Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Sonia Draga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Sonia Draga. Pokaż wszystkie posty

9 grudnia 2012

"Starożytne kości" Kathy Reichs


Temperance Brennan zostaje wezwana do Montrealu, gdzie znaleziono zwłoki ortodoksyjnego Żyda, by zbadać, czy ofiara popełniła samobójstwo, czy też została zamordowana. Podczas oględzin miejsca zwłok nieznajomy wsuwa do kieszeni pani antropolog tajemnicze zdjęcie szkieletu, sugerując, że to ono stanowi klucz do rozwiązania zagadki. Tempe szybko odkrywa, że widoczne na fotografii kości zostały znalezione podczas wykopalisk archeologicznych. Dowiaduje się też, że zmarły mężczyzna pod przykrywką firmy importowej prowadził nielegalne interesy na czarnym rynku antyków. W towarzystwie detektywa Andrew Ryana oraz Jake’s Druma, specjalisty w dziedzinie archeologii biblijnej, Tempe wyrusza do Izraela, by odkryć pochodzenie tajemniczych szczątków i zbadać starożytną kryptę, w której zostały znalezione. Wkrótce okaże się, że rozwiązania zagadki należy szukać w zamierzchłej przeszłości, przed urodzeniem Chrystusa, a jej rozwiązanie może podważyć posady największych światowych religii.

   Pierwsza książka Kathy Reichs, choć nie pierwsza z serii, została przeze mnie z powodzeniem przeczytana powodując niedosyt. Czyli tak jak miało być, choć nie powiem, że było nam cały czas po drodze. Przede wszystkim przestrzegam - nie zaczynajcie czytania tej książki w jakimkolwiek środku transportu. Mdłości gwarantowane.
   Ale zacznijmy od samego początku. „Starożytne kości” to ósma część serii o Temperance Brennan, antropolog współpracującej z kanadyjską policją. Co ciekawe, omawiana książka mająca w Polsce premierę 17 października tego roku w Ameryce została wydana w 2005 roku – czyli 7 lat temu. Długo przyszło nam czekać na uzupełnienie serii o „Cross Bones” – jak brzmi tytuł w oryginale. Jednak wydawnictwo Sonia Draga podjęło się tego trudnego zadania i zaraz po wydaniu najnowszych: „206 kości” oraz „Z krwi i kości” (pomijając na razie „Spider Bones”) powróciło do zapomnianej części o kontrowersyjnej fabule. Bowiem Reichs pokusiła się o historię, w której Tempe zostaje wplątana w religijny spór: czy Jezus naprawdę zmartwychwstał?
   Do laboratorium Brennan trafiają zwłoki Żyda – Avrama Ferrisa, który otrzymał dwa strzały w tył głowy i został zamknięty w magazynie swojego sklepu z kilkoma kotami. Jak możecie sobie wyobrazić, po kilku dniach w małym pomieszczeniu, gdzie popsuł się termostat i grasują wygłodniałe koty jego zwłoki nie były w najlepszym stanie. A to bardzo delikatne określenie stanu rzeczy. Jednak Tempe i policjanci wiedzą na pewno, że to nie było samobójstwo, a do tego anonimowy świadek podrzuca pani antropolog zdjęcie bardzo starego szkieletu, który miałby być powodem śmierci Avrama. Ale dlaczego Ferris, ortodoksyjny Żyd, miałby ukrywać czyjś szkielet skoro brak pochówku jest w jego religii najgorszym znieważeniem i dla ukrywającego grzechem?
   Tu zaczynają się schody i dla zwykłego śmiertelnika powiązania nie do odkrycia na pierwszy rzut oka. Na szczęście Reichs ustami bohaterki tłumaczy wiele zagadnień drugiej ważnej postaci – Ryanowi, detektywowi z Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej. Ryan Andrew to partner Tempe. Oboje mają już dorosłe dzieci i prawie cały wolny czas spędzają razem. Rozmowy tej dwójki niejednokrotnie wywoływały u mnie szeroki uśmiech, ponieważ Ryan jest błyskotliwy i zabawny a Tempe nieustępliwa i bardziej życiowa niż w popularnym serialu Kości. A że oboje świetnie tropią zbrodnię to odkrycie, kim jest zabójca Avrama a także, jak naprawdę wyglądała historia Masady – ważnego miejsca kultu Żydów, nie będzie dla nich tak wielkim problemem jak dla czytelnika podążanie za tokiem myślowym znajomych naukowców Brennan. Ponieważ czytanie „Starożytnych kości” wymaga czasami większego niż zwykle skupienia, o ile chcemy wiedzieć, jak do konkretnych wniosków doszli bohaterowie. Do tego Reichs pisze bardzo oszczędnie, zdaniami pojedynczymi. I nie będzie tak łatwo jak w serialach telewizyjnych. Tutaj metody badań są bardziej tradycyjne a dowody bardziej skąpe. I łatwo je stracić. 
   „Starożytne kości” to kryminał zawierający elementy popularno-naukowe i sensacyjne. Bohaterowie, jak żywi, wyskakują z kolejnych rozdziałów i burzą kolejne tezy, stawiane przez duet Tempe i Ryana doprowadzając do coraz gorszych dla najważniejszych religii wniosków. Ale nie bójcie się, Reichs na końcu książki wyraźnie rozgranicza co jest prawdą a co fikcją w tej historii. Może właśnie dlatego dotychczas w Polsce „Starożytne kości” nie doczekały się swojego wydania? Ponieważ wielu łatwowiernym osobom mogłyby namieszać w światopoglądzie. 
   Polecam ludziom o mocnych nerwach. Reichs nie szczędzi opisów rzeczy dla laików makabrycznych i obrzydliwych. I chociaż nie pisze rozwlekle to i tak jej obrazy działają na wyobraźnię, tak samo jak podejrzenia co do losów Jezusa.

8 listopada 2012

"Kasa, forsa, szmal" Kerstin Gier


Carolin ma 26 lat, iloraz inteligencji powyżej 150, mówi biegle ośmioma językami, mnoży w pamięci siedmiocyfrowe liczby, podając w ułamku sekundy właściwy wynik, wspaniale gra na fortepianie i mandolinie.
W wieku 21 lat wyszła za mąż za miłość swego życia, znanego historyka sztuki i sławnego profesora, a przy okazji ojca swego chłopaka. W wieku 26 lat została wdową, gdyż mąż zmarł nagle w Londynie na atak serca, czyniąc ją jedyną spadkobierczynią ogromnego majątku. Zrozpaczona i kompletnie załamana Carolin wraca do Niemiec z prochami ukochanego męża i momentalnie zostaje zaatakowana przez jego chciwą rodzinkę: obrażoną na cały świat pierwszą żonę, rozwydrzone, wrogo nastawione dwie córki, swego byłego chłopaka, który nie może wybaczyć jej ślubu ze znienawidzonym ojcem, i wrednego szwagra nieudacznika, wiecznego pasożyta, który zrobi wszystko, żeby tylko dobrać się do pieniędzy zmarłego brata.

   Piąte spotkanie z Kerstin Gier uważam za szczęśliwie zakończone. Znowu miło było poczytać o perypetiach życiowych niestereotypowej Niemki, opisanych z ogromną dawką humoru przez moją ulubioną autorkę. I chociaż odczułam lekki spadek formy, to mimo wszystko z lektury wyniosę więcej dobrych niż złych wspomnień. Jak już kiedyś chyba pisałam - jak dla mnie Kerstin Gier może wydawać jako beletrystykę nawet instrukcje do pralek czy żelazek. Z takim piórem trzeba się urodzić. Ale, jak zaznacza autorka, gromkie brawa należą się też naszej rodzimej tłumaczce Urszuli Pawlik, dzięki której powieści Gier "wciąż śmieszą".
   Co tym razem dzieje się w życiu głównej bohaterki? Carolin, dwudziestosześcioletnia wieczna studentka (bynajmniej z powodu złych stopni), straciła właśnie ukochanego męża. Dwa razy starszy od niej Karl, ojciec jej byłego chłopaka Leona, umiera nagle, nie odkrywając przed żoną wszystkich kart. Otóż ten oto niedbały o wygląd i obyczaje znawca sztuki, wydawać by się mogło, biedny wręcz, pozostawia żonie w spadku kilka milionów - w pieniądzach, akcjach, dziełach sztuki. Wszyscy są w szoku, ale najszybciej wychodzą z niego brat zmarłego i jego dzieci z pierwszego małżeństwa. Wszyscy czworo: wuj Thomas, Leon i jego dwie siostry pragną zagarnąć jak największą część spadku dla siebie, pomiatając Carolin, której związek małżeński z Karlem nic dla nich nie znaczy.
   W porównaniu do innej powieści tej autorki "Z deszczu pod rynnę", tutaj dzieje się mniej, choć bohaterowie są równie mocno przerysowani i sprawiają może nawet więcej problemów. Spadek dynamiczności akcji "zawdzięczamy" głównej bohaterce, która nie może pogodzić się ze śmiercią ukochanego i w przeciwieństwie do innych bohaterów książkowych w żałobie, nie potrafi się pozbierać po tym tragicznym wydarzeniu. Wciąż rozpamiętuje wszystkie chwile spędzone z mężem i co dziwne, wcale nie denerwuje jej fakt, że Karl ukrywał przed nią majątek. Jej siostra - Mimi - ma co do tego odmienne zdanie i jest na szwagra bardzo zła, tak samo jak i na całą jego rodzinę. Carolin cechuje całkowita obojętność i spokój. No i może odrobinę ekscentryczny sposób bycia - ale za to czytelnicy ją pokochają.
   Co do stylu, niezmiennie cieszy on i zmusza do śmiechu nawet w najmniej odpowiednich momentach. Gier potrafi wycisnąć z każdej scenki trochę humoru i chociaż temat żałoby do zabawnych nie należy to mimo to,  zdarzyło mi się wiele razy szczerzyć do książki. Kreacje bohaterów, jak już pisałam są barwne, nietuzinkowe ale często też przerysowane. Ronnie, szwagier Carolin, przeżywa ciąże razem z żoną, siostry Leona są niemożliwie zadufane w sobie, wuj łasy na pieniądze jak... nawet ciężko mi znaleźć porównanie :)
   Ale czy jest tu miejsce na miłość by dopełnić obrazu w kategorii: komedia romantyczna? Zdecydowanie tak! Jednak nie wymagajcie od Carolin motylków i fajerwerków. Będzie spokojnie, sympatycznie, romantycznie... przyjemnie :) Zdecydowanie przyjemnie będzie się czytało, obiecuję!

14 lutego 2012

"Amerykańska żona" Curtis Sittenfeld



Alice, grzeczna, kochająca książki jedynaczka, urodzona w latach czterdziestych ubiegłego wieku, już we wczesnym dzieciństwie, dzięki swoim powściągliwym rodzicom i małomiasteczkowemu życiu w Wisconsin, poznała zalety grzeczności. Jednak kiedy kończy siedemnaście lat, tragiczny wypadek nadwyręża jej osobowość i ukazuje, jak kruche jest życie i niepewne szczęście. Dlatego też, kiedy kilkanaście lat później spotyka żywiołowego i charyzmatycznego Charliego Blackwella, nawet nie zwraca na niego uwagi: ona jest poważna i rozsądna, on prędzej wyskoczy z jakimś kawałem, niż powie coś mądrego; ona jest szkolną bibliotekarką i zdeklarowaną demokratką on bogatym synem  rodziny będącej filarem partii republikańskiej, ona szkolną bibliotekarką i zdeklarowaną demokratką. Zadowolona ze swojego cichego i bezpretensjonalnego życia, zdaje się być niewrażliwa na jego urok. I nagle, ku swemu wielkiemu zdumieniu, zakochuje się. Próbując odnaleźć się wśród emanującej hałaśliwą energią i zadowolonej, pewnej siebie rodziny Blackwellów, lawirując po meandrach rytuałów country klubu i letniej posiadłości, wciąż czuje się skrępowana swoim niespodziewanym, całkiem dla niej nowym dobrobytem. A gdy Charlie ostatecznie zostaje prezydentem, Alice znajduje się w sytuacji, do której nigdy nie dążyła, i na której jej nie zależało – zdobywa władzę i wpływy, ma przywileje, ale i spoczywa na niej ciężar odpowiedzialności. Rozpoczyna się druga, burzliwa i kontrowersyjna kadencja Charliego w Białym Domu i Alice musi stawić czoła sprzecznościom z jakimi się boryka: Jak może jednocześnie kochać i nie zgadzać się w zasadniczych sprawach z mężem? Na ile ponosi odpowiedzialność za trajektorię swojego życia? Co powinna zrobić, gdy jej prywatne przekonania kłócą się z publicznym wizerunkiem?


   Już dawno nie czytałam tak wyrazistej, dojrzałej i barwnej choć bardzo realistycznej powieści. Autorka już od pierwszych stron snuje świetnie skonstruowaną i dopracowaną w każdym szczególe opowieść, nie oszczędzając czytelnika jeżeli chodzi o intymne, wstydliwe czy nawet dramatyczne wydarzenia w życiu głównej bohaterki – Alice Lindgren.
   Narratorką jest Alice, która z perspektywy dojrzałej kobiety, Pierwszej Damy urzędującej w Białym Domu już drugą kadencję wspomina swoją młodość i drogę jaką przeszła od małomiasteczkowej wzorowej uczennicy, córki i wnuczki, poprzez napiętnowaną spowodowaną tragedią młodą kobietę aż do mężatki polityka ubiegającego się o tytuł prezydencki. Opowieść ta, rozpoczyna się w dniu, gdy Alice wyrusza na zakupy z babcią a w sklepie spotyka kolegę – Andrew Imhofa, którego starsza kobieta bierze za dziewczynkę. Na następnych kartach książki i kolega i babcia odgrywają znaczące role w życiu Alice, dlatego też bohaterka często się do nich odnosi. Babcia jest dla niej wzorem, choć nie zawsze, a Andrew jest jej pierwszą miłością. Niewinną, czystą i niespełnioną, a więc owianą tajemnicą i przesadnie wyidealizowaną.  
   Zdanie z tyłu okładki: „Zrodzony z fascynacji postacią Laury Bush porywający portret niezwykłej kobiety.” nie jest tylko luźną interpretacją – autorka dokładnie przestudiowała biografię prezydentowej i prezydenta USA z pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku i na podstawie ich życiorysów napisała książkę. Oczywiście nie wszystko jest takie samo, nie wszystko idealnie się zgadza ale główne wydarzenia zostały zachowane. Opisywany wypadek z Alice w roli głównej zdarzył się naprawdę i był równie dramatyczny. 
   Czytając, często nie mogłam uwierzyć, że bohaterka przeszła tak wiele i potrafiła się po tym podnieść. Bardzo chciałabym opisać więcej przykładów takich zbieżności, ale pozostawiam to do odkrycia zachęconym czytelnikom. Na początku sama do nich nie należałam – życie Alice wydawało mi się ciekawe, jednak też odrobinę przerażające. Podążając za narratorką, otwierałam drzwi, za które wcale nie chciałam zaglądać. Nie jest to lekka powieść do poduszki. Nie jest też napisana z pewną dozą oczywistości, narratorka rzadko kiedy osądza innych bohaterów, choć czytelnikowi cisną się różne słowa na usta. Przez to często następstwa różnych wydarzeń nas zaskakują a charaktery danych bohaterów nie są takie, o jakie ich podejrzewaliśmy. Autorka niczego czytelnikowi nie ułatwia. 
   Powieść jako całokształt oceniam bardzo dobrze. Problem jaki porusza zmusza do refleksji ale jest podany w przystępny sposób i Curtis Sittenfeld nie wchodzi jakoś szczególnie w rolę moralizatora (chociaż często wskazuje sytuacje godne potępienia, np. rasizm). Alice, kończąc opowieść wraca do "teraźniejszości", gdzie jako sześćdziesięciolatka może pokusić się o pewne oceny aczkolwiek nie potępia nikogo wyraźnie. Jest taka jaka powinna być prawdziwa Pierwsza Dama. Opanowana, z klasą, empatyczna ale i stanowcza. Choćby bardzo chciała, nie jest neutralna politycznie i jej wybory mają znaczenie. Prezydentowa również odgrywa poważną rolę w państwie. To wnioski do których dochodzi ona jak i wszyscy Amerykanie, opisywani przez autorkę. I o to chyba w tej książce również chodzi, o postęp.

15 listopada 2011

"Caryca" Ellen Alpsten

Fascynujący portret Marty Heleny Skawrońskiej, z pochodzenia prawdopodobnie Polki lub Litwinki, córki prostego chłopa pańszczyźnianego, która została żoną Piotra Wielkiego, a po jego śmierci rządziła państwem. Debiutancka powieść Ellen Alpsten, która na przestrzeni pięciu lat od chwili premiery doczekała się aż pięciu wydań. Opowieść, która daje zupełnie nowe spojrzenie na wydarzenia tamtych lat.

Caryca to pierwsza książka opisująca życie i wyniesienie na tron Rosji Marty Heleny Skawrońskiej - postaci, którą do tej pory historycy traktowali dość marginalnie. Fascynująca historia życia pierwszej koronowanej carowej była do tej pory zupełnie nieznana. Pragniemy to zmienić, oddając w ręce czytelników opowieść o wyjątkowo silnej i obdarzonej niezwykłym instynktem politycznym kobiecie, będącą jednocześnie nieocenionym źródłem wiedzy historycznej. Caryca niezwykle trafnie przedstawia bowiem realia epoki, życie i stosunki panujące w Rosji w latach 1690-1727, jak również lata panowania Piotra Wielkiego, prowadzone przez niego wojny i budowę St. Petersburga oraz powiązania polityczne i stosunki z Prusami oraz Saksonią.

   Umarł car. Caryca Katarzyna czeka na zatwierdzenie swojej koronacji. Zausznicy władczyni mają teraz jej los w swoich rękach… Tyle lat na dworze, tyle starań, bezwzględnych i brutalnych czynów by osiągnąć swój cel i przetrwać w dobrobycie do ostatnich dni. Czy – dawniej ubogiej Marcie Skawrońskiej, teraz potężnej carycy Katarzynie Aleksiejewnie – uda się zachować pozycję? To trapi główną bohaterkę, która nad ciałem męża wspomina historię całego swojego życia.
   Jakim cudem polska chłopka z Inflant, córka niemieckich kolonistów, została królową Imperium Rosyjskiego? Zanim otworzyłam książkę nie mogłam sama znaleźć odpowiedzi na pytanie, bo nie wierzę w bajki. Car Piotr nie był królewiczem, a Marta tym bardziej królewną – choć jej przeszłość przed trafieniem na rosyjski front w skrócie wyglądała jak historia Kopciuszka. Osierocona przez matkę, znienawidzona przez macochę, uciekła przed nią z domu.
   Cara poznała podczas wojny ze Szwedami. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia bo jako jedyna się go nie brzydziła. Jednak ich miłość nie rozwijała się tak, jak dzieje się to w czasach współczesnych. Nie przeżyli razem wielu romantycznych chwil, bo po tym co oboje przeszli nie potrafili prawdziwie kochać, a może i potrafili, jednak ich okazywanie sobie uczuć było odmienne od tego, które znamy. Pod tym względem Katarzyna zdecydowanie nie należy do grona przykładowych bohaterek romantycznych, a powieść sama w sobie nie może być bez mrugnięcia okiem wrzucana do kosza pt. romans historyczny.
   Bezwzględność, brutalność, dzikość – to przymiotniki, które oddają charakter postaci powieści. W walce o byt poszczególni bohaterowie nie zawahają się podnieść ręki na drugiego człowieka, na kogoś bliskiego. I zrobią to z zimną krwią. Oprócz tego wiele działań bohaterów cechowało się niezrozumiałym bestialstwem, jak np. spalenie miasta do którego dążył wróg, by ten głodował (przy okazji cierpieli też rosyjscy chłopi, którzy również zostali skazani na śmierć). Zdecydowanie powieść „Caryca” jest pozycją dla czytelników o mocnych nerwach, znających choć odrobinę realia życia w carskiej Rosji. Dla historycznych laików opowieść snuta przez Ellen Alpsten może być szokująca.
   Lektura tej książki była dla mnie nie lada przeżyciem. Po pierwsze, piękna okładka to tylko początek historii; to młoda caryca, która uwiodła władcę Rosji. Później, choć powieść została napisana naprawdę pięknie i cechuje ją bogate słownictwo, to jednak coraz głębsze wnikanie w świat rosyjskiego dworu jest bolesne dla bohaterów jak i czytelnika. Okrucieństwo cara i carycy bywa wręcz niewyobrażalne, a na pewno dla wielu przerażające. Obok tej książki nie można przejść obojętnie i nie pozostawia ona czytelnika obojętnym. Odbiorcą targają emocje ogromne, w przeciwieństwie do głównej bohaterki, która wydaje się być osobą zimną i bez serca.
   Podsumowując, „Caryca” to powieść o władzy, bezwzględności, okrucieństwie, Rosji i tamtejszych obyczajach, o potrawach, o życiu i intrygach. To też ponad pięćset stronicowy wachlarz emocji, jakie odczuwa czytelnik podążając krok w krok za Katarzyną Aleksiejewną, najbarwniejszą postacią kobiecą w carskiej Rosji.


8 marca 2011

"Z deszczu pod rynnę" Kerstin Gier

Gerri nic się w życiu nie układa. Jako jedyna spośród czterech sióstr nie skończyła studiów, nie ma dobrze płatnej, stałej pracy, mieszka kątem na poddaszu u okropnej ciotki, nie ma też – w przeciwieństwie do swoich przyjaciółek - męża ani nawet stałego przyjaciela. Nie ma szczęścia, ani perspektyw poprawy na lepsze. Ma za to trzydziestkę na karku.
Postanawia zatem zakończyć swoje bezsensowne życie. Zdobywa potrzebną ilość środków nasennych, wyrzuca z szafy wszystkie rzeczy, by rodzina nie miała kłopotu z likwidacją mieszkania, idzie do fryzjera, za ostatnie pieniądze kupuje szałową kieckę, by po śmierci jak najlepiej wyglądać i pisze pożegnalne listy. Niemniej nawet w ostatniej godzinie życia prześladuje ją pech i perfekcyjnie przygotowane samobójstwo wcale nie okazuje się takie proste.

   Zdesperowana pisarka tanich romansów postanawia ze sobą skończyć. Nie układa jej się w życiu osobistym, do czego się przyzwyczaiła i co codziennie znosi z pokorą, ale gdy i w życiu zawodowym grunt sypie jej się pod nogami nie może pozostać bezczynna. Samobójstwo z klasą to jedyna rzecz o jakiej naprawdę marzy bohaterka bestsellerowej powieści Kerstin Gier.
   Książkę tę dostałam na osiemnaste urodziny od przyjaciółki. Okładka spodobała mi się od pierwszego wejrzenia ale z racji nawału innych lektur ciągle odkładałam tę pozycję na bok. Od wakacji zdążyła się już porządnie zakurzyć i gdy nadeszły ferie i przygotowanie do niesławnej olimpiady postanowiłam sobie ulżyć w mękach biologicznych i zaszaleć z dłuższą lekturą (z tego właśnie powodu ją odkładałam, książka ma wprawdzie 335 stron, ale małe literki odstraszały mnie na poważnie). Pomyślałam sobie, chociaż zacznę... i nie mogłam przestać. Czytałam do czwartej rano, aż zabrakło mi stron :)
   Geri poznajemy na obiedzie u rodziców. Co niedzielę zbierają się tam też jej siostry (z partnerami i dziećmi, których imion nie wymienię gdyż książka powędrowała w kolejne ręce). Jednak, co najważniejsze, wszystkie miały być synkami, i tak Martin został Martiną, Ludwik - Ludwiką... Geri miała być chyba Gerardem albo jakoś tak i jej imię też nie brzmi przez to najlepiej, dlatego w książce pojawia się jako Geri po prostu lub, jak to uwielbia przekręcać jej matka: Ri-lu-ge, albo: Ma-ri-lu... i tak dalej. Cztery córki to zbyt wiele do zapamiętania.
   Rodzice Geri nie mogą wybaczyć jej przerwania studiów i hańbiącej dobre imię ich rodziny pracy - pisarki romansów (dodatków do czasopism), co wypominają jej przy każdej wizycie i co ukrywają przy każdej rozmowie ze znajomymi czy dalszą rodziną. A fakt, że pomimo trzydziestki na karku wciąż jest singielką, jest tematem żartów na rodzinnych spotkaniach. Sama też zauważa w tym coraz więcej wad, gdyż przyjaciele nieustannie zmieniający stan cywilny i wychowujący kolejne dzieci nie są najlepszymi towarzyszami rozmowy.
   Geri nie ma łatwego życia. Po rzuceniu studiów dla wątpliwej kariery pisarskiej, (która mimo wszystko w pełni ją zadowolą i pozwala przeżyć od wypłaty do wypłaty) nie myślała za wiele o przyszłości i wciąż ma przedłużane umowy o pracę. Od kilku lat pisze jeden romans co dwa tygodnie, co daje około 24 książek rocznie. I cóż z tego, skoro po tylu latach nienagannej pracy w jej firmie zmienia się zarząd a jej grozi zwolnienie? A do tego nowy szef, na którym miała zrobić jak najlepsze wrażenie, przez przypadek ujrzał ją pijaną. I w tym momencie przychodzi jej na myśl tylko samobójstwo.
   W tym momencie akcja zaczyna pędzić jak szalona, a kolejne rozdziały najprawdopodobniej zbliżające do niechybnej śmierci Geri, rozdzielane są jej pojedynczymi listami pożegnalnymi. I nie byłoby w nich nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż Geri pragnie przerwać milczenie i każdemu pisze wszystko co o nim myśli. Dosłownie wszystko. I tu mogę wtrącić - bo spojleruję chyba za bardzo, że te listy są genialne i one właśnie nadają przekomiczny charakter tej książce. Niewątpliwy talent pisarski Geri (i autorki) tylko dodaje im uroku.
   Jak zostaje podane w opisie, w ostatniej godzinie przed śmiercią główną bohaterkę prześladuje potężny pech. Były chłopak spotyka ją w hotelu, w którym chciała spędzić ostatnie minuty życia (na strój i wystrój przedśmiertny wydała wszystkie pieniądze jakie miała) i oboje wpadają na trop pary kochanków, z których kochanka jest narzeczoną byłego chłopaka Geri. I tutaj zakończę,bo mam nadzieję, że sięgniecie po tę książkę.
   Styl autorki jest tak przyjemny, że książkę czyta się bardzo szybko i płynnie, a ironia i komizm wylewają się strumieniami z wszystkich rozdziałów. Ciężko mi opisać wrażenia, gdyż zaraz po skończeniu książki miałam maślane oczy jakbym przeczytała najlepszą książkę na świecie. I dla mnie taką ona pozostanie na długo - jednak za odczucia innych nie ręczę. Nie mogę też znikąd wyciągnąć jakichś powalających statystyk, bo ta książka nigdy nie była na fali popularności - a szkoda. Nie wiem dlaczego innych odstrasza? Może przez to, że autorka jest z Niemiec? - w naszym tolerancyjnym kraju nie powinno to jednak robić żadnej różnicy.
   Wartka akcja i chwytliwe dialogi to kolejny wielki plus tej książki. Czasami powieść aż kipi od akcji i autor traci wątek - tutaj takich tendencji nie zauważyłam. Książka jest dopracowana w szczegółach i dynamika fabuły nie męczy, wręcz przeciwnie, czytając tą książkę zapomina się o całym bożym świecie. W budowaniu napięcia mogę ją porównać do kosztowanych (mało powiedziane) dzisiaj czekoladek ptasiego mleczka. Najpierw zjada się czekoladę z wierzchu, a potem zatapia w miękki środek... i przechodzi do następnej czekoladki :) Tak samo tutaj, żadna strona nie jest zbędna.
Z czystym sercem mogę polecić tę książkę każdej damie :)

Życzę miłego świętowania i przyjemnej lektury!


Tytuł oryginalny: Für Jede Lösung ein Problem
Autor: Kerstin Gier
Wydawca:  Wydawnictwo Sonia Draga
Ilość stron: 335
Rok wydania: 2009