Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

30 września 2013

"Zdobywam zamek" Dodie Smith


Zdobywam zamek – jedno z najbardziej zachwycających zjawisk w literaturze angielskiej można by żartobliwie nazwać blogiem nastolatki z epoki przedkomputerowej. Jest to historia siedemnastoletniej Cassandry, która mieszka z rodziną w okazałym zamku, w bardzo niedystyngowanej biedzie. Doskonaląc swój talent literacki, przez sześć burzliwych miesięcy zapełnia pamiętnik zabawnymi, przejmującymi i wzruszającymi wpisami, które układają się w kronikę życia jej ekscentrycznej rodziny.
Debiutancka powieść Dodie Smith jest dziś równie błyskotliwa i dowcipna jak wtedy, kiedy opublikowano ją po raz pierwszy.


   Opisywanie wrażeń z lektury wcale nie jest takie proste jak się laikom zdaje. Nie wystarczy bowiem wklepać w klawiaturę wszystko co nam w duszy gra, ponieważ:
a) różne rzeczy chodzą ludziom po głowie,
b) streszczenie lektury w cenie jest tylko na sprawdzianie z polskiego,
c) czasami nadmiar pochwał może zaszkodzić.
   I ja właśnie skupię się na tym ostatnim punkcie. Dlaczego? Bo po tytułową powieść sięgnęłam właśnie przez pochwały innych blogerów. I jak zwykle oczekiwałam cudów, a czytając po prostu nie mogłam ich dojrzeć, bo stare porzekadło głosi, że jak się czegoś szuka to na pewno się tego nie znajdzie. I u mnie właśnie tak było – więc po lekturze przyjrzałam jej się z dalszej perspektywy. Podziałało.
   Główna bohaterka i jednocześnie narratorka, pisząca tę powieść w formie pamiętnika, to Cassandra – córka osławionego jedną i jedyną powieścią pana Mortmaina, pasierbica Topaz – niewiele od niej starszej modelki malarzy, młodsza siostra Rose – marzącej o rychłym i zadowalającym finansowo zamążpójściu, oraz starsza siostra Thomasa – sprytnego i bardzo dowcipnego ucznia szkoły podstawowej. 
   Mimo iż akcja dzieje się w dwudziestym wieku, życie kobiet niewiele różni się od tego opisywanego w książkach Austen. Kobieta mieszkająca na wsi może liczyć tylko i wyłącznie na rodzinę a następnie na bogatego męża. W przeciwnym wypadku w domu najbardziej szanowanej rodziny może zagościć bieda i głód. I tak się dzieje, gdy po śmierci matki rodzeństwa Mortmain, ojciec popada w stan swoistego letargu i przestaje robić to co wychodzi mu najlepiej – przestaje pisać. Wprawdzie nie pisze już od dłuższego czasu, ale o tym doczytacie w książce. Rezultat jest taki, że rodzina popada w bankructwo i wszędzie ma długi a dzieci dobrze wiedzą co to znaczy głód.
   Ale pewnego dnia, do zamku, który Mortmainowie wynajmują (i od miesięcy nie opłacają), przyjeżdżają bracia Neil i Simon – dziedziczący posiadłość Scoatney oraz zamek. Młodzi, bogaci, mieszkający od urodzenia w Ameryce imponują dziewczętom. Porównanie z „Dumą i uprzedzeniem” wydaje się nieuniknione. Dwie siostry, dwaj bracia. Rose jest pięknością na wydaniu, Simon się w niej zakochuje, Neil jest temu związkowi przeciwny. Historia wydaje się znajoma? Spokojnie, na szczęście zakończenie jest całkiem inne. 
   Powieść Dodie Smith jest wielowątkowa, ale dominuje tutaj problem niewłaściwego lokowania uczuć, rozważań nad moralnością zdobywania pieniędzy w różny sposób i zmuszenia głowy rodziny do napisania kolejnej książki. Cassandra ma dużo problemów od czasu pojawienia się bogatych braci w Scoatney. Ale ma też zawsze co jeść, dzięki szczodrości nowoprzybyłych. Coś za coś.
   Na początku, mimo przyjemnego stylu, czytając buntowałam się przeciwko bohaterom, głównie przeciw Cassandrze. Rose była interesowna, ale jej cechy wydawały się spójne, po prostu taka była. Ojciec był dziwny i nikt nie potrafił tego zmienić. W ogóle nie myślał o rodzinie, jednak również i rodzina nie wiedziała jak sobie z nim radzić i odsuwała od siebie jego problem. Reszta bohaterów przypadła mi do gustu – byli ciekawi, wyraziści, zwracali na siebie uwagę. Nie podobała mi się jedynie Cassandra (nie zawsze!). Jej narracja bywała „rozmyślnie naiwna”, raz była całkowicie oddana rodzinie i bała się kogokolwiek urazić, po chwili nie liczył się dla niej nikt. Może jednak tylko ja to tak odebrałam. 
   To teraz o zaletach. Historia jest, mimo licznych porównań, nieszablonowa a bohaterowie zaskakują. Nic nie jest oczywiste i wielu rzeczy dowiadujemy się dopiero na ostatnich stronach. Autorka wiele razy sprawdza cierpliwość czytelnika ale warto jest dotrwać do końca – słodko-gorzkie zakończenie to coś co Marta lubi najbardziej. Taki melancholijny i trudny z niej typ. 
   Dlatego, powiadam, warto. Sięgnijcie po tę powieść przez wzgląd na sympatię do Jane Austen, sióstr Bronte i Lucy Maud Montgomery. Nie oczekujcie – po prostu dajcie się ponieść. Piękny jest i całokształt i szczegóły, a Thomasowi nie można po prostu odmówić. Powieści ku pokrzepieniu serc się nie odmawia :)

23 lutego 2013

"Cyrk nocy" Erin Morgenstern


Rozgrywająca się w zaczarowanym cyrku u schyłku dziewiętnastego wieku powieść Erin Morgenstern to magiczna, ponadczasowa historia miłosna.
W wędrownym cyrku dzieją się rzeczy niezwykłe, bardziej niezwykłe niż popisy akrobatów i treserów. To cyrk magiczny, w którym do pojedynku stają zakochani, a ich bronią jest wyobraźnia. Londyński reżyser Chandresh Lefèvre postanawia stworzyć cyrk. Nie przypuszcza, że stanie się on areną rozgrywek między znanym prestidigitatorem a "mężczyzną w szarym garniturze", a raczej między ich wychowankami Celią i Markiem. Młodzi, nieświadomi konsekwencji walki, którą mają ze sobą stoczyć, kreują w cyrku wiele niezwykłych, magicznych przestrzeni. To stanowi sens ich zmagań i tło ich miłości. Jednak każda potyczka zbliża ich do końca, kiedy na placu boju może pozostać tylko jedno z nich...

   Z czym kojarzy wam się magia? Ta prawdziwa magia, którą na pewno nie posługują się cyrkowcy znani nam z telewizji. Eliksiry, zaklęcia, uroki - potężne czary i iluzje. Bo dla mnie to piękne złudzenia, ulotność, zjawiska których nie można objąć rozumem. Coś czego nie umiem pojąć ani sobie wyobrazić. I tak właśnie też odebrałam magię zawartą w książce "Cyrk nocy". Czy świadczy to na jej korzyść? Z tym bywało różnie.
   Przede wszystkim, jeżeli sięgniecie po debiut Erin Morgenstern czytajcie go jednym tchem. Brzmi dziwnie? Moim błędem było podczytywanie jej w wolnych chwilach i gdzieś w połowie książki totalnie się pogubiłam, kto jaką rolę pełni, kto co planuje i o co chodzi z kolejnym namiotem cyrkowym. Jednak zanim pojawi się tytułowy cyrk poznamy bohaterów - dwie złożone postacie, każde mające indywidualną motywację by wygrać, przez dłuższy czas nie znające siebie nawzajem. Mowa o Celii, córce znanego magika i Marku, wybranym przez innego magika z sierocińca mężczyźnie. Oboje od małego byli trenowani, aby zadziwiać ludzi - nikt nie wyjawił im reguł pojedynku, do którego przystąpili z rozkazu opiekunów.
   O co chodzi z pojedynkiem? Szczegółów nie zdradzę, ale na początku jego idea podobała mi się niezmiernie. Wplątanie w niego dwójki dzieci może nie należy do godnych podziwu ale ich umiejętności (Celii i Marka), wydobywane z nich czasem w bólach i przy rozlewie krwi były naprawdę imponujące. Kolejne wprowadzane postacie, dodające uroku fabule i mające związek z bohaterami tworzą bardzo gęstą, splątaną, pajęczą sieć zależności. Każda z nich jest bardzo tajemnicza, ich działania i talenty nie są jasno określone. I, co ciekawe, każdy nowy bohater chcąc nie chcąc staje się pobocznym uczestnikiem pojedynku, który polega na...? Autorka ujawnia to dopiero pod sam koniec. Dla mnie mocno rozczarowuje. Jednak rozumiem, że innych takie rozwiązanie może zachwycić. Rzecz względna.
   Co trzeba autorce przyznać, od strony technicznej spisuje się bardzo dobrze: opisy, kreacje bohaterów, przemyślane dialogi. Konstrukcja jest delikatna, więc niewiele brakuje do porażki ale Morgenstern balansuje na linie nad przepaścią jak prawdziwa akrobatka. Wciąż trąca struny naszej wytrzymałości i koncentruje naszą uwagę, gdy zmęczeni podchodami chcemy książką rzucić o ścianę. Lubimy, nienawidzimy, współczujemy - taki wachlarz uczuć pojawia się podczas lektury. Wpatrujemy się zaintrygowani w namioty próbując rozgryźć ich czar. To nie chemia. To prawdziwa magia.
   Chciałabym napisać, że mi się nie podobało, bo często miałam takie odczucia ale tak naprawdę - chcę przeczytać tę powieść jeszcze raz by lepiej ją zrozumieć i pełniej docenić jej walory estetyczne. Nie będę oryginalna i wśród pochwalnych recenzji moja nie będzie odbiegać od reszty. Ta książka wymaga od czytelnika więcej niż czytelnik wymaga od powieści z tej dziedziny fantastyki. Siląc się na ładne słowa podsumuję: inteligentna, barwna i delikatna opowieść o miłości od pierwszego zetknięcia - na pewno nie spojrzenia. Wierzę, że można się w niej zakochać - choć będzie to trudna miłość.

5 stycznia 2013

"Wędrówka przez słońce" Corban Addison


Trzy kontynenty, dwie kultury i mroczny świat współczesnego niewolnictwa. Przez nadbrzeżną miejscowość w Indiach przetacza się tsunami. Siedemnastoletnia Ahalya i jej piętnastoletnia siostra Sita tracą rodzinę i dom i zostają porwane przez handlarzy kobiet. Trafiają do świata nielegalnego biznesu i przemocy seksualnej, w którym najcenniejsza jest niewinność dziecka. W Waszyngtonie prawnik Thomas Clarke, dręczony przez wspomnienie tragicznej śmierci malutkiej córeczki i opuszczony przez żonę, podejmuje brzemienną w skutki decyzję. Wyjeżdża do Indii, by ścigać handlarzy kobiet. Gdy Clarke poznaje losy Ahalyi i Sity postanawia ocalić dziewczyny, co prowadzi do dramatycznej rozgrywki z międzynarodową siatką bezwzględnych przestępców.

   Niejednoznaczni i nieprzewidywalni bohaterowie, ich czyny z którymi się nie zgadzamy, przełamywanie stereotypów. Mrożąca krew w żyłach historia rozgrywająca się za kolorową zasłoną Indii, które znamy tylko z romantycznych bollywódzkich filmów. Oto zdania, którymi w skrócie można opisać drogę przez mękę, którą przeszły siostry Sita i Ahalya.
   Rozpoczyna się wręcz sielankowo. Nie do końca typowa, inteligencka rodzina Ghai przeżywa właśnie jeden z tych lepszych dni. Dziewczyny szykują się na koncert ulubionego artysty, w domku nad morzem trwa codzienna krzątanina. Po śniadaniu bohaterki z rodzicami wychodzą na spacer na plażę. Łatwo zauważyć celebrację chwil i pobożność hindusów. Ich obrządki opisane są wręcz lirycznie, a relacje pomiędzy członkami rodziny są ciepłe i spokojne. Jednak ten idealny moment burzy nagłe, niespodziewane tsunami. Ahalya z młodszą siostrą próbują znaleźć pomoc, przedostać się do swojej szkoły, ale nie jest im to dane. W trakcie wędrówki werbują je handlarze ludźmi i sprzedają do bombajskiego burdelu.
   Zawsze słysząc historie porwanych kobiet zastanawiamy się, dlaczego nie uciekły. Dlaczego jakimś sposobem nie wyrwały się z rąk oprawców, nie zdradziły ich sekretu klientom? Addison nie zostawia wiele miejsca na złudzenia i niedopowiedzenia - z racji iż dziewczyny nie są pełnoletnie i nie są tam z własnej woli pilnie strzegą je współpracownicy właściciela, w ukrytym pokoju na poddaszu. I chociaż styl, którym się autor posługuje kojarzy mi się z poetyczną, bezosobową relacją (ale to tylko skojarzenie, nie ma co się obawiać) to wszystkie fakty zostają zachowane. Widać w tym prawniczą precyzję. Krok po kroku podążamy za dziewczynami, wraz z Thomasem, który jest ciągle pół kroku za stręczycielami.
   Spokojny, dojrzały styl pisarza w połączeniu z burzliwymi losami dziewczyn daje czytelnikowi wyraźny obraz problemu, poruszając ze serce ale nie do końca pozwalając wczuć się w sytuację bohaterek. I tu pojawia się problem, wspomniany na początku. Czyny z którymi się nie zgadzamy. Główny bohater to jeden wielki zbiór sprzeczności i z jednej strony mu współczujemy - stracił córkę, opuściła go żona, firma wysłała go na banicję - a z drugiej ciężko czuć do niego sympatię - zdradził żonę, pracuje dla korporacji (odrzuca wszystkie ideały, co wypomina mu była żona Priya), jest dość bezbarwny a pobudki, które nim kierują niewystarczające by przypiąć mu do piersi order za zasługi. Osobiście nie polubiłam Thomasa, choć bardzo się starał odkupić winy tak samo jak i jego żony Priyi, przez wady, które zauważa sam bohater.
    Jednak nie myślcie, że książka jest zła. Oczywiście, do ideału brakuje jej większej ekspresji uczuć ale historia jest naprawdę wciągająca, nieprzewidywalna i realistyczna, co cenię wysoko. Dzięki niej bliżej poznałam Indie, szczególnie od tej mroczniejszej strony i funkcjonowanie organizacji przeciwdziałających prostytucji nieletnich. Wiele faktów i statystyk bardzo mnie zaskoczyło i otworzyło oczy na problem prostytucji, oraz porwań i handlu ludźmi. Sama zaś historia wywołała wiele refleksji i przemyśleń natury czysto ludzkiej.
   Podsumowując, "Wędrówka przez słońce" to opowieść fikcyjna napisana z reporterskim obiektywizmem, zawierająca elementy kryminalne i sensacyjne, ale przede wszystkim obyczajowe. Dobrze, że Addison poruszył ten problem i dzięki jakości jego książki trafi ona do dużej liczby osób. Osobiście nie żałuję poświęconego jej czasu, choć czuję pewien niedosyt.

21 listopada 2012

"Trzy boginie" Nora Roberts


Rok 1915. Niemiecka torpeda uderza w luksusowy transatlantyk "Lusitania", powodując śmierć ponad 1500 osób. Ratuje się garstka ludzi, a wśród nich drobny złodziejaszek, który tuż przed katastrofą zdążył przywłaszczyć sobie srebrną figurkę greckiej bogini. Nie wie, że jest ona jedną z trzech statuetek, które razem stanowią bezcenny skarb.

Rok 2002. Statuetka, która przez blisko sto lat pozostawała w rękach rodziny, zostaje ponownie skradziona...




   Ostatnio z moją mamą zawarłam umowę. Załatwiam Norę Roberts, jeżeli ona czyta i recenzuje (bo ja nie ogarniam podwójnych zamówień). Jak to z mamami bywa, skończyło się na tym, że czarną robotę odwalam ja. I nie myślcie, że nie czytałam tej Roberts bo mi się nie spodobała - ja jej nawet w rękach nie miałam! Przyszła gdy byłam w Krakowie, mama szybko ją przełknęła i zdała relację. A ja teraz już nie mam czasu i siły, żeby ją sprawdzać. Historię i tak znam. Cała radość z czytania, za mną.
   Co mnie ostatnio zaintrygowało, to fakt, że wspomniana autorka była w moim domu od zawsze. Od kiedy tylko pamiętam mama zaczytywała się w jej książkach i robi to po dziś dzień - z tą różnicą, że teraz zdecydowanie chętniej sięga po jej kryminały. Mówi, że ten typ powieści wychodzi jej najlepiej. Po czytaniu "Poszukiwań" również uważam, że radzi sobie całkiem nieźle, wciąż przemycając do fabuły swoje ulubione wątki romantyczne. I tym razem nie mogło się obyć bez romansu. 
   Trzy figurki przechodzą z rąk do rąk, okrążają cały świat i nie każdy ich właściciel zna ich wartość. Nora Roberts zapoznaje nas z historią kilku rodzin i kilku pokoleń, umiejętnie żonglując lokalizacją poszczególnych artefaktów i uczuciami głównych bohaterów. Figurki wyrastają jak spod ziemi znajdując się u całkiem niespodziewanych osób i wędrują, rzucane na wiatr przez zachłannych ludzi. Przez nie ktoś komuś złamie serce, ktoś komuś wyrządzi przykrość... może ktoś komuś się oświadczy. Akcji jest co nie miara, miłość na pierwszym planie i bohaterowie, którzy absorbują chociaż nie zawsze ich lubiłam słuchając, co robili.
   Z tego co wiem, książkę czyta się szybko, styl jest prosty ale autorka nie ma problemów z wprowadzeniem do swojego świata. Skutecznie spełnia swoją rolę umilacza czasu - ponieważ, jak powtarza mama: najlepsze zakończenia to te szczęśliwe, bo dość człowiek nieszczęść w życiu zazna. I może prawda? Po co dołować się książką? Roberts zdecydowanie stawia na poprawę humoru i nawet gdy jej bohaterowie są nieco wyidealizowani to miło się czyta o ich perypetiach (pamiętam jeszcze z "Fałszywej śmierci" jak zazdrościłam głównej bohaterce). 
   Podsumowując: po "Trzy boginie" warto sięgnąć ze względu na: historię figurek, perypetie bohaterów i "siatki" ich powiązań a także fakt, że literatura, która wychodzi spod pióra Roberts odpręża. Mam zamiar sama doświadczyć przyjemności czytania tej książki, jednak najpierw musi minąć trochę czasu, żebym zapomniała kto z kim i dlaczego :) A wam powiadam: kupcie tę książkę mamie pod choinkę - ja już tego patentu nie wykorzystam ale może "Lasy w płomieniach" przemyślę... :)

13 października 2012

"Elyria. Polowanie na czarownice" Brigitte Melzer


Kiedy ludzie wyznawali prastarą wiarę celtycką, grupa druidów i uczonych zawiązała tajny Krąg Obserwatorów, by gromadzić pradawną wiedzę magiczną. Niestety, jeden z jej członków, opanowany żądzą władzy, przywołał na ziemię demona, który zaczął siać zniszczenie. By go pokonać, druidzi przystąpili do magicznego rytuału, ale zabrakło im ważnego magicznego atrybutu - Świetlistego Naczynia. Nikt nie wiedział, czym on jest. Elyria ma osiemnaście lat i wbrew swojej woli zyskuje potężną moc, nad którą nie potrafi zapanować. Minie wiele czasu nim ona sama i życzliwi jej ludzie zrozumieją, że jej imię to w języku elfów Świetliste Naczynie, a jej przeznaczeniem jest wybawić świat od mocy demona...

   Opuszczając świat "Obcej" Diany Gabaldon było mi trochę smutno - chyba polubiłam te średniowieczne klimaty, tamtych dżentelmenów (aż za bardzo) i całą dworską otoczkę (mniej lub bardziej wytworną). Często marzę o takim świecie, idealnie wykreowanym przez pisarki, możliwe, że kompletnie nierealnym. Cieszyłam się więc, rozpoczynając czytanie "Elyrii" i poznając Ardana i Creana. Czy do samego końca wpatrywałam się w swój egzemplarz z rozmarzeniem? Niekoniecznie. 
   Znów czytając opinie innych zastanawiam się, czy wina za brak przyjemności z czytania leży po mojej stronie czy po stronie książki. Elyria to postać przeciętna, dość słaba (psychicznie i fizycznie) ale z przebłyskami czegoś więcej. Za to męska otoczka jest prawie na medal. Tylko czemu tysiące stosów czarownic nie wzbudzały w Łowcach żadnych wątpliwości co do słuszności ich działań? Dlaczego jedna, niepozorna osiemnastolatka tak bezapelacyjnie podbiła serca zimnych wojowników i kazała im zdradzić przyjaciół i ideały? Czy to wszystko ma jakiś głęboko ukryty przede mną sens?
   Przyznaję się, jestem odrobinę uprzedzona i mocno nieobiektywna w tym osądzie, bo książka coś przecież w sobie ma, skoro i wydruk jest, i czytelnicy zachwyceni też. Dołożę nawet stwierdzenie, że gdyby rozebrać ją na części, to poszczególne elementy są naprawdę dobre. Bohaterowie - każdy z osobna, styl - sam w sobie łatwy do przełknięcia (książkę czyta się bardzo szybko), historia - prosta ale ciekawa. Wszystko pięknie, ale razem to mieszanka wybuchowa, gdzie styl bywa komiczny (groza sytuacji? gdzie tam!), bohaterowie i ich wypowiedzi w danych momentach wołają o pomstę do nieba a historia przywołuje mi na myśl opowiadania pisane przeze mnie w podstawówce. I to nie komplement. Do tego tempo akcji, powoli, powoli rozkręca się by w kulminacyjnym momencie połamać nogi na najważniejszym wydarzeniu. 
   Jednak nie wszystko jest złe! Powieść idealnie wpisuje się w nurt paranormal romance i w tej kategorii może pełnić rolę wspaniałego umilacza czasu dla osób złaknionych romantycznych porywów i uniesień. Ardan to nietuzinkowy łowca czarownic, sam posiadający dar magii. Crean jest oddanym sprawie dowódcą, i najjaśniejszym punktem tej historii jak dla mnie, choć jego upór ratowania Elyrii wciąż pozostaje dla mnie niezrozumiałym. Peristaes również, choć to bohater negatywnie nastawiony do Elyrii, jest godny uwagi i jasno nakreślony. Każdy ma swoje ideały, honor i tego się trzyma. 
   Ach, gdyby tak poprawić styl, dodać jakieś sto lub dwieście stron, bardziej przyłożyć się do historii... czytałabym to o wiele chętniej. A tak, po bardzo dobrym początku nadszedł marny koniec. Mój i książki. I z ogromnym nienasyceniem odłożyłam powieść na bok. Może wymagam zbyt wiele, ale zazwyczaj książki Weltbildu były dla mnie genialne, a tu taki... klops. Piękna okładka, ciekawy opis, ogromny potencjał - ale jak dla mnie zdecydowanie zaprzepaszczone. Mam nadzieję, że tylko w moich oczach - bo aktualnie brakuje na rynku czarownic. Wampiry, wilkołaki, anioły. Miło byłoby poczytać znowu o magii, nawet jeżeli nie będzie to drugi Potter. Jednak tym razem muszę z bólem serca wystawić nie najlepszą opinię.

26 września 2012

"Obca" Diana Gabaldon



Akcja tej sugestywnej powieści, pełnej zwrotów i zaskakujących zdarzeń, rozpoczyna się w roku 1945. Claire Randall, jeszcze niedawno wojenna pielęgniarka, spędza wakacje w Szkocji. Dotknąwszy starego kamienia, nieoczekiwanie... przenosi się w przeszłość. Trafia w niespokojne czasy, znaczone wojną domową, przesądami i szaleństwem czarów. Nie ma pojęcia, jak odnaleźć się w roku 1743. I nie wie, że w nowym i niezrozumiałym świecie czeka miłość jej życia: Jamie, z którym los połączy ją na dobre i na złe. Portret wspaniałej, silnej kobiety, niezapomniana love story i kapitalnie odmalowana rzeczywistość zachwyci miłośników przygód, romansów i powieści historycznych.

   Po wielu nocach spędzonych z książką Diany Gabaldon w dłoni - lub na niej zasypiając - stwierdzam, iż tę cegłę mam już za sobą. Nie narzekam! Lubię cegły wszelakie, i te książkowe i te budowlane. Wiedziałam mniej więcej, czego mogę się spodziewać a otrzymałam to i wiele więcej. Dostałam bowiem pikantny, soczysty romans - bo jak inaczej nazwać powieść, której trzecią część stanowi seks? Nie żebym planowała zostać zakonnicą w najbliższym czasie i szczególnie gorszyły mnie kolejne opisy, jednak... no ile można, kochani? ^^
   Claire Randall, dwudziestosiedmioletnia pielęgniarka, wraz z mężem Frankiem, historykiem, wyjeżdża po wojnie na wakacje do Szkocji. Do miejsca początku ich związku i gdzie żyli przed wiekami przodkowie Franka. Pogoda nie dopisuje, Frank spędza godziny w poszukiwaniu śladów swoich praprapradziadków a Claire trochę się nudzi, więc kręci się po okolicy, co skutkuje... przeniesieniem w czasie o dwieście lat. Kobieta trafia w sam środek walk, spotyka poznanego wcześniej tylko z kart książek przodka Franka - który wygląda prawie identycznie jak jej mąż (a ja się pytam, co z genetyką?!) i od razu jest uznana za szpiega. Nie wiadomo tylko czyjego. 
   Akcja wartko się toczy, pomimo mnogości opisów i rozmyślań głównej bohaterki, która prowadzi narrację. I chociaż na początku nie byłam pewna, czy dam szansę tej książce - to zaraz po przeniesieniu do osiemnastowiecznej Szkocji byłam już całkowicie zdecydowana. Skończę, choćby bolało! Ale było całkiem przyjemnie. Claire jest bohaterką silną, z własnym zdaniem, poglądami, wątpliwościami i racjonalnym podejściem do sprawy. I choć czasami mnie irytowała, to - z drugiej strony - tak chyba powinno być. Tak samo przecież jest z ludźmi. I dlatego postać pielęgniarki była tak realna.
   Co również może się podobać to wyraźny, przyjemny w odbiorze styl i mnogość opisów pozwalająca na zupełne przeniesienie się w czasie. Narratorka nie szczędzi nam relacji i niczego nie ukrywa. Jej odczucia i emocje są bardzo prawdziwe, a dialogi niewymuszone. Naturalność bije z każdej strony. Jedyną magią w średniowiecznej Szkocji, nakreślonej przez Gabaldon, jest krąg, przez który można przenieść się w czasie. Reszta to czysta nauka.
   Jednak pomimo całej sympatii do postaci Claire, to Jamie - młody Szkot często przez pielęgniarkę ratowany - bez reszty zdobył moje serce. Od czasu do czasu w internecie krążą toplisty ulubionych bohaterów i jestem wręcz pewna, że gdyby więcej blogerek przeczytało powieść "Obcy", w ich czołówkach pojawiałby się właśnie James Fraser. Ognistowłosy, temperamentny członek potężnego klanu MacKenziech,  dziedzic Lallybroch.
   Podsumowując - "Obca" to 700 stron szampańskiej zabawy przy czytaniu. Czyli kilka naprawdę udanych wieczorów z Claire i Jamiem. I chociaż chwile grozy nadejdą, obrzydzenie będzie wielkie i brak wszelkich obyczajów wykręci Wam języki od ciągłego: "fuuuuj" to i tak ten kto spróbuje, dwa razy się zastanowi nim stwierdzi, że kolejnej części już nie tknie :)

A to była tylko przypadkowo wyciągnięta z półki w bibliotece ustrzyckiej cegła - bo ja lubię sprawdzać cegły :D

PS. Dla ciekawych przepisów z osiemnastowiecznej, szkockiej kuchni:
http://lallybroch.wordpress.com/

6 września 2012

"Dziewczyny w podróży" - Pressner, Corbett, Baggett


Zostawiły przyjaciół, chłopaków, pracę, aby odnaleźć to, co w życiu najważniejsze. Niezwykły pamiętnik Jen, Holly i Amandy – dwudziestoparolatek, które wybrały się w roczną podróż dookoła świata. Ze starszyzną Yagua w Puszczy Amazońskiej strzelają z dmuchawek, na brazylijskich plażach uczą się capoeiry, pracują jako wolontariuszki w kenijskiej szkole, wraz z tubylcami z plemienia Hmong wędrują po Wietnamie, zwiedzają Australię… Wyprawa przez cztery kontynenty przyniosła im wiele niezapomnianych przygód, ale przede wszystkim stała się źródłem inspiracji i przemyśleń – na temat siebie samych, stosunku do innych i do otaczającego świata.

   Kiedy zamykam w dłoniach wrota do innego świata, dotykając okładek idealnego prostopadłościanu złożonego z setek kart zapisanych drobnym drukiem, zawsze czuję się jak w transie. Opuszczam inny świat. Zostaję brutalnie wepchnięta do mojego czasoprzestrzennego perpetuum mobile i muszę wracać bez względu na wszystko. Stawiam ostatnie kroki w innym mieście, kraju, na innej planecie i wiem, że nigdy już tam nie wrócę. 
   Czasami czuję ulgę, jednak częściej jest mi naprawdę smutno. Nawet gdybym zaczęła czytać od nowa to już nie będzie ten sam świat, ci sami bohaterowie. I właśnie tak czułam się po przeczytaniu powieści "Dziewczyny w podróży" trzech przyjaciółek z Nowego Jorku: Amandy Pressner, Holly C. Corbett oraz Jennifer Baggett. Dziewczyny w podróży czyli dwudziestoośmiolatki pracujące dotychczas w branży rozrywkowej (prasa, telewizja) w Wielkim Jabłku po wspólnie spędzonych wakacjach w Ameryce Południowej decydują się na ponowny wyjazd, tym razem trudniejszy i dłuższy. Mają zamiar okrążyć świat w przeciągu roku, zahaczając o prawie wszystkie kontynenty (odpuszczają tylko Antarktydę i Europę). Nie ma co się jednak bać, podróże po całym świecie to dla tych dziewcząt chleb powszedni. Tylko wcześniej nie musiały rzucać pracy, zostawiać ukochanych i pokonywać tysiące kilometrów z jednym tylko plecakiem, w którym było wszystko, czego potrzebowały przez rok. 
   Nie powiem, że nasze początki były łatwe. Na wakacjach lubię poczytać książki umiarkowanie lekkie, z prostym stylem i nieszczególnie zagmatwaną fabułą. Takie popularne, sprawdzone tytuły. Tutaj zaś miałam do czynienia z literaturą iście podróżniczą (świetny pomysł z mapkami podróży, od razu człowiek łyknie trochę geografii), a do tego zostałam od razu rzucona na głęboką wodę. Dziewczyny są w Afryce, obserwują ważne, tradycyjne obrzędy i opisują to wszystko z ogromną dokładnością. Zanim przebrnęłam przez te nieznane rytuały i wyobraziłam sobie te kolorowe, tętniące życiem miejsca minęło kilka dłuższych chwil.
   Jednak gdy już trochę przyzwyczaiłam się do dziennikarskiego stylu jakim piszą wszystkie dziewczyny (nawet Jennifer, dla której pisanie było nowością), chłonęłam kolejne wrażenia jak gąbka. Ponad pięćset stron zapisanych dość gęstym drukiem czytałam w dzień i w nocy przez tydzień. Nie dlatego, że dziewczyny źle piszą ale dlatego, że nie chciałam przeholować z podróżami. Jeden kontynent dziennie to było dość. Narratorki opowiadały o swoim życiu, o trudach podróży, o konieczności skompletowania wszystkich dokumentów i posiadania więcej niż jednej strony wolnej w paszporcie. Do tego oczywiście miejsca. Bajeczne, rzadko odwiedzane, trochę na uboczu. I wiele, wiele potraw regionalnych.
   Nie zawsze było kolorowo. Bohaterki walczyły ze swoimi słabościami - pracoholizm, umiłowanie ciszy podczas snu i jeszcze inne, mniej lub bardziej przeszkadzające w podróży cechy. W podróży, która miała być odpoczynkiem od pracy, dodajmy z akcentem na Amandę. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło - dzięki temu, że wspomniana bohaterka pisała bloga, reszta mogła korzystać z takich profitów jak specjalny samochód do zwiedzania Australii. I pokazać nam ją z innej niż dotychczas strony.
   Atutów jest wiele, ponieważ książka jest wiernym zapisem wydarzeń z całego roku - w ciągu którego dziewczyny nabrały takiego tempa w zwiedzaniu, że same uznały iż muszą zwolnić i jakiś czas lenić się do bólu. Niczego przed nami nie ukrywają, prezentują koszty takiej podróży, opisują ludzi na których można się natknąć i jakie gafy popełniają sami turyści w obcych krajach o odmiennych kulturach. I to prawda, co napisano na okładce, po przeczytaniu naprawdę chce się jechać - gdziekolwiek! Najlepiej na długo, daleko i w miejsca nieszczególnie popularne. A jeżeli nie mamy takich funduszy (podróże za grosze reklamowane w telewizji to nie do końca prawda) to chociaż wyjechać z miasta. I na chwilę przestać myśleć o własnych problemach. Niektórzy mają gorzej i powinniśmy doceniać to co mamy - tego uczą dziewczyny, pojednania z kochanymi ludźmi i zaakceptowania swoich wad. Bo najlepiej jest podróżować w towarzystwie.
   Mam nadzieję, że będzie mi dane doświadczyć kiedyś podobnej podróży, albo chociaż przeczytanie kolejnej książki dziewczyn. Niestety, już za nimi tęsknię.

12 sierpnia 2012

"Fanaberie" Jolanta Wrońska

Klara Werner, piękna właścicielka świetnie prosperującej sieci cukierni, ma kłopoty. Obiecujący adorator właśnie okazał się nieporozumieniem, udziałowcy przestają jej ufać, a na dodatek na firmę ostrzy sobie zęby bezwzględny rekin biznesu Arnold Lejman. Klara kiedyś odrzuciła jego względy – teraz musi za to zapłacić. Ale od czego są przyjaciele oraz dorastające dzieci Klary, których sprytu i samodzielności chyba nie doceniała. Czy uda jej się uratować firmę, ujść cało z finansowych tarapatów i nie popaść w inne, tym razem miłosne? Emocjonujące rozgrywki biznesowo-uczuciowe, żywy język i barwne tło obyczajowe współczesnej Polski –debiut Jolanty Wrońskiej to znakomita powieść nie tylko dla bizneswoman.


   Co to za fanaberie? Zwykły pytać niegdyś matki swoje dzieci, gdy napsociły, nabałaganiły, grymasiły lub zachowywały się niestosownie do sytuacji, przykładowo – biegając po mieszkaniu w trakcie imienin jakiegoś dorosłego. Fanaberie oznaczały też odstające od normy wytwory jak np. ubrania. W tej zaś książce, fanaberie to wymyślne ciastka, niezwykłe w całej rozciągłości.
   Klara Werner to właścicielka potężnej sieci cukierni pod nazwą „Fanaberie”. To też była żona Zbigniewa Wernera – biznesmana, który odszedł do młodszej – i matka trójki dzieci, w tym jednej sieroty przygarniętej w wieku lat siedmiu. Jonatan, najstarszy z potomstwa, adoptowany, aktualnie studiuje. Jego młodsze siostry, Zuzanna i Matylda uczą się odpowiednio w liceum i podstawówce. Rodzina Wernerów zdążyła już ochłonąć po rozwodzie rodziców i wydawać by się mogło, że ich życie zmierza ku normalności, jednak gdy obraca się dużymi pieniędzmi i umieszcza swoją firmę na giełdzie nie można liczyć na spokój. Szczególnie wtedy, gdy odmawia się zeusowi giełdy, jakim jest niewątpliwie Lejman.
   Klara będzie musiała mieć się na baczności, by nie stracić swojej firmy i dorobku życia. W tle pojawia się nawet największy rosyjski mafioso, zatem wszystkie chwyty dozwolone. Lejman nie zawaha się przed niczym aby wyleczyć urażone ambicje. Na brak akcji nie można narzekać, nie tylko tych giełdowych. Ogromne pieniądze, zasady funkcjonowania giełdy papierów wartościowych w pigułce ale także romanse i przyjaźnie – taki zestaw wrażeń funduje nam autorka, od początku zaskakując i wprowadzając czytelnika w świat prawdziwych Ślązaków, tak rzadko opisywany we współczesnej literaturze obyczajowej. Ponieważ główna bohaterka pochodzi właśnie z okolic Bytomia.
   Książkę czyta się bardzo szybko, nawet mimo gwary jaką rozmawiają ze sobą bohaterowie na początku historii. Nie była ona dla mnie aż tak zaskakująca jak byłaby rok temu, przed poznaniem na studiach rodowitych ślązaczek, jednak generalnie robi ona spore wrażenie, mocno odbiegając od współczesnego języka polskiego. Przede wszystkim, ma wiele wspólnego z językiem niemieckim. I taka jest też książka. Mieszają się w niej historie polsko-niemieckie, z nielicznymi rosyjskimi akcentami. Warto też zwrócić uwagę na fantazyjne nazwy własne i niespotykane współcześnie imiona. To wszystko nadaje „Fanaberiom” niepowtarzalnego klimatu.
   Chciałoby się przyczepić do lekko przesłodzonej fabuły, jednak w innej formie ta sama opowieść nie poprawiłaby mi tak nastroju jak „Fanaberie” dzisiaj. Czytałam je bez przerwy, jednym ciągiem, dając się porwać bohaterom, historii i genialnemu narratorowi. Styl jakim posługuje się autorka idealnie nadaje się do takich romantycznych, obyczajowych powieści. Jest lekki, czasem zabawny, czasem przejmujący ale zawsze wywołuje w czytelniku jakieś emocje. I przez te wszystkie opisy łakoci serwowanych w cukierniach Klary byłam ciągle głodna, co podczas czytania raczej mi się nie zdarza bo zapominam o całym świecie przejęta losem bohaterów. Tym razem uległam perswazji ukrytej pod smakowitym, puszystym kremem pralinkowym. 
   Co podobało mi się jeszcze to alternatywna wizja Polski, wysnuta przez autorkę. Jest ona spełnieniem marzeń większości rodaków. Dobrzy politycy pilnujący porządku w rządzie, nieprzekupne organy ścigania, przeprowadzone reformy na korzyść zwykłych ludzi. Jednak nikt nie zapomina o tym, że bieda istnieje i zbiera żniwo w sierotach i alkoholikach. Nie dla wszystkich słońce świeci tak samo. Mimo hektolitrów cukru wlewanych w nasze czytelnicze gardła, okrucieństwo niektórych ludzi jest mocno napiętnowane i przed takimi ludźmi autorka ostrzega. Nie zawsze najlepiej jest u mamy.
   Bohaterowie, chociaż pokiereszowani przez los, zawsze mają szansę na szczęście. Klara i Jonatan dostali od losu drugą szansę w postaci rodziców zastępczych, ta sama Klara ma też swoją szansę na miłość. Wystarczy tylko się otworzyć na świat. Kto nie walczy, nie wygrywa – zdawałoby się, mówi historia powieści.
   Kto nie przeczyta, ten się nie dowie jak dobra jest to książka. Może i dość przewidywalna, przesłodzona ale na właśnie taką powieść jest zapotrzebowanie, kiedy życie daje nam w kość.

2 sierpnia 2012

"Poszukiwania" Nora Roberts

Fiona, niedoszła ofiara seryjnego mordercy, próbuje wrócić do normalnego życia. Na pięknej wyspie nieopodal Seattle prowadzi szkołę dla psów i podejmuje akcje ratunkowe. Jej spokój i samotność zakłóca Simon, szorstki i skryty twórca artystycznych mebli, rozczarowany nieudanym romansem z aktorką i mający kłopot ze swoim psem. Bohaterowie z początku niezbyt się lubią, ale z czasem stają się sobie coraz bliżsi. Wszystko zmierza do happy endu? Niekoniecznie. Fiona jeszcze nie wie, że na jej trop wpadł człowiek, który chce dokończyć to, czego nie zrobił niedoszły oprawca sprzed lat. Morderca doczekał się godnego następcy... Czy Simon będzie umiał zapobiec niebezpieczeństwu?


   Nora Roberts to ulubiona pisarka mojej mamy. Z rozmów z nią - z moją mamą oczywiście! - zrozumiałam, dlaczego powieści tej pisarki są tak lubiane przez dojrzałe kobiety a nieczęsto doceniane przez młodzież. Młode pokolenie woli czytać o dramatach, o wypruwanych flakach i woli uśmiercać głównych bohaterów. To taki bardzo ogólny wniosek, więc proszę się od razu nie obrażać. Poszukujemy wrażeń, taka jest prawda. A panie, które już co nieco przeżyły, chcą spokoju i szczęśliwych zakończeń. Ktoś w końcu musi nieść nadzieję, że zawsze może być lepiej i do każdego uśmiechnie się kiedyś dobry los.
   Nie jest to pierwsze moje spotkanie z twórczością Roberts. Miałam wcześniej do czynienia z powieścią z serii o Eve Dallas, która niestety nie przypadła mi do gustu, bo bohaterowie byli kryształowi, schematyczni i może przez te cechy nie potrafiłam ich polubić i czytać o nich bez mdłości. No może troszkę przesadzam, może książka nie była bardzo zła, ale gdy nawet ja znałam finał tej historii po pierwszym rozdziale, coś musiało być nie tak. 
   Teraz nie mamy jednak do czynienia z typowym śledztwem. Nie patrzymy na ręce policjantów. Obserwujemy historię z perspektywy ofiary - ofiary, której udało się ujść z życiem seryjnemu zabójcy. A tą właśnie jest Fiona, właścicielka szkoły psów, specjalny członek ekip poszukiwawczych. Osoba skryta, odsunięta od świata, żyjąca w strachu przed koszmarem, jaki spotkał ją wiele lat wcześniej. Dziewczyna ledwo uszła z życiem, gdy gwałciciel i seryjny zabójca obrał ją za cel. Uratowały ją: przypadek, jasność umysłu i scyzoryk otrzymany od bliskiej osoby. Teraz Fiona otacza się psami, bo kocha je i czyni z nich swoich strażników.
   Jednak życie nie jest takie proste a niektórzy ludzie nie pozwalają Fionie zapomnieć o przeżytym dramacie. I choć w kręgu najbliższych ma samych wspaniałych ludzi, przyjaciół i rodzinę gotowych zawsze do pomocy, przeszłość powraca. Bohaterka znowu będzie musiała zmierzyć się ze swoim koszmarem. Jednak teraz nie będzie już sama - ponieważ w międzyczasie na horyzoncie pojawia się mężczyzna, który zawróci w głowie  trenerce psów. Wątek miłosny musi być, w końcu to Roberts - ale nie piszę tego ze złośliwością. Rozumiem już czemu moja mama uwielbia tę pisarkę. Takie historie miłosne potrafią uskrzydlić, pozwalają się rozmarzyć i cieszyć tą chwilą zakochania. Żeby tak można było naprawdę...
   Książkę czytało się bardzo szybko i wsiąknięcie w historię nie było trudne. Zdecydowanie lepiej też wspominać będę tę powieść, gdyż nie wszystko było takie oczywiste, bohaterowie byli dość zróżnicowani i mocniejszych momentów też nie zabrakło, nawiązując do początku tekstu. Nie mogę narzekać na wątek kryminalny, bo był dość rozbudowany ale też nie najważniejszy, nie musimy poznawać wszystkich szczegółów śledztwa. Za to jest wiele emocji, które burzą krew bohaterów i czytelnika. Głupota ludzka, czysta nienawiść i chore fascynacje powodują, że nasz świat bywa okropny - ale naprzeciwko nich autorka stawia miłość, przyjaźń i chęć niesienia pomocy innym, pokazując, że nie wszystko stracone i kiedyś nadejdzie moment, gdy dobro zwycięży nad złem. To zdecydowanie przemawia na korzyść książki. Można wręcz powiedzieć, że to taka właśnie powieść ku pokrzepieniu serc.
   Chętnie sięgnę w przyszłości po inne książki tej autorki. Spodobało mi się jej pióro, budowany przez nią dramatyzm czy po prostu historie miłosne. Jej bohaterowie może i są trochę upiększeni, ale skoro tyle mamy problemów sami ze sobą to po co nam jeszcze grające na nerwach postacie. Zamykam oczy i przenoszę się na wyspę Orcas - co najmniej do końca wakacji nie wypuszczam z objęć pewnego stolarza ;)

Żartowałam! Teraz tylko siatkarze :)

24 lipca 2012

"Przyjaciółki" Lisa Verge Higgins


Trzy przyjaciółki wypełniają ostatnią wolę czwartej… Pełna wdzięku i mądrości powieść o sensie przyjaźni i pokonywaniu własnych słabości. Prośby, z jakimi zwraca się do najbliższych przyjaciółek śmiertelnie chora Rachel, będą trudne do spełnienia. Sarah, pielęgniarka pracująca w Afryce, musi odnaleźć niegdyś kochanego mężczyznę. Kate, matka trojga dzieci cierpiąca na lęk wysokości, ma skoczyć z samolotu na spadochronie. A Bobbie, bizneswoman, powinna zaopiekować się Grace, osieroconą córeczką Rachel, choć w ogóle się do tego nie nadaje. Trzy kobiety i wyzwania, wymagające zrobienia czegoś wbrew sobie - przynajmniej z pozoru… Krzepiące!

   Zastanawiacie się czasem, jak to będzie, gdy wraz z najlepszą przyjaciółką się zestarzejecie? Opuścicie szkolne mury, założycie rodziny, zamieszkacie w różnych zakątkach kraju lub świata by podążać za swoją drugą połówką? Aby pielęgnować miłość, wychowywać dzieci i wyjść na swoje zmienicie się w gospodynie domowe. Gdzie wtedy upchnąć w grafik pękający w szwach najlepszą przyjaciółkę? A nawet trzy?
   Lisa Verge Higgins pisze o czymś, co zna z autopsji. We wstawce na końcu książki autorka przyznaje, że pomysł na powieść zaczerpnęła z własnego życia i własnych doświadczeń z najlepszymi przyjaciółkami. Dlatego podczas czytania czułam, że nie jestem tak bardzo okłamywana. Że najprawdopodobniej tak wygląda prawdziwe, dorosłe życie. Nie można mieć wszystkiego.
   Trzy główne bohaterki: Kate, Sarah i Jo to kobiety dobiegające czterdziestki. Każda z nich jest spełniona na swój sposób. Kate jest szczęśliwą żoną i matką, Sarah niesie pomoc najbardziej potrzebującym i bezbronnym w Burundi, jako pielęgniarka Korpusu Pokoju a Bobbie Jo ma wymarzoną pracę i zarobki. Jest też w tle czwarta bohaterka - Rachel. Żywiołowa marzycielka, zdobywająca szczyty, kochająca wspinaczkę i loty ze spadochronem. Jednak jest już tylko cieniem powieści, ponieważ przegrała właśnie walkę z rakiem. To wydarzenie, śmierć Rachel, zburzy ład życia trzech przyjaciółek i karze im zastanowić się nad tym, czy naprawdę są szczęśliwe. Zmarła przyjaciółka przez lata bacznie obserwowała najbliższe, dlatego przed śmiercią napisała do każdej list z zadaniem do wykonania. Każde zadanie niesie ze sobą jednak pewne konsekwencje. Czy Rachel miała rację co do szczęśliwego zakończenia?
   Nie spodziewałam się, że przez tę książkę zarwę noc. Zaczyna się dość niepozornie. Styl jest dość przyjemny, ale nie rzuca na kolana. Od razu. Jest idealny dla czytadła i na taki rodzaj książki się szykowałam. Jednak "Przyjaciółki" wycisnęły ze mnie wiele emocji i wzruszeń, a do tego naprawdę dały do myślenia. I to je odróżnia od tak zwanych wyciskaczy łez. Wszystkie zdarzenia mają swoją przyczynę i swoje konsekwencje, nie zawsze takie jak byśmy sobie wymarzyli. Ludzie są nieprzewidywalni, dlatego też nasze życie jest wciąż zaskakujące, a relacje z innymi tak trudne. W książce Higgins bohaterowie również bywają nieprzewidywalni, a przede wszystkim wyraziści. Już po pierwszych rozdziałach łatwo orientujemy się w relacjach i postaciach. Ta cecha bardzo ułatwia obcowanie z powieścią.
   Autorka stawia na autentyczność, dlatego też problemy jej bohaterów wydają się bardzo znajome. A wiadomym jest, że często lubimy to co znamy. Wydaje mi się również, że właśnie dzięki temu zakończenie jest dość przewidywalne, ale dojście do takiej a nie innej sytuacji końcowej nie jest już tak proste. I przez to książka tak mocno wciąga :)
   Podsumowując, powieść "Przyjaciółki" uważam za dobrze napisaną historię o prawdziwym życiu, miłości i przyjaźni, a także - a może przede wszystkim? - o próbach pogodzenia ze sobą bycia jednoczenie żoną, matką, gospodynią domową, przyjaciółką i pasjonatką. Bo bez tych elementów trudno być szczęśliwą. Warto więc poznać przykład Rachel, Sarah, Jo i Kate - spełnionych kobiet i najlepszych przyjaciółek.

23 kwietnia 2012

"Płatki na wietrze" Virginia C. Andrews


Dalszy ciąg „Kwiatów na poddaszu”, na który czekają czytelnicy!
Książka wznowiona po 17 latach okupuje listy bestsellerów!
 

Druga część niezwykłej historii rodzeństwa. Dzieci trafiają do domu doktora Sheffielda, który roztacza nad nimi opiekę. Straszne przejścia nie pozwalają im jednak powrócić do normalnego życia. Może im pomóc jedynie znienawidzona matka… Intrygujące połączenie powieści obyczajowej, psychologicznej, przygodowej i thrillera. Sugestywna rzecz o rodzinnej tajemnicy, trudnym wchodzeniu w dorosłość i poszukiwaniu miłości.


   Ostatnio na blogach moli książkowych pojawiła się zabawa "30 dni z książką" - nietrudno się domyślić, że należy w niej przez miesiąc opisywać dzieła, które w jakiś sposób wywarły na nas duże wrażenie. Dnia dwunastego należy podać tytuł książki, "która tak wycieńczyła cię emocjonalnie, że musiałeś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas". Gdybym wzięła na siebie to wyzwanie, wytypowania tych najbardziej poruszających powieści, bez mrugnięcia okiem dnia dwunastego wybrałabym "Płatki na wietrze". 
   Co ma w sobie ta powieść, że pomimo upływu tylu lat od jej pierwszej publikacji czytelnicy wciąż chętnie do niej wracają. Czy to styl? Historia? A może bohaterowie? Przyznam wszem i wobec - nie czytałam części pierwszej tej serii, jednak nie czuje się przez to szczególnie uboższa w wiedzę. Myślę, że pomimo tego braku, który prędko nadrobię - gdyż właśnie, o zgrozo, zwolnił się w bibliotece egzemplarz "Kwiatów na poddaszu" - poradzę sobie ze zrecenzowaniem historii jako całości i rozliczeniem bohaterów z ich wiarygodności wobec czytelnika. Cathy - narratorka i jedna z czwórki więzionej na poddaszu - stale przypomina wszystkie krzywdy wyrządzone przez matkę od momentu uwięzienia na strychu u dziadków. Wydaje mi się zatem, że przypadkowe zaczęcie serii od środka lub przeczytanie tej powieści jako odrębnego dzieła nie będzie zbrodnią.
   Czy moje przewidywania przed rozpoczęciem lektury spełniły się choćby w najmniejszym stopniu? Zdecydowanie nie. Ogień namiętności palący główną bohaterkę sprawiał na początku, że chciałam tą książką wyłupać dziurę w ścianie. Później oswoiłam się z tym, przyzwyczaiłam do stylu, jakim kiedyś pisano książki a ja już o tym zapomniałam - wierna czytelniczka Ireny Zarzyckiej - i pozwoliłam autorce wciągnąć się w jej wynaturzony świat. 
   Przez pierwszy tydzień dozowałam "Płatki na wietrze" bardzo ostrożnie. Zrzucałam z siebie kolejne warstwy szoku, oburzenia i totalnego braku akceptacji bohaterów. Gdyby nie fakt, że powieść tę musiałam przeczytać, nie dotrwałabym do momentu, w którym ciekawość zwyciężyła wszelkie wcześniej zauważane defekty i sprawiła, że ponad dwieście stron przeczytałam jednym ciągiem. Gdyby nie recenzja, pewnie zepchnęłabym panią Andrews w dalekie odmęty podświadomości i więcej nie tknęła jej książek. Teraz wiem, że warto było ponownie wydać w pięknej szacie graficznej serię o Dollangangerach. Trzymam kciuki za ponowny sukces tej autorki. Tym razem pośmiertny.  
   Dlaczego warto sięgnąć po tę powieść chociaż styl jest delikatnie mówiąc niedzisiejszy (można to zauważyć w dialogach, w sumie nie zawsze ale czasem aż razi) a główna bohaterka i równocześnie narratorka raczej nie zostanie waszą ulubienicą? Ponieważ oprócz niej są też inne bohaterowie, choć tak bardzo romantyczni, to jednak stworzeni z krwi i kości i mający w sobie pierwiastek ludzki. Paul, doktor, który nie licząc na korzyści przygarnął "sieroty" i cóż... zachowywał się jak prawdziwy facet. Julian, który darzył wielkim uczuciem Cathy, chociaż przez rodziców nie zaznał nigdy prawdziwej miłości i nie wiedział jak należy kochać i szanować.   Carrie, młodsza siostra Cathy, którą targały wszystkie możliwe uczucia i pomimo niedużej roli pokazała, że każde zdarzenie w życiu człowieka ma swoje konsekwencje. Matka rodzeństwa, której postać mogła zniesmaczyć ale i ukazać w całej rozciągłości ludzką podłość i egoizm.
   Warto też dlatego, że historia rodzeństwa mieszkającego prawie trzy i pół roku na poddaszu przerazi was i zaintryguje, a także wzbudzi całą gamę uczuć, na jakie możecie nie być przygotowani. Bo poszerzy wasze horyzonty i otworzy rzeczy na wiele spraw. Wciągnie, stłamsi, i zostawi nienasyconych. Nic już po tej książce nie będzie takie samo, chociaż z naukowego punktu widzenia ta historia, miłości Cathy i Chrisa (jej brata!) nie powinna się wydarzyć. Niestety. 
   Jeżeli jesteście gotowi na tak mocną lekturę ukrytą za liryczną, pastelową okładką... Jeżeli nie boicie się spędzić kilkunastu lat razem z Cathy, patrząc z dezaprobatą lub fascynacją na jej romanse, na samounicestwienie, konfrontację z przeszłością i śmierć wielu bohaterów, za którymi możliwe, że zatęsknicie to zapraszam do Clairmont. Małej miejscowości, w której głównie rozgrywa się akcja "Płatków na wietrze". Pamiętajcie tylko, to były inne czasy... 

25 lipca 2011

"Pamiętasz mnie?" Sophie Kinsella

 

Lexi budzi się w szpitalu po wypadku. Ku swojemu zaskoczeniu ma proste zęby, elegancką fryzurę i ze zdumieniem dowiaduje się, że jest już rok 2007, choć przecież był dopiero 2004! Mało tego, ma przystojnego męża, mieszka we wspaniałym domu, jeździ mercedesem, a z podrzędnej pracownicy firmy z wykładzinami stała się dyrektorem! Czyż nie o takim życiu marzyła? A jednak coś tu nie gra... Co zrobiła, że nie odzywają się do niej dawni przyjaciele? Dlaczego nie kocha swojego męża? Kim jest przystojny Jon, który twierdzi, że mają ze sobą romans? Co się właściwie z nią stało?



   Kojarzycie może taki film jak "Wyznania zakupoholiczki"? A może nawet książkę? Zastanawiacie się pewnie, czemu tak Was przepytuję - otóż wspomnianą historię również stworzyła Sophie Kinsella - czyli tak naprawdę Madeleine Wickham, dziennikarka w branży finansowej, a także jedna z moich ulubionych autorek.
   Jakby to było obudzić się pewnego dnia w szpitalu i nie pamiętać trzech poprzednich lat? Taką sytuację rozważa pisarka, w swojej piętnastej z kolei książce pt. "Pamiętasz mnie?". W moim wypadku byłoby to całe liceum (za klasą może bym tęskniła, ale na pewno za żadnym nauczycielem) - u Lexi Smart, głównej bohaterki, są to najprawdopodobniej trzy najpiękniejsze lata z jej całego życia. Tak to wygląda na pierwszy rzut oka.
   Alexia Smart, córka kobiety kochającej ponad wszystko psy whippety, starsza siostra Amy - dawniej cudownego dziecka a teraz konkretnej rozrabiaki od kradzieży i wyłudzeń - i żona, żona przystojnego, troskliwego i bogatego Erica Gardinera. Dawniej zakompleksiona asystentka asystenta z krzywymi zębami i partnerem godnym pożałowania, teraz należąca do londyńskiej elity piękność z milionami na koncie. Przez trzy lata w życiu Lexi zmieniło się prawie wszystko, a ona musi się tego wszystkiego nauczyć, najlepiej jak najszybciej, bo jej nowe wyższe stanowisko jest przecież mocno oblegane i szef nie będzie wiecznie znosił jej amnezji. Mąż też dopomina się o swoje, podczas gdy - teraz już dwudziestoośmioletnia Lexi - zastanawia się, jakim cudem została jego żoną, zdobyła tak wysokie stanowisko w pracy i to wszystko bezproblemowo godziła.
   Dawno nie czytałam nic z Kinselli, ale pamiętałam, że jej książki potrafiły wywoływać niekontrolowane wybuchy śmiechu i zdecydowanie poprawiały mi humor. Tutaj sytuacja jest całkiem odmienna, bo najczęściej byłam wzruszona, smutna, współczułam Lexi i uroniłam parę łez, choć nie mogę powiedzieć, że śmiesznych epizodów nie było, bo autorka ma tak lekkie pióro, że czasem aż trudno się nie uśmiechnąć. Jednak to było co innego. Strona po stronie jest coraz gorzej a kłopoty rosną a ja jak statku na morzu pełnym rekinów wypatrywałam jakichś pozytywnych akcentów. Kinsella dawkowała je bardzo rozsądnie targając moim emocjami. 
   Nie napiszę nic więcej, bo na pewno zdradzę coś z fabuły - wystarczy, że zagwarantuję, że warto tę książkę poszukać w bibliotece lub nawet kupić, jeżeli lubi się komedie romantyczne. To książka dla kobiet i dziewczyn, ale jeżeli znajdą się jacyś mężczyźni gotowi na mocny zastrzyk literatury "pięknej" to czemu nie? Poznanie psychiki kobiecej żądnemu mężczyźnie jeszcze chyba nie zaszkodziło.




Tytuł oryginalny: Remember me?
Autor: Sophie Kinsella
Wydawca: Świat Książki
Ilość stron: 368
Rok wydania: 2009