążają?)
   Arnold Neugebauer jest głównym bohaterem powieści i łącznikiem między Polakami, Niemcami i Żydami. Jego babcia pochodziła z Polski, była Żydówką a wyszła za Francuza. Jej córka, a matka Arnolda, wyszła za Niemca-ziemianina i zamieszkała w jego rodzinnym kraju. W czasie I wojny światowej Arnold był już w wieku poborowym i walczył za swój kraj, przy którejś z kolei akcji wiatr zawiał nie w tę stronę co potrzeba i Niemcy strzelili sobie samobója gazem bojowym, przez co bohater został kaleką. Gaz zniszczył mu płuca.
   Nadchodzi rok 1939, Arnold ma już trójkę dzieci, kochającą żonę, a Hitler sieje swoją propagandę. Neugebauer ze smutkiem spogląda na dorastające dzieci wielbiące Fuhrera, jego ideę nadludzi, podludzi i tym podobnych. Codziennie spogląda na rudowłosego syna i zastanawia się, jak mu wytłumaczyć, że kolor jego włosów spowodowany jest "złą, żydowską krwią", a on działając w Hitlerjugend wydaje tak naprawdę na siebie wyrok. Do tego Johann zakochał się w Hildzie (równie porywczej i ubóstwiającej Hitlera jak on), pochodzącej z dawnej szlachty, córce kompana wojennego Arnolda, który... zna tajemnicę jego korzeni.
   Drugą ważną postacią powieści "Skaza" jest Magdalena Sobańska, żona polskiego oficera, który krótko po wybuchu wojny trafia do oflagu jako jeniec. Zanim jednak on pójdzie na wojnę, wysyła żonę do swojej rodziny w Złotnikach. Przeprowadzka dla Sobańskiej nie jest łatwa, gdyż nagle z tętniącej życiem Warszawy musi przenieść się na wieś, do ludzi których nie zna. Długo nie może tego wybaczyć mężowi, jednak 1 września 1939 sprawia, że zmienia ona zdanie i potulnie aklimatyzuje się w wiosce pod Kielcami.
   O bohaterach książki "Skaza" można śmiało powiedzieć, że ich losami rządzi najzwyklejszy przypadek. Ich ścieżki pewnie nigdy by się nie skrzyżowały, gdyby nie ślepy los. Tak jak w życiu. Tu też krok po kroku tworzy się nić powiązań i zdarzeń, które prowadzą do takiego a nie innego końca. Dawno już nie czytałam powieści o tak dobrze rozplanowanej fabule. I to właśnie zrobiło na mnie największe wrażenie. Mnogość osób i wydarzeń z nimi związanych, a do tego sprytnie wplecione fakty historyczne dzięki którym naprawdę zrozumiałam II Wojnę Światową.
   Od strony technicznej czyli styl, łatwość czytania, logika - wszystko było w jak najlepszym porządku. Książkę przeczytałam naprawdę szybko i bezboleśnie, choć niektóre zwroty wydawały mi się dziwne jak np. "dostała menstruacje" ale to tylko takie rzadkie kwiatki i może ja za dużo narzekam. Za to dzięki dość konkretnym opisom naprawdę poczułam się jak w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Te konwenanse, dawne obyczaje, stroje, środki transportu... każdy szczegół dopracowany był aż do bólu. A Niemcy i ich klimat oddany był tak, jak ja go czuję: surowość, posłuszeństwo, bojowość, rozsądek. Do tego francuskie akcenty, hasła: nie umrzemy za Gdańsk i duma podległych obywateli zna Sekwany - czułam się tak, jakbym oglądała dobry film historyczny.
   "Ani jednej złej kropli krwi, która dostanie się do żyły człowieka, nie da się wyplenić przez pokolenia" - to cytat, na którym opiera się oś całego utworu i wokół którego wszystko się kręci. W końcu, by być SSmanem należało mieć tylko niemieckie korzenie od osiemnastego wieku. Hilda marzyła o tym, by jej mąż należał do SS, był kimś, był "prawdziwym Niemcem". Jak potoczyły się losy Arnolda, Johanna i jego żony Hildy? Co w ich życiu zmieniła świadomość posiadania "złej krwi"?
   Zdecydowanie polecam książkę "Skaza" wszystkim, jako jedną z lepszych współczesnych polskich powieści. Jest to połączenie dobrego dramatu obyczajowego z powieścią historyczną. Warto dać szansę polskim autorom, a tej książce szczególnie.

6 lipca 2011

"Byłam białą różą" Krystyna Falińska

Róża od dziecka była wszechstronnie kształcona, ponieważ została włączona do eksperymentalnej grupy utalentowanych dzieci, otrzymując wykształcenie muzyczne, baletowe i do nauk ścisłych. To zadecydowało, że żyła zawsze w dwóch światach: artystycznym i naukowym. Rodziło to wiele rozterek i trudności, gdyż nie mogła się w pełni odnaleźć w realnym życiu, zwłaszcza w stałym związku. Ucieczką od życiowych problemów były podróże, a swoje miejsce odnajdywała na lotnisku i w samolocie. Dla pracy naukowej zrezygnowała nawet z wielkiej, prawdziwej miłości, co niemal przypłaciła życiem…


   Nie tylko moi rodzice marzyli o tym, by ich dzieci były wykształcone, kulturalne a przede wszystkim zdrowe. Jest to życiowy cel wielu dorosłych myślących poważnie o rodzinie. Wykształcenie bowiem kiedyś zapewniało świetlaną przyszłość. Teraz wygląda to trochę inaczej, ale i tak nauka odgrywa dużą rolę w naszym życiu. I wciąż tak samo nas fascynuje, chociaż nie wszyscy jesteśmy pasjonatami matematyki, fizyki czy biologii.
   Róża, główna bohaterka książki i jej narratorka, od dzieciństwa zajmowała się baletem i kochała to, jednak z wiekiem coraz bardziej pochłaniała ją nauka, szczególnie biologia i jej działy: genetyka, botanika, ewolucja. I tak, pomimo starań jej choreografów, mając świetne wyniki matury, poszła na wymarzone studia.
   Jak często powtarza w powieści, po skończeniu osiemnastu lat, jej życie nie było już tak proste jak wcześniej. Krucha i delikatna dziewczyna musiała zmierzyć się z brutalną, komunistyczną rzeczywistością, gdzie władze pamiętały o jej przyjaźniach z przedstawicielami narodu żydowskiego i nie miała żadnej taryfy ulgowej. Przez to właśnie straciła pierwszego męża, zesłanego na Syberię za pochodzenie. Zaraz po tym wydarzeniu musiała wziąć się w garść i zapracować na swoją przyszłą karierę naukową - nie wyobrażała sobie innej pracy jak na uczelni, mając możliwość badania nurtujących ją zagadnień biologicznych.
   Minęło dwadzieścia lat, Róża dawno już wyszła po raz drugi za mąż, jeździ na sympozja naukowe na całym świecie i jest szczęśliwa, a przynajmniej zadowolona z tego co osiągnęła. Nie ma wprawdzie domu, do którego uwielbiałaby wracać, ale jej życie jest w pewnym sensie ustabilizowane. Nauka i przyjaciele – których złośliwie nazywa się Elitarnym Kolektywem – to wszystko, co czyni ją szczęśliwą. A jednak, spokój przerywa dźwięk telefonu i ten głos, tak miły jej uszom, tak znany i kochany…
   Czytając opis tej książki, spodziewałam się zdecydowanie innej fabuły. Czekałam na choćby słowo o tym eksperymencie na grupie utalentowanych dzieci, które kształcono tak wszechstronnie. Nie doczekałam się. Nie wiem w ogóle, skąd taki pomysł. Jednak nie umniejsza to lekturze, którą czytało się dość szybko i przyjemnie, a która czasami przypominała jakąś mityczną opowieść. Baśń, ponieważ niektóre epizody z życia Róży były wręcz nie z tej ziemi (a przynajmniej tak niebiańsko opisane), ale – książki takie mają być, mają odrywać od szarej rzeczywistości.
   Tak właśnie odbieram tę powieść, miły przerywnik między poważniejszymi lekturami, bo chociaż tematy podjęte w „Byłam Białą Różą” są jak najbardziej poważne, to ich przedstawienie jest już zdecydowanie mniej pompatyczne, co się autorce chwali. Doktoraty, habilitacje, cuda wianki… w to wszystko wplecione są uczucia i emocje bohaterów, a szczególnie Róży, która wsiąknęła doszczętnie w świat nauki. Dzięki czemu mamy szersze pojęcie o życiu naukowców kiedyś i teraz.
   Ale i świat artystyczny upomina się o uwagę baletnicy i jej kolegów, więc w książce nie brakuje opisów przedstawień baletowych, oper i koncertów, a także ich recenzji. Elitarny Kolektyw razem ze swym ulubionym księdzem Maciejem odwiedza teatry i opery całego świata, podróżuje po Europie, gdy już opada Żelazna Kurtyna. Z tych relacji poznajemy wiele ciekawych miejsc i widzimy, jak bardzo ci ludzie się wspierają, co to znaczy prawdziwa przyjaźń. A Róża jest oczkiem w głowie wszystkich, bo ją życie doświadcza bardzo dotkliwie a ona zamiast uciekać od zła, cierpi pogrążając się w nim.
   Róża to nie bezbronna i bezwolna Mary Sue, jak myślałam na początku, ale kobieta, która żyje według swoich własnych zasad i bywa bezwzględna. Dlatego też powieść „Byłam Białą Różą” nie jest tylko bezbarwnym opisem perfekcyjnego życia pani naukowiec, ale historią niespełnionych miłości, dążenia po trupach do celu i budowania szczęścia na cierpieniu. Jest w niej coś z cygańskich opowieści, pełnych barw, czasem erotyzmu a przede wszystkim łapania ulotnego szczęścia.
   Powieść Krystyny Falińskiej to poruszająca historia wieloletnich zmagań Róży i jej przyjaciół z życiem, od momentu rozkwitu – pełnej akrobacji baletowych młodości aż do czasów późnej starości. Jednak pomimo chorób, ciągłych rozstań, mijającego czasu i popełnionych błędów ten Elitarny Kolektyw nie zapomniał, co jest w życiu najważniejsze: prawdziwa miłość i przyjaźń. I to jest właśnie najbardziej budujące w tej powieści.



Wydawca: Wydawnictwo Novae Res
Ilość stron: 288
Rok wydania: 2010
Nabyta przez: egzemplarz recenzencki


Cytat:
„Wieloletnia przyjaźń także jest miłością - i to pełniejszą niż każda inna”

11 czerwca 2011

"Drugie życie" Andrzej Sikora

Właściciel wielkiego koncernu, siedemdziesięciotrzyletni Michał Jurski, dowiaduje się, że choruje na nieuleczalny nowotwór. Przyjaciel chorego, profesor Edward Borek, niespodziewanie proponuje przeszczepienie mózgu pacjenta w zdrowe ciało młodego dawcy. Problem w tym, że profesor wprawdzie robił już takie operacje z powodzeniem, ale tylko na zwierzętach. Załamany przedsiębiorca, nie widząc dla siebie innej szansy, godzi się na ryzykowny eksperyment. Nieustannie zajęty pomnażaniem majątku Jurski postanawia, że jeśli arcytrudne przedsięwzięcie powiedzie się, darowane mu drugie życie poświęci dla dobra innych. Operacja odbywa się nielegalnie. Jurski staje się przystojnym, zdrowym, młodym człowiekiem, lecz od tej chwili musi udawać dawcę. Jako Julian Podhorecki rzuca się w wir pracy. Podtrzymuje stosunki rodzinne z niczego nieświadomymi rodzicami i siostrą dawcy. Zakochuje się też w jego dziewczynie. Kontynuuje studia ekonomiczne, które rozpoczął dawca. Wikła się w politykę i zostaje posłem do Parlamentu. Niestety, nadmiernie obciążony mózg zaczyna płatać mu figle.

   Wyjątkowo dziś, recenzję piszę naprawdę świeżo po przeczytaniu książki. Nie zdążyłam jeszcze ochłonąć, a już się boję, że wszystko co sobie poukładałam w głowie, prędko mi z niej wyleci. Czemu? Ponieważ w powieści "Drugie życie" Andrzeja Sikory tak wiele i mało się dzieje zarazem, że ciężko to opanować. Czuję, że powinnam ułożyć jakiś bilans strat i zysków - to byłoby całkiem w stylu głównego bohatera. Tylko którego? Starego wygi ekonomisty Jurskiego, czy studenta-ekonomisty Podhoreckiego? Zacznijmy więc od początku.
   Jak głosi opis, a opisy rzadko bo rzadko, ale warto czytać - Jurski, schorowany przedsiębiorca w podeszłym wieku, bardzo chce jeszcze coś zdziałać. Wie, że wisi nad nim wyrok raka, w tak poważnym stadium, że jest już nie do zatrzymania a pomimo to nie chce się z tym pogodzić. W tym momencie, gdyż już nawet najlepsza klinika w Jokohamie nie daje mu żadnych szans, jego wieloletni przyjaciel i wybitny transplantolog podrzuca mu kontrowersyjny pomysł operacji przeszczepu mózgu. Jest to oczywiście kuracja eksperymentalna, przez doktora z umiarkowanym powodzeniem stosowana na zwierzętach.
   Jurski oczywiście zgadza się, przyrzekając, że darowane mu drugie życie wykorzysta pomagając ludziom. I znając jego naprawdę nieciekawy charakter, apodyktyczność, "asertywność" jak to określa narrator a także traktowanie przez niego pracowników jak maszynki do wytwarzania pieniędzy ciężko w to uwierzyć. Jego najbliższy współpracownik - Roman Dworak - wspomaga go oczywiście, organizując ekipy szukające odpowiedniego dawcy, załatwiające "papierkową robotą". Wszystko gra - w zamyśle bogatego przedsiębiorcy - jednak czytelnik ma inny obraz na sytuację. Dawca, czyli Julian Podhorecki to zwyczajny chłopak, który cieszy się życiem i nic nie zapowiada wydarzeń, które miałyby to nagle zmienić. W takim razie, skoro jest zdrowy, zna się na ekonomii i pasuje do bajki wymyślonej przez Dworaka, można przyspieszyć przygotowania do dawstwa całego organizmu... określając to po prostu mianem zabójstwa.
   I tak zaczyna się cała historia. Drastyczny początek jednak nie jest zapowiedzią ogromnych koszmarów, ciężkich przeżyć i całej tej traumy, jakiej można by oczekiwać. Autor miał inny pomysł na fabułę i muszę przyznać, że nie robiąc z tej książki sensacyjnego horroru (bo przeszczep mózgu już pachnie małym science-fiction) nadał jej całkiem ciekawe - odmienne od prezentowanej aktualnie prozy - oblicze. Oblicze powieści obyczajowej, z nutą psychologicznych wynurzeń i politycznych agitacji. Nie twierdzę przez to, że autor chce nawracać naród, ale przez społeczny charakter działań Jurskiego vel Podhoreckiego możliwe, że poznajemy jego poglądy, a już na pewno poglądy głęboko zaangażowanego ekonomisty, który wierzy w poprawę polskiej gospodarki. Mnie to zaciekawiło, ale ja interesuję się trochę polityką (wyłapywaniem tego, co naprawdę ważne w dyskusjach naszych posłów). Ale zapędziłam się, bo za nim bohater czuje pociąg do polityki, mocno angażuje się w związek Juliana z Małgorzatą i w ogóle jego relacje rodzinne. Mógłby zniknąć, zmienić wygląd, ale on chce się zmierzyć z życiem człowieka, któremu je odebrał i stara się zastępować Juliana w jego roli. Każdej roli. I oczywiście, pod wpływem Małgorzaty, naprawdę zabiera się za akcje charytatywne, żeby nie być gołosłownym. W końcu właśnie po to chciał drugiej szansy - aby w końcu z tego majątku, który zgromadził, zrobić pożytek.
   Cóż począć, że intensywny tryb życia i wielka chęć działania najczęściej oddala go od jego celów i powoduje mocne rozdwojenie jaźni. Chce być Julianem, ale przecież ma mózg Jurskiego - tego nie da się od tak pogodzić. Z tym trzeba żyć, teraz nie może się już poddać.
   Powieść, zdecydowanie wielowątkowa, w której dzieje się naprawdę wiele, ale... no właśnie - dlaczego na początku napisałam, że dzieje się mało? Czyżbym i ja miała rozdwojenie jaźni? Najprawdopodobniej nie, ale bardzo mi było przykro, gdy wszystkie pojawiające się na horyzoncie problemy znikały tak szybko jak jesienią liście z drzew. Autor miał naprawdę genialny pomysł na całą książkę, wszystkie wydarzenia, ciekawe postacie o wyrazistych charakterach (w większości), ale zabrakło pazura, krwi... Może żądam zbyt wiele, ale czasem naprawdę mi tego brakowało.
   Nie mogę tego powiedzieć o stylu w jakim została napisana recenzowana przeze mnie książka, a także o narracji, całkiem męskiej (to aż było czasami czuć) - zdecydowanie to było na plusie. Książkę czytało mi się naprawdę szybko i przyjemnie, i na pewno nie żałuję poświęconego jej czasu. Czasami fakt, że akcja dzieje się w niedalekiej przyszłości, ciągle mówimy o pieniądzach w euro a także katastrofy pogodowe w Polsce wywoływały uśmiech na mojej twarzy (śnieg po pachy, utopione pociągi?). Jednak chyba dobrze, że była to niedaleka przyszłość, bo kto by teraz uwierzył w przeszczepy mózgu w Polsce? To byłaby bajka - a tak, za kilka lat może i u nas rozwinie się nanotechnologia i będzie to bardziej prawdopodobne?
   Cieszę się, że tę pozycję wybrałam sobie do recenzji i zdecydowanie polecam ją wszystkim. A jeżeli ktoś się boi, i woli jednak romantyczne paranormale, cóż... Zatem będzie to doskonały prezent dla rodzica, szczególnie dla tego interesującego się polityką (najczęściej to ojcowie, a Dzień Ojca się zbliża, oj zbliża...). Naprawdę warto dać szansę polskim pisarzom, szczególnie tym z pomysłem na książkę :)



Autor: Andrzej Sikora
Ilość stron: 406
Rok wydania: 2010

1 czerwca 2011

"Spalona róża" Anna Walczak

Medison Carpen i Daniel Broogins są przeciwieństwami. Ona od zawsze biedna, poniżana i doświadczona przez los. Nic nieznacząca. On bogaty i pożądany, krętacz, kobieciarz. Drań. Nienawidzą się.
Czy żyjąc pod jednym dachem, w mrocznym domu i czarnej przestrzeni, pomimo przeciwności losu i niebezpieczeństwa, uda im się uwierzyć w miłość?




Książkę recenzowałam w ramach akcji "Włóczykijka":
   Opis krótki i fabuła powieści też niestety nie przyprawia o ból głowy od nadmiaru wrażeń. Nie chcę być "kolejną, która się pastwi", bo rozumiem dlaczego wydawcy postawili na tę książkę: szybko i przyjemnie się ją czyta, ale... i o tym będzie dalej. Od strony technicznej, rażą literówki i powtórzenia, ale to już korekta zawiodła.
   "Spalona róża" to - jak głoszą nagłówki różnych artykułów dotyczących książki - gotycki romans. Nie znam tego gatunku, nie spotkałam się wcześniej z książkami tego typu, ale jaki by to nie był romans - pomysł na fabułę raczej nie był zbytnio przemyślany, racjonalny czy choćby odrobinę logiczny wobec reguł rządzących naszym światem i uczuciami ludzi, tymi choćby najprostszymi. Zrzucanie wszystkiego na karb wieku? Byłoby łatwiej powiedzieć, że autorka jest zdecydowanie zbyt młoda żeby wiedzieć to czy tamto. Ale myślę, że nie do końca w tym sęk, bo mając lat jeszcze naście w wielu sprawach jestem zielona i tylko przypuszczam, jak to wygląda naprawdę. Nie o to chodzi. Zręczny pisarz potrafi stworzyć każdą sytuację i nadać jej smak zwyczajności. I o to mi chodzi - że od książki wymaga się kompletności. Tu jej moim zdaniem brakowało.
   Pod jedną z wielu recenzji powieści Anny Walczak przeczytałam, że recenzentka ma już dość bycia królikiem doświadczalnym polskich wydawców i autorów. I w pewnym sensie się z nią zgadzam, bo przecież gdy idziemy do księgarni żądamy pozytywnych wrażeń po lekturze książki kupionej za taką czy inną kwotę. Może i recenzent ma ten przywilej, że książkę musi jedynie skończyć i ocenić, ale co ma powiedzieć przeciętny zjadacz chleba, który chce sięgnąć po polską prozę i uświadamia sobie, że wydał pieniądze w błoto? Jestem świadoma tego, że słowa, których używam mogą być zbyt ostre, ale nie chcę wprowadzać taryfy ulgowej. Skoro autorka nie poczekała z wydaniem książki, ja nie będę czekać, aż mi zły humor przejdzie.
   Bo na początku naprawdę chciałam książkę włożyć z powrotem do koperty i mieć to z głowy. Początek tej historii jest tak strasznie naciągany jak historie z południowo amerykańskich telenoweli. On - bogaty, nieziemsko przystojny, dobrze wychowany i wyrachowany... i on ma problem ze znalezieniem żony?! Aż musi się zgadzać na propozycję znienawidzonej od czasów nastoletnich prawie-żebraczki, bitej przez ojca? "Wali cukierkami po oczach, że aż boli", jakby to powiedziała współczesna nastolatka. Do tego ona, pomimo wieku 23 lat (!), wciąż mieszka z ojcem, który dzień w dzień ja katuje. Niewolnica vel męczennica Isaura? Gdyby mój ojciec zachowywał się tak samo wyrzuciłabym go z domu albo sama bym uciekła. Gdziekolwiek. Mówię poważnie.
   Za to Medison (skąd to imię? co za pisownia? wrzucam w Google i wyskakują mi jakieś medyczne programy komputerowe!) pomimo upokorzeń z jego strony tęskni za nim jak za najlepszym ojczulkiem i martwi się o niego, co dla mnie jest wręcz podejrzane. Ta silna, inteligentna, pyskata i tak dalej... I to jest moim zdaniem niespójność we własnych poglądach. Bohaterowie nie zostali skonstruowani na bazie swoich doświadczeń życiowych. One zostały im dodane. Daniel jest pod tym względem trochę bardziej zadbany, bo wyjaśnia motywy swoich działań w pewnym momencie, ale co do Medison, nie mam wątpliwości, że jej postać przerosła autorkę.
   Co do gatunku zaś... jeżeli gotycki charakter powieści został przedstawiony w opisach środowiska, to ode mnie masz dziewiątkę. Bo jak czytałam o tych wystrojach wszystkich pokoi: bordowy, czarny, ciemnozielony - połączonych z bielą raczej nie miałam najlepszych wyobrażeń przed oczami. Ale czerń mnie przytłaczała, przytłaczała mnie do głębi i naprawdę byłam pod wrażeniem tych ciemności egipskich. Od razu mi słońce za oknem gasło.
   I na koniec pozytywy: rozkręcająca się akcja pod koniec książki. Te intrygi, knowania, spiski - mogłam przy nich znieść jednomyślność bohaterów (Daniel i Medison nazywali przyjaciół domu harpiami) i ich ciągłe sztuczne kłótnie o nic. Patrząc na fabułę ze strony wypowiedzi Medison, chciała zostać żoną Daniela, by po prostu mieć gdzie mieszkać. Skoro więc już u niego mieszkała, mogła zachowawczo siedzieć cicho a nie głupio igrać z ogniem - naprawdę głupio - i prowokować Daniela, by non stop chodził podenerwowany, delikatnie rzecz ujmując. I znowu wróciłam do minusów...
   Postać Michaela - najlepszego przyjaciela Brooginsa - była nieco dziwna, ale miał być mroczny i taki był. Dwulicowy, inteligentny, ulegały mu kobiety - i tak właśnie się przedstawiał. Ponadto, jego perfidia i bezwzględność również w pewien sposób mi się podobały, choć na początku jego pseudo zagadkowe wypowiedzi raczej mnie śmieszyły.
   A zatem, podsumowując, warto było doczytać tę książkę do końca. Dla Madeleine, o której zapomniałam wspomnieć, ale była naprawdę wesoła z tymi swoimi planami o dzieciach, dla akcji, niewielkiej ale zawsze akcji oraz dla Daniela, który był odpowiednio mroczny do swojej roli. Ale w drugim wydaniu zdecydowanie postawiłabym na jednokrotne użycie słowa demon - przy drugim i trzecim czułam się tak, jakbym czytała o egzorcyzmach albo o jakichś piekielnych sprawach. I ten tytuł, taki trochę wymuszony, ale niech będzie - ładnie brzmi, a przecież o to właśnie chodzi.
   Następna książka na pewno będzie lepsza, wierzę w to i trzymam kciuki za autorkę, bo talent pisarski jest, tylko trzeba też posiedzieć trochę nad fabułą. 


Wydawca: Wydawnictwo Novae Res
Ilość stron: 352
Rok wydania: 2010
Nabyta przez: włóczykijka