Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

2 lutego 2014

"Drugi przekręt Natalii" Olga Rudnicka



W mieszkaniu Janusza Zawady, dawnego wspólnika ojca sióstr Sucharskich, zostają znalezione pozbawione głowy zwłoki młodego mężczyzny, a sam starszy pan znika bez śladu. Czy to jego szczątki były w spalonym, porzuconym nad Wartą samochodzie? Pięciu Nataliom trudno w to uwierzyć. Dochodzenie prowadzone przez policję ujawnia, że Janusz Zawada nie był zwyczajnym starszym panem. W przeszłości współpracował z potężnym gangiem złodziei dzieł sztuki, a w skrytce bankowej miał brylanty warte miliony. Śledztwo trwa, giną kolejni świadkowie. Brylanty znikają, a na scenę wkraczają siostry Sucharskie...


[Dość tego dobrego, wracam do pisania starych, (nie)dobrych opinii o książkach. Muzyką będę Was jeszcze raczyć, spodobało mi się :) Filmami pewnie też, więc nie bójcie się - będzie ruch w tym interesie.]


   Była brzydka, za długa jesień, gdy wypożyczoną z biblioteki książkę czytałam na nudnych wykładach z prawa i ekonomii ochrony środowiska, lub woziłam ze sobą do pracy i czytałam w tramwaju. Kilkanaście czy kilkadziesiąt stron wyrwanych z kontekstu ratowało mnie przed nudą i nieeleganckim gapieniem się na innych ludzi w miejscach publicznych. Jednak zakończenie czytałam już w pełni skupiona na tekście, w zaciszu swojego pokoju. I powiem Wam, coś ze mną nie tak.
   Starzy, dobrzy znajomi z "Natalii 5" powracają w znanym sobie stylu. Dziewczyny jak zwykle robią dużo hałasu, przyciągają wzrok i uwagę okolicznej policji a do tego wplątują się w nie lada tarapaty. I wszystko byłoby naprawdę pięknie, bo wątek kryminalny do końca wiercił mi dziurę w mózgu i kazał zmieniać teorie na temat biegu wydarzeń z mieszkania pana Zawady, jednak...
   Albo czekałam zbyt długo albo miałam zbyt duże wymagania. "Natalii 5" zaskakiwało pomysłem, śmieszyło ciągłymi problemami z uwierzytelnianiem swoich danych osobowych i wchodzeniem sobie wiecznie w słowo przez siostry. Teraz, w drugiej części, powtarzają się ciągle te same żarty. Czasami miałam ochotę przeskoczyć kilka kartek by oszczędzić sobie tych polemik słownych rzeczonych sióstr i cudownych dzieci jednej z nich. Wiem, że jestem zgorzkniała ale mimo wszystko pierwsza część podobała mi się bardzo. Teraz więcej było irytacji. Bo nic nowego się nie pojawiło, jeżeli chodzi o żarty sytuacyjne. Czekałam na jakiś powiew świeżości, ale nie doczekałam się, i gdyby nie intryga to naprawdę kiepsko byłoby z oceną "Drugiego przekrętu". A do tego wątki miłosne, rozwijające się szybciej niż w brazylijskiej telenoweli. Bo kiedy mężczyzna po kilku randkach mówi o dzieciach, to mi się to wydaje na serio podejrzane.
   Może to moja wina, że tak odebrałam tę książkę. Okoliczności czytania to według mnie około 40% ogólnej oceny i w tym przypadku pewnie było podobnie. Autorka pisze świetnie, lekkie pióro i nieinfantylny język to połączenie, które gwarantuje błyskawiczne wręcz pochłanianie tekstu i ogromną przyjemność z czytania, jednak historia a właściwie bohaterowie sukcesywnie mi ją odbierali. Zazdroszczę wszystkim, którym ta książka się podobała (a wiem, że większość była zadowolona), ja po prostu źle trafiłam jeżeli chodzi o czas i cierpliwość. Nie sugerujcie się tą recenzją całkowicie, ale jeżeli ktoś miał podobne odczucia to dajcie znać. Może jest dla mnie jeszcze jakaś szansa.

15 października 2011

"Prosektorium" Olga Paluchowska-Święcka

Zmysłowa i kobieca książka o sile uczuć, oparta na niebanalnym pomyśle, momentami szokująca, a jednocześnie niezwykle subtelna.

Młoda studentka i modelka Natasza przeżywa trudne chwile. Nie chce więcej spoglądać za siebie. Podejmuje dodatkową pracę w prosektorium, w miejscu gdzie, jak sądzi, można ukryć się przed całym światem. Początki są trudne – szpital jest przepełniony smutkiem. Kontrast między nową codziennością a światem pokazów mody i gal sprawia, że Natasza uczy się odczuwać intensywniej, doceniać wartość życia i jego prawdziwe piękno.

Pouczająca znajomość z chorym, ośmioletnim Felkiem, zmysłowa relacja z przyjaciółką Anną, „zakazane przyjemności” i wreszcie płomienne uczucie do pewnego Rosjanina, dadzą Nataszy nadzieję na powrót do świata żywych.

   W liceum marzyłam o zostaniu studentką medycyny, o tym by po wielu latach studiów być jak Kathy Reichs i zajmować się medycyną sądową. Praca patologa wydawała mi się straszna ale też potrzebna. Ktoś przecież musiał zadbać o tych, którzy już nie mogą sami decydować o sobie i przemówić we własnym imieniu.
   Praca w prosektorium, o której pisze autorka nie jest emocjonująca pod tym samym względem co w serialu kryminalnym, gdzie po obrażeniach ofiary dochodzi się do sprawcy. Szef Nataszy - głównej bohaterki - zajmuje się zazwyczaj pielęgnacją zwłok przed pogrzebem. Przygotowaniem ciała i zakonserwowaniem go, aby rozkład nie zachodził aż do dnia pochówku. Na początku Natasza Woronowa, za dnia studentka i modelka, wieczorami jest tylko księgową w prosektorium, jednak gdy pan Mirosław, tanatopraktor, zauważa jej talent do makijażu - prosi aby częściej pomagała mu przy przygotowywaniu zmarłych do pogrzebu.
   Powieść "Prosektorium" zaskakuje oddaniem rzeczywistości. Ludzie w tej książce to nie tylko bezosobowe twory z przewodem pokarmowym i jednoznacznymi celami w życiu. Autorka obnaża też te bardziej wstydliwe pragnienia i cechy każdego człowieka. Bohaterowie główni i ci nawet epizodyczni są kompletni w każdym calu. A wszystko to dlatego, że pisarka nie skupia się na biegnącej akcji, której prawie nie ma, ale na postaciach właśnie, poświęcając ich historiom dużo uwagi.
   W ten sposób poznajemy mistyka i herbaciarza Hasmika, wspaniałomyślnego lekarza Darka ale też zaborczą Karolinę i nieczułego Mirosława. To jakimi ludźmi się stali nie jest przypadkowe, co tłumaczy ideologia Hasmika. Natasza również coraz częściej zauważa, że jest taką a nie inną osobą z danego powodu. Do tego dochodzi niezagojona rana po poprzednim związku, z którego dziewczyna nie może się otrząsnąć. Przez co cała powieść jest odrobinę mroczna i jakby zamglona.
   Styl, jakim pisze autorka jest bardzo dobry jak na debiut. Klimatyczne opisy, intymność i zmysłowość ale także szarość dnia codziennego oddane są z pietyzmem. I, co jest dodatkowym atutem, książkę czyta się dość lekko chociaż temat, który porusza do najłatwiejszych nie należy. Jednak do wielkiego dzieła jeszcze trochę powieści zabrakło, przede wszystkim z powodu dialogów, które wydawały mi się czasami trochę zbyt sztuczne i poetyckie. Zwyczajni ludzie tak nie rozmawiają. To zbyt piękne aby było prawdziwe. Ale przyjemne dla oka romantyka.
   Książkę "Prosektorium" kieruję w stronę czytelników nie liczących na porywającą akcję ale przygotowanych na swego rodzaju spowiedź z przeszłości, lubujących się w rozgryzaniu ludzkiej psychiki, interesujących się psychologią, cechujących się dużą wrażliwością. To nie jest powieść dla każdego.

6 września 2011

"Atrofia" Lauren DeStefano

Pierwsza część trylogii „Chemiczne światy”.
Dzieci poczęte naturalnie są niedoskonałe. Dlatego – żeby stworzyć idealnych ludzi – ruszyła produkcja embrionów bez najmniejszych wad genetycznych. Ale tylko pierwsze pokolenie to okazy zdrowia; potomkowie perfekcyjnych ludzi umierają w wieku dwudziestu paru lat. W tym ponurym świecie dziewczęta zmuszane są do poligamicznych małżeństw, by zapewnić przetrwanie gatunku. Rhine, Jenna i Cecily trafiają do ekskluzywnej rezydencji w gaju pomarańczowym, gdzie wszystkie poślubia młody syn właściciela. Serce Rhine bije jednak dla Gabriela, młodego Służącego, który zaryzykuje wszystko, by pomóc jej odzyskać wolność. Dziwaczny świat luksusu i piękna, skrywający mroczne sekrety, rozciąga swoje macki, wabi dziewczęta iluzją. Lecz widmo śmierci wciąż krąży wokół nich, niepogodzonych z losem. Liczą na cud, a każdemu z czymś innym kojarzy się prawdziwe życie.


   Jakże wspaniałe byłoby życie bez chorób! Przekonali się o tym ludzie, którzy jako embriony zostali poddani modyfikacjom genetycznym likwidującym wszelkie wady. Oczywiście, stało się to po apokalipsie, którą przetrwała tylko Ameryka - skądś to znamy? O tak, ten motyw jest już dość oklepany - ale co jest tak zaskakującego w książce "Atrofia", że zbiera ona same najlepsze recenzje i tak mocno zachwyca na całym świecie? Szczerze, nie do końca znam odpowiedź na to pytanie.
   Do lektury podeszłam pełna entuzjazmu, zauroczona okładką, pomysłem na fabułę - i może gdybym nie miała za sobą "Igrzysk Śmierci" piałabym z zachwytu, bo recenzowana przez mnie powieść nie jest zła. Jednak coś mi tam zgrzytało. Możliwe, że było to tylko słabe tłumaczenie ale tego akurat sprawdzić nie mogę. Niestety ode mnie ta książka najwyższej noty nie dostanie.
   Rhine, główna bohaterka i narratorka powieści, do czasu porwania pracuje gdzieś w telekomunikacji i razem ze swym bratem bliźniakiem Rowanem prowadzi dosyć spokojny żywot. Oboje są dla siebie ogromnym wsparciem po tragicznej śmierci rodziców, którzy będąc naukowcami, padli ofiarą zdesperowanych opozycjonistów domagających się zakończenia wszelkich eksperymentów na ludziach. Rhine musiała zakończyć naukę i zacząć pracować - miała do wyboru niewiele opcji. Gdyby nie brat, pewnie udałoby się ją zwerbować na prostytutkę ale z takim obrońcą, do czasu porwania przez Kolekcjonera, była bezpieczna i niezależna. 
   Pewnego dnia Rowan nie może pomóc siostrze, która wraz z wieloma innymi dziewczynami zostaje wieziona w ciężarówce na drugi koniec kraju. Rhine zostaje sprzedana Zarządcy Lindenowi jako kandydatka na żonę, jedna z trzech. Razem z nią, małżonkiem będą się dzielić jeszcze Jenna i Cecily. Dwie skrajnie różne postacie, obie wyjątkowo piękne. Dziewczyny będą żyć w luksusowej klatce - bo jak inaczej nazwać zamknięcie przed światem i konieczność bycia żoną i matką?
   To tyle jeżeli chodzi o opis fabuły - moim zdaniem całkiem konkretnej, ciekawie pomyślanej ale z drugiej strony nieco schematycznej. Bo zazwyczaj po apokalipsie (w literaturze) jest okres, w którym zwyczajni i biedni ludzie są uciemiężeni przez tych "na górze", z pieniędzmi więc i władzą w rękach. Czemu nie na odwrót? Ale to temat na inny post i zdecydowanie odrębna dyskusja (no i możliwe, że są książki o innym schemacie po apokaliptycznym). Ważne, że ten schemat był już wykorzystywany i można go było tylko trochę upiększyć stylistycznie, opisowo a byłoby dużo lepiej.
   Drugi problem to strona techniczno-naukowa. Jeżeli już ktoś się decyduje na poruszenie tej kwestii w książce to niech się na niej mocno oprze i coś zaprezentuje - a nie: seria nazywa się Chemiczne Światy, a mówimy cały czas o genetycznych (biologicznych!) manipulacjach. Do tego ten wirus, przez który dziewczyny umierają mając około 20 lat, a chłopcy 25. Wirus, którego nikt nie wykrył a zachowuje się jak jakiś program komputerowy. Wszystko to jest jakieś takie chaotyczne, nieokreślone - niewiele osób zadaje ważne pytania. Ja chcę więcej, to mnie interesuje - choćby była to tylko czcza gadanina jak w fantastyce naukowej. Kiedy powiedziało się "a", to trzeba też powiedzieć "b".
   Jednakże, spokojnie! Nie jest aż tak źle z tą powieścią - ja tylko zaznaczyłam błędy, aby nie zniknęły między zachwytami. Trochę przesadziłam - książka jest dobra, zasługuje na uwagę i warto się jej bliżej przyjrzeć jako kolejnemu ciekawemu debiutowi ale nie obiecuję nikomu, że będzie to powieść roku. Może miałam zły dzień, złe światło, zły humor - po prostu mnie ta książka szczególnie nie poruszyła. Za to na pewno mnie zaciekawiła, wciągnęła i czytało się ją bardzo szybko. Taki miły przerywnik pomiędzy cięższymi lekturami z bardzo ciekawą i różnorodną plejadą bohaterów.
   Najbardziej wdzięczna jestem autorce za zakończenie - wprawdzie to Trylogia ale dzięki temu, że Destefano nie pastwi się nad Czytelnikiem stawiając mu przed oczami wielki znak zapytania i nie ucina książki w trakcie akcji można ją spokojnie czytać jak jedną i kompletną historię. Przez ten zabieg, osoby, które chcą czytać "Atrofię" nie powinny się obawiać tego, że będą musiały z niecierpliwością wyczekiwać kolejnych książek, a ci czytelnicy, którzy nie lubią serii, sag i wielotomowych dzieł będą mogli spokojnie oddać się lekturze książki Lauren DeStefano.

26 sierpnia 2011

"Natalii 5" Olga Rudnicka

Policja otrzymuje tajemnicze zgłoszenie o samobójstwie. Zamknięty od środka pokój. Martwy mężczyzna. Broń, na której znajdują się wyłącznie odciski palców ofiary. Jednak zdaniem przybyłego na miejsce komisarza Potockiego nie mogło to być samobójstwo. Ślady zdają się wykluczać również morderstwo. Zagadkowa śmierć jest jednak dopiero początkiem niezwykłych zdarzeń...
W gabinecie notariusza pojawia się pięć kobiet o tym samym imieniu i nazwisku.

"Spoglądały na siebie nieufnie. Ojciec okazał się łajdakiem i jest ich pięć. Pięć Natalii, ale nie pięć sióstr. Umysł to rozumiał, serce jeszcze nie. Poczucia pokrewieństwa ani wspólnoty dusz nie miały. Nie miały też wspólnej przeszłości i, co bardzo prawdopodobne, przyszłości. Wiedziały, że ojciec był ich wspólny, ale następstwa tego faktu też wydawały się dziwnie odległe. W krótkim czasie zostały zbombardowane tyloma szokującymi informacjami, że nie do końca mogły się w nich połapać."

   Gdy zastanawiam się jak zacząć tę recenzję, jak określić dynamikę książki i moje odczucia odnośnie treści na myśl przychodzi mi wiersz "Lokomotywa" Tuwima. Ponieważ, kiedy wzięłam potężne wręcz tomisko do ręki (powieść Olgi Rudnickiej to takiej średniej wielkości cegła na ponad 500 stron) pierwsze strony wydawały mi się nie do przejścia. Fabuła i pomysł na nią wydawał mi się strasznie sztuczny, wykonanie może nie toporne ale czegoś mi ciągle brakowało. I czemu ten policjant mimo wszystkich dowodów na zajście samobójstwa, był za zabójstwem? Powiało mi upiornym uporem, żeby tylko przepchnąć ten pomysł w kryminał.
   Jednak jak to z lokomotywą było, początki może są i trudne, i ciężkie a nawet bolesne ale gdy już pociąg się rozpędzi, to nikt go nie zatrzyma. Nie śmiejcie z mojego porównania i kolei, bo pomiędzy dużymi miastami te pociągi potrafią się rozpędzić nawet w Polsce :) Zaś w moich okolicach (Bieszczady) ich średnia prędkość to 20 km na godzinę, ale jak zwykle straciłam wątek. 
   Gdzie Natalii 5 - tam na pewno nie wieje nudą. Rym słaby ale sens historii uchwycony - bo chociaż dziewczyny poznają się dopiero dzień po samobójstwie ojca-bigamisty to przez bardzo różne stosunki rodzinne i brak zaufania do nowych sióstr zamieszkują wszystkie willę swego ojca. I tak rozpoczyna się właściwa historia poznawania tajemnic ojca, tajemnic jego interesów i tajemnic domu w Mechlinie, który zamieszkują w siódemkę (wraz z dziećmi Natalii - drugiej z kolei). Co skłania pięć kobiet o całkowicie odmiennych charakterach do znoszenia się w jednym domu? Zadanie, które ojciec zostawił im do wykonania w swoim testamencie. 
   A co to za nieustający w rozwiązywaniu zagadek policjant? Komisarz Adrian Potocki, którego partnerem jest komisarz Marcin Kurek - proszący przyjaciela o zachowanie trzeźwości umysłu i zaprzestanie lektury książek Agathy Christie. W końcu wszystkie dowody wskazują na samobójstwo. Czy mogłoby być inaczej? Właśnie to pytanie nurtuje najbardziej Potockiego a później i Natalie. Co też wymyślił ich ojciec, którego, wydawało im się, że znały dość dobrze. 
   Boję się pisać cokolwiek jeszcze, a chciałabym - i to dużo! Nie chcę "spojlerować", bo w tej książce dzieje się tak wiele, że mogłabym po drodze powiedzieć za dużo. Przyjemność z zagłębiania się w lekturę pozostawiam w całości Wam. Czytajcie, śmiejcie się do rozpuku (naprawdę musiałam chować twarz w poduszkę, żeby odwiedzająca mnie kuzynka nie pomyślała, że ma do czynienia z kompletną wariatką) i czerpcie garściami dobry humor zawarty w genialnych wręcz dialogach. Opisy też są niczego sobie, jednak rozmowy sióstr Sucharskich, które czasem nawet zawierają sojusze, są po prostu bezbłędne. W końcu, nie można się wiecznie nienawidzić. Szczególnie wtedy, gdy jest się sobie nawzajem potrzebnym. Dlatego też książkę "Natalii 5" dopisuje do listy moich ulubionych powieści i nie ma bata, żeby je ktoś zdetronizował albo żebym o nich kiedyś tam zapomniała. Nie ma szans. Te dziewczyny: Anna, Natalia, Nata, Magda i Natka są nie do pomylenia :) Wprawdzie co do koloru włosów mogłabym się nieco zająknąć, ale co do charakteru i ubioru - nigdy. 
   Pokochałam "Natalii 5" całym serduchem i żałuję, że to już koniec przygody. Drugiej części nie będzie, a książka musi opuścić moją półkę aby ucieszyć kolejną osobę jako idealna wczasowiczka. Obiecuję, że ta powieść poprawi Wam humor i wywoła szczery uśmiech na Waszych twarzach. Obok tych pięciu nietuzinkowych Natalii nie można przejść obojętnie :)
   PS. Wątki miłosne to tylko epizody - nie bójcie się ckliwego romansu ale Sherlocków Holmesów w spódnicy.

1 sierpnia 2011

"Wydrążony człowiek. Muza ognia" Dan Simmons

Dwie powieści jednego z najwybitniejszych współczesnych twórców science fiction.

Wydrążony człowiek, Jeremy Bremen, jest telepatą. Ludzkie umysły są dla niego jak książki. Zna ich mroczne tajemnice i najgłębiej skrywane pragnienia. To dar. I zarazem przekleństwo, które doprowadza go na granicę obłędu.

Myśleliśmy, że jesteśmy panami wszechświata. Demiurgowie rozwiali nasze złudzenia. Zamienili Ziemię w grobowiec. Osuszyli oceany, a z ludzi zrobili niewolników. Czy trupie wędrownych aktorów, podróżujących Muzą ognia, uda się wygrać pojedynek z nową, potężną władzą? Wolność przestaje być tylko marzeniem. 



 WYDRĄŻONY CZŁOWIEK
 Kiedy książka znalazła się już w moich rękach przestraszyłam się nie na żarty. U góry widniał napis: fantastyka. Lubię eksperymenty jednak miałam obawy, że to zadanie mnie przerośnie. Pierwszy raz czytałam książkę z rodzaju fantastyka – a tak naprawdę science-fiction. Nie fantasy, nie paranormal, a fantastyka i science-fiction właśnie. W moim mniemaniu powinny się w niej znaleźć jakieś statki kosmiczne, zombie, ludzie-roboty, nowoczesne technologie i przyszłość, która podobno nas czeka. Jednak ta opowieść zaskoczyła mnie płaszczyzną, na której się rozgrywała – a była to bardziej przestrzeń w psychice niż w kosmosie.
   Jeremy i Gail stanowią wspaniałą parę, którą oprócz wielkiego uczucia charakteryzuje paranormalna zdolność do komunikowania się poprzez telepatię. Oboje słyszą myśli innych, w tym własne – i to mianowicie połączyło ich wiele lat temu. Rozumieli siebie nawzajem, nie mieli przed sobą tajemnic i świetnie się razem dogadywali. Dzieliło ich wiele: Gail to artystka, która według Jeremy’ego postrzega świat przez różowe okulary, a tak naprawdę, zauważa i dobro i zło; zaś jej mąż to zdolny matematyk pochłonięty swoją pasją do tego stopnia, że każde zjawisko określa poprzez równania i z reguły nikomu nie ufa, a nawet gardzi ludźmi. Jednak pomimo tych różnic, oboje żyją w szczęściu i zdrowiu a nawet planują dzieci – do czasu.
   Mówi się, że kłamstwo rodzi kłamstwo i gdy zacznie się kłamać, nie można tak po prostu przestać. Jeremy nawet wtedy, gdy Gail umiera nie potrafi wyjawić jej prawdy co rodzi nieustające wyrzuty sumienia. Nie może poradzić sobie z przeszłością, więc jak może wkroczyć w przyszłość? To pytanie może być mottem tej książki, bo po śmierci Gail, Jeremy wpada w coraz to nowe tarapaty. Pogrążony w rozpaczy często nie podejrzewa najgorszego, a najczęściej jest już zbyt późno by to odkręcić – do tego ma ogromnego pecha i „kłopoty” znajdują go nawet na drugim końcu kraju.
   Wydawać by się mogło, gdzie to science-fiction? Co w tej historii jest tak nadzwyczajnego? Telepatia? Stały motyw – to już nie zaskakuje, jednak umysł jako czoło fali stojącej? Zapisanie myśli matematycznym wzorem?. I tak oto podczas podróży po USA wraz z Jeremym poznajemy w retrospekcjach sławnego naukowca zajmującego się tym samym co bohater oraz jego pobudki naukowe. Razem z mężczyznami biegniemy tropem fizycznych, chemicznych i matematycznych praw i równań aby rozwikłać tajemnice ludzkiego umysłu. Ale pojawia się też drugi narrator, mówiący w pierwszej osobie, jako znajomy małżonków – jednak nieznajomy nam.
   W książce dzieje się wiele a kolejne wątki z bujnego życia Jeremy’ego po śmierci Gail zachodzą na siebie i nie pozwalają na odpoczynek, jednak jest coś jeszcze: wisząca nad bohaterem uciążliwa tajemnica skrywana przed żoną i drażniąca czytelnika tajemnica drugiego narratora. Byłam zafascynowana opowieścią snutą przez „Oczy” (tak nazywały się rozdziały w których narratorem był tajemniczy gość), aczkolwiek wątki naukowe i wielostronicowe tłumaczenia Jeremy’ego dotyczące jego teorii o ludzkim umyśle okraszone wieloma prawami matematycznymi i nie tylko były dla mnie – przeciętnego zjadacza chleba - nużące. Z połową tych praw (Pauling, Schroedinger, Heisenberg) spotkałam się w szkole i nie robiły one na mnie wrażenia pod przykrywką fantastyki naukowej. Aczkolwiek pasjonaci gatunku mogą być pod wrażeniem toku myślowego jaki prowadzi Jeremy i drugi naukowiec oraz ich wniosków. Simmonsowi należą się brawa za jego pomysły, teorie i determinację w pisaniu o tym. Treść sprawia wrażenie, jakby autor naprawdę wierzył w to co pisze.
   Dzięki tej książce i temu autorowi na pewno sięgnę jeszcze po science-fiction, bo mój własny stereotyp powieści tego rodzaju upadł jak mur berliński i będę musiała swoje gusta przewartościować. Wprawdzie naukowe wynurzenia nie są dla mnie ale nie tylko to pojawia się w tej historii, najważniejsi są ludzie i ich przeżycia – bagaż doświadczeń, nieludzkie i zdumiewające przygody a także więzi: miłość, przyjaźń, zaufanie. Do tego styl dzięki któremu końcówkę książki wręcz pochłonęłam. Będę miło wspominać „Wydrążonego człowieka” chociaż jest to powieść trudna i czasem brutalna – ale jak wiadomo: wspaniałe dzieła powstają w bólach.

MUZA OGNIA
   Po pełnej napięć ale nie zawsze dynamicznej historii Jeremy’ego Bremena moim oczom ukazuje się ostatnie sto stron potężnej książki pod tytułem: Muza Ognia. Nie wiem czego oczekiwać, więc jak najprędzej zabieram się za czytanie – i stwierdzam, że umiejscowienie jej na drugim miejscu było świetnym posunięciem. Po tej lekturze naprawdę mam ochotę na więcej.
   Historia Wilbra jest zgoła odmienna od Jeremy’ego. Wilbr żyje w przyszłości i jest aktorem. Ziemia jest cmentarzyskiem bez oceanów, gdzie zabiera się karawany ze wszystkich planet, a on razem ze swoją szekspirowską trupą (Grupa Ludzi) podróżuje po wszechświecie i wystawia sztuki wspomnianego artysty. Problemem Wilbra jest to, że nie może wrócić na Ziemię do swoich rodziców, nie układa mu się tak jakby chciał w życiu towarzyskim a do tego Poimeni i Demiurgowie rządzący wszechświatem mają w planach zniszczenie rasy ludzkiej… i żeby było śmieszniej, od poziomu gry aktorskiej trupy Wilbra zależą dalsze losy Ziemi.
   Żałuję, że autor nie rozwinął tej historii, bo mogłoby powstać całkiem niezłe dzieło a przynajmniej taki jest moje zdanie. Postać Wilbra jest żywa, zabawna a jego narracja wydaje się czasem niezastąpiona, chociaż gdy zaczynają się kłopoty zdarza mu się okazać ludzkie emocje i rozpłakać nad swoim losem. Jego charakterystyczny ton nadaje przez to barw całemu opowiadaniu, w którym pełno jest okrucieństwa i gdzie fikcja szekspirowska przeplata się ze smutną rzeczywistością podległych i słabych ludzi, którzy starają się wycisnąć ze swojego życia jak najwięcej. Niektórzy pomimo beznadziejności swojej sytuacji planują nawet bunt.
   Mam nadzieję przeczytać inne powieści Simmonsa, autora cyklu „Hyperion Cantos”, „Terroru” czy „Pieśni Bogini Kali”. Jego pomysły są chyba nietuzinkowe  (chociaż wcześniej nie czytałam science-fiction a tylko słyszałam o poszczególnych dziełach) i wielu pisarzy może mu pozazdrościć wplatania skomplikowanych pojęć hobbystycznych w swoje  całkiem kosmiczne historie. Nadaje to jego książkom większej wagi i sprawia, że nie są tak bezbarwne na jakie mogłyby wyglądać na pierwszy rzut oka. Uciemiężone ludy to nie jest nowy motyw ale cudotwórcza wręcz siła dramatów Szekspira? Warto sięgnąć po tę podwójną książkę choćby z ciekawości wykonania tematu. Rezultaty bowiem były całkiem niezłe. 


Tytuł oryginalny: The Hollow Man. Muse of Fire
Autor: Dan Simmons
Wydawca: Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ilość stron: 472
Rok wydania: 2011

4 kwietnia 2011

"Dobrani" Ally Condie

Cassia zawsze była przekonana, że Społeczeństwo wybiera dla niej to, co najlepsze: co powinna czytać, co oglądać, w co wierzyć. Kiedy więc podczas uroczystości Doboru na ekranie pojawia się twarz Xandera, Cassia nie ma żadnych wątpliwości, że to właśnie jest jej idealny partner… do chwili gdy następnego dnia w miejsce Xandera na ekranie wyświetla się przez moment twarz Ky’a Markhama.


Społeczeństwo mówi jej, że to drobna usterka, odosobniony przypadek, i że powinna się skupić na szczęśliwym życiu, które przyjdzie jej wieść z Xanderem. Lecz Cassia nie może przestać myśleć o Ky’u, a gdy oboje powoli zakochują się w sobie, zaczyna powątpiewać w nieomylność Społeczeństwa i staje przed trudną decyzją: musi wybrać pomiędzy Xanderem i Ky’em, pomiędzy życiem, jakie do tej pory znała, a drogą, którą nikt dotąd nie ośmielił się pójść.


   Mówią, że najtrudniej jest zacząć. Zgadzam się z tym - pierwsze zdanie, pierwsza książka, to zawsze sprawia kłopot. Są jednak wyjątki od reguły, bo książka Ally Condie „Dobrani” jest bajeczna i lekka od pierwszego akapitu. Urzekła mnie na tyle, że na przemian otwierałam ze zdumienia oczy i uśmiechałam się do siebie, naiwnie, na myśl o stworzonej w Społeczeństwie pozornej harmonii i spokoju. Autorka posiada dar władania umysłami czytelników.
    Tytuł książki można odnieść do wszystkiego, co się w niej zawiera: adekwatnie dobrana dieta dla każdego członka Społeczeństwa, dopasowane do organizmu tempo i czas osobistego treningu, idealnie dobrany partner życiowy. Tak, to kolejna opowieść o miłości, ale wbrew tytułowi, zakochani nie będą w niej mieli łatwego życia – a wszystko przez jeden wiersz.
    Wydaje się to absurdalne ale przecież to odległa przyszłość, oparta na Stu Wierszach, Stu Piosenkach, Stu Lekcjach Historii… Wspomniane zbiory, wyselekcjonowane przez największych znawców literatury i społeczeństwa, stanowią cały dorobek kulturowy Społeczeństwa. Funkcjonariusze, czyli wyższa władza, uważają, że współczesna nam rozmaitość utworów jest zbędna i należy pozbyć się śmieci z przeszłości. Jednak parę osób pracujących przy selekcji przemyca zakazane wiersze. Kojarzy mi się to z czasami okupacji, kiedy sztuka była tworzona w podziemiach. Tutaj również występuje podziemie – sprzedające wiersze.
    Czy ktoś z nas potrafiłby sobie wyobrazić przemycanie wierszy? Jak niewielki odsetek ludzi na Ziemi czyta wiersze dla przyjemności? Szuka w nich oparcia dla własnej ideologii? W opisywanej przyszłości jest to jeszcze mniejsza liczba. Życie jest tak uporządkowane, że na literaturę nie ma zbyt wiele czasu. Nie wolno też wierszy tworzyć. Zresztą, nawet gdyby ktoś chciał – nikt nie potrafi pisać. Wszyscy posługują się przenośnymi komputerami, jeżeli coś piszą, to na klawiaturze.
    W takim świecie żyje od urodzenia Cassia Reyes, główna bohaterka, którą poznajemy w dniu „Bankietu Doboru”. Kończy właśnie siedemnaście lat i udaje się wraz z rodzicami do Ratusza, gdzie ona i jej koleżanki, które również ukończyły siedemnaście lat, będą „dobrane”. Cassia jest ubrana w zieloną, jedwabną suknię, wypożyczoną specjalnie na ten wieczór; w dłoni trzyma Artefakt, czyli przedmiot zachowany z przyszłości – w jej przypadku jest to złota puderniczka jej babci. Jest zestresowana, tak jak i reszta jej koleżanek oraz oczarowana, bo taki bankiet ma się tylko raz w życiu, a sposobność jedzenia tortu czekoladowego może się już nie powtórzyć, chyba, że podczas Ostatniego Bankietu… Dziewczyny podchodzą w kolejności alfabetycznej, więc Cassia jest jedną z ostatnich. Gdy nadchodzi jej kolej, dzieje się coś nadzwyczajnego, ekran, który ma pokazywać wybrańca jest pusty. To oznacza tylko jedno – „dobrany” pochodzi z jej miasta.
Cassia jest zaskoczona, ale szczęśliwa. Zna swojego wybranka, więc nie ma się czym martwić, a srebrne pudełeczko ze skankartą z informacjami o drugiej połówce może potraktować jedynie jako pamiątkę. Inne dziewczęta z tego prozaicznego przedmiotu muszą poznać szczegółowo swoich lubych. Jednak wieczorem, gdy szczęśliwa wraca do domu i chce przed snem obejrzeć swoją skankartę, okazuje się, że to nie jej wybranek widnieje na zdjęciu.
    Akcja toczy się dosyć wartko i już niedługo po tym incydencie Cassia musi przygotowywać się na kolejny Bankiet - Ostatni Bankiet swojego dziadka, którego spadek i postanowienie mogą być zbyt trudne do zaakceptowania przez żyjących według prawa członków rodziny Reyes. Mimo to podejmują oni wyzwanie działania przeciwko zasadom, co uruchamia lawinę dziwnych zdarzeń w Klonowej Gminie i zmienia całkowicie spokojne życie rodziny Cassii.

"Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy"  Dylan Thomas 

    Czytając „Dobranych” nie mogłam zignorować absurdalności perfekcyjnego świata, w którym znaleźli się bohaterowie. Możliwe, że autorka chciała przekazać czytelnikom, w swojej poetyckiej prozie, że idealni ludzie i idealne systemy nie istnieją. Do doskonałości można dążyć, ale nigdy nie będzie nam ona dana. Przyjemny w odbiorze styl, wartka akcja i ciekawy dobór wierszy, z którymi będzie musiała zmierzyć się Cassia sprawiają, że książka pozostaje w pamięci a motto książki zmusza do myślenia. Czy warto iść tą samą drogą, którą wybrali inni? Czy jesteśmy pewni, że to wyjście nas też uszczęśliwi?


Tytuł oryginalny: Matched
Autor: Ally Condie
Wydawca: Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ilość stron: 352
Rok wydania: 2011

18 marca 2011

"Układy dwójkowe" Anna Ziętara



Ania, racjonalna, rzeczowa i zawsze zorganizowana, jest oparciem dla swoich przyjaciół, grona osobowości barwnych i bujnych, acz niekoniecznie dojrzałych do poważnych życiowych decyzji. Pomaga im w rozmaitych, także miłosnych kłopotach, chociaż sama zwykle trzyma się w cieniu. Aby w końcu zacząć żyć pełnią życia i dać się ponieść zdarzeniom, musi rozbić ochronną skorupkę, którą budowała wokół siebie od dzieciństwa. Kto pomoże jej rozwinąć skrzydła? Czy przyjaciele zdadzą ten egzamin?



   Kiedy brałam tę książkę do ręki spodziewałam się lekkiej komedii romantycznej o zagmatwanej fabule (układy dwójkowe - to nie brzmi prosto, łatwo i przyjemnie) i mogę powiedzieć, że wyszło prawie tak jak podejrzewałam. Na pewno się na tej lekturze specjalnie nie zawiodłam, choć kończyłam jej czytanie z mieszanymi uczuciami, ale... od początku.
   "Układy dwójkowe" to dziwna książka. Bohaterka nazywa się tak samo jak autorka, również studiuje stomatologię i zwraca się pewnego razu do jednej z bohaterek tak jakby przepraszała, że tak a nie inaczej opisuje ją w swojej książce. Pojawia się więc pytanie, czy to autobiografia? Bo jeżeli tak, to ciekawe życie studenckie prowadziła Anna Ziętara.
   Akcja rozpoczyna się gdzieś w połowie studiów, Ania i jej współlokatorka Justyna rozmawiają o nadchodzącym ślubie tej drugiej. I wcale przyszłą żonę to nie cieszy, gdyż tak naprawdę miętę czuje, ale nie tam gdzie powinna. Stwierdza, że tak naprawdę kocha przyjaciela jej narzeczonego - a ślub zbliża się naprawdę dużymi krokami. Anna ma problem z odpowiedzią i udzieleniem rady Justynie, cóż... nigdy nie była w takiej sytuacji, wierzy w miłość tylko do jednego mężczyzny (tego jedynego), a z wyznań Justyny wychodzi, że ciężko koleżance z narzeczonego zrezygnować.
   I jak tu być mądrym? Wychodzić za mąż za jednego, kochać drugiego - to już się w literaturze zdarzało; odgórne nakazy, tradycje, rodzina - czynniki zmuszające do działania wbrew sobie. Jednak na Justynie ciąży tylko odpowiedzialność za wynajętą salę i kupiony przez ojca alkohol, według mnie nie wiele. W tym samym czasie trwa sesja i obie dziewczyny planują, na które egzaminy się wyrobią, a które poprawią jesienią - stały dylemat studentów. Akcja więc obraca się wokół studiów i ślubu Justyny, wątki związane z życiem głównej bohaterki Anny na początku dzieją się na uboczu, choć są często bardzo znaczące: np. rozwód jej rodziców, motyw zakochanego na śmierć Konrada, śmierć jego matki. Jednak powoli problemy zaczynają się nawarstwiać a Anna, cicha, racjonalna, zawsze pomocna al i zamknięta w sobie, zaczyna powoli opadać z sił. Nikt nigdy nie pyta jej, jakie ma problemy, a gdy już pyta, ona nie potrafi odpowiedzieć. Odkąd straciła kontakt z najlepszą przyjaciółką - Tośką - jej życie jest szare, byle jakie i uzależnione od innych. Wciąż dzieli problemy znajomych, znosi chłód rodziców i samotność. I gdy już myśli, że więcej nie wytrzyma, pojawia się Paweł, aktualnie mąż Justyny (zaprzyjaźnili się, gdy Paweł odwiedzał Justynę przed ślubem a ona wciąż biegała, ćwiczyła, odchudzała się i ogólnie nie miała dla niego czasu), i teraz, gdy Anka nie odbierała telefonów, przejechał wiele kilometrów, by sprawdzić co się dzieje. I zastał najgorsze, gdyż główna bohaterka chciała popełnić samobójstwo.
   Od tego momentu w życiu Anny Ziętary dzieje się wiele dziwnych, czasem przykrych, czasem wesołych wydarzeń. Ale co najważniejsze - akcja zawrotnie przyspiesza. Anna zmienia się, poznaje nowych ludzi, nowe miejsca i zmaga się z nową rzeczywistością.
   Autorka jest elokwentną osobą i nie ogranicza się do banałów, prostoty, którą spotykamy w rzeczywistości i gubi ją to czasem, bo wypowiedzi jej bohaterów bywają nieco odrealnione. Trzeba zachować umiar, a tutaj "liryczna" poprawność wzięła górę i taki zwykły, prosty człowiek jak ja czasami krzywi się, jak po przeczytaniu średniowiecznego romansu. Ale to nie dlatego, że to aż taka romantyczna powieść! Romantyzm tutaj przeplata się z taką brutalnością rzeczywistością jak dobór płciowy i zaspokajanie potrzeb fizjologicznych. Jednak opisów wyuzdanych scen erotycznych się nie uświadczy.
   Podoba mi się styl tej książki, ale co do bohaterów miałabym zawsze jakieś "ale", ale ludzie są różni i nie ma ideałów. To jedno z przesłań tej powieści. Ideałów nie ma, można do nich dążyć jak robił to Syzyf ale cóż... życie to tylko splot nic nie znaczących wydarzeń, wielu bolesnych upadków i pojedynczych, radosnych chwil, które najczęściej pojawiają się wtedy, gdy już wątpimy we wszystko.
   Polecam tę książkę wszystkim kobietom, gdyż panowie mogliby się nieco oburzyć na ich obraz w tej powieści obyczajowo-romantycznej. Zakończenie mnie trochę zaskoczyło, bo nie jest to typowy happy end, ale skłania ono do refleksji: co to jest miłość? I z tym oto pytaniem Was zostawiam.

Miłego weekendu! Oszczędzajcie oczy :)


Wydawca: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 304
Rok wydania: 2010