Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Jaguar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Jaguar. Pokaż wszystkie posty

5 października 2013

"GONE. Zniknęli. Faza szósta: Światło" Michael Grant


Od chwili, gdy wszyscy dorośli zniknęli z Perdido Beach, minął już prawie rok. Pozbawieni kontroli i opieki młodzi ludzie przeżyli głód, zarazę, bezpardonową walkę o władzę. Przetrwali. Przynajmniej część z nich. Powrót do normalności był ich marzeniem.Teraz to marzenie może się ziścić i nagle zewnętrzny świat napawa mieszkańców ETAPu lękiem. W obrębie bariery wydarzyło się wiele rzeczy, które nie znajdą usprawiedliwienia w nieświadomym niczego społeczeństwie. Śmierć, okrucieństwo, błędne decyzje, złe wybory... Co czeka na tych, którzy złamali wszystkie prawa rządzące w normalnym społeczeństwie? Może ETAP jest jedynym miejscem, w którym mogą czuć się bezpieczni?


   Od powstania ETAPU minął prawie rok. Ciemność utraciła panowanie i mieszkańcy Perdido Beach nie dość, że mogą cieszyć się widokiem prawdziwego słońca, to jeszcze mają możliwość kontaktowania się (niestety bezdźwięcznie) ze swoimi bliskimi. Oczywiście Ci, którzy przeżyli.
   Nie wiesz o co chodzi, bo wciąż jeszcze nie czytałeś żadnej części serii GONE? Żałuj. I nie tłumacz się wiekiem. Dzieją się tam takie rzeczy, że każdy rodzic powinien tę książkę wyrywać z rąk swego ukochanego dziecka (no dobra, tak do czternastki, mniej więcej) i czytać samemu. Gdy nikt nie patrzy. Wtedy, gdy wszyscy śpią – no dobra, gdy ktoś czuwa w drugim pokoju i w razie czego udzieli wsparcia. Przytuli, pocieszy, powie: „kochanie, to tylko horror”. 
   Ale do rzeczy. „Światło” to ostatni tom serii GONE i podkreślam od razu, jest równie dobry jak wszystkie pozostałe tomy. Autor nie nudzi, jest coraz ciekawiej i… „krwawiej”. Ale czemu się dziwić, gdy sytuacja pogarsza się z minuty na minutę a Ciemność, czyli Gaiaphage przybrała ludzką postać i włada wszystkimi siłami mutantów?
   Pisałam ostatnio, że za dużo pochwał może zaszkodzić, dlatego postaram się znaleźć jakieś wady. Po pierwsze: zakończenie nie jest do końca szczęśliwe. Po drugie: niektórzy przy czytaniu mogą łapać się za serce – tyle złych rzeczy przytrafia się mieszkańcom Perdido Beach, że chyba nikt na tym świecie nie chciałby się z nimi zamienić choćby na minutę. Po trzecie: czasami miałam wrażenie, że walka z Gaiaphage mogłaby skończyć się szybciej, ale wtedy książka byłaby za krótka. Ale w tej ostatniej kwestii mogę się mylić. 
   A poza tym… to miodzio! Myślę, że fani GONE nie są zawiedzeni i z uśmiechem na ustach odkładają ostatni tom na półkę. Ależ to był czas! A samo zakończenie to już wydarzenie, bo przecież serii nie kończy się znowu tak często. Pamiętacie pewnie rozstanie z Potterem czy Katniss. Nie było łatwo. Mi też. Bo chociaż po wielu miesiącach postacie w mojej głowie gdzieś umykają, zacierają się wspomnienia z lektury, to jednak najważniejsi pozostaną. Sam, Astrid, Lana, Mały Pete, Diana, Caine, Ork, Bryza, Edilio, Quinn… długo by wymieniać. Cała plejada. I każdy miał swoje pięć minut. To trzeba przyznać autorowi, kochał wszystkie swoje książkowe dzieci tak samo.
   Zaś sprawy techniczne... Bajka! Styl, fabuła, bohaterowie – wszystko grało. Całe sześć tomów. Nie jest to literatura ambitna ale na pewno nie głupia. Jak już będę mieć dzieci (?), nie pogniewam się, gdy po nią sięgną – ba! nawet im ją polecę – ale dopiero w wieku… dajmy na to, lat piętnastu. 
   Ach, kończę te wywody. Trzeba się godnie pożegnać z Michaelem Grantem (no chyba, że napisze coś w tym stylu – przymierzam się do BZRK ale na razie muszę odpocząć). Dziękuję pisarzowi za te popołudnia, wieczory i czasem ranki spędzone w ETAPIE. Było okropnie! Czyli tak jak trzeba :)

23 października 2012

"GONE. Zniknęli. Faza Piąta: Ciemność" Michael Grant


Perdido Beach, Kalifornia. Zawieszenie broni. Pokój w ETAPie jest kruchy jak szkło.
Cain rządzi w swojej domenie żelazną ręką. Sam nie może zaznać spokoju. Ustanowili nowe prawa, przetrwali głód, plagę kłamstw, wreszcie zarazę… Ale teraz bariera staje się czarna. ETAP ogarnia nieprzenikniona ciemność.
Jednak mrok nie jest jedynym zagrożeniem. Giną zwierzęta i ludzie. Nieznana dotąd moc wywraca ich ciała na drugą stronę.
Im głębsze cienie, tym bardziej Ciemność rośnie w siłę. Ze swego leża w głębi ziemi Gaiaphage sięga po to, czego najbardziej pragnie. Po ludzkie ciało, w którym mogłoby się odrodzić.

   Jeżeli myśleliście, że Michael Grant nie może Was już niczym zaskoczyć, to na szczęście się myliliście.

   Minął ponad rok od czasu, gdy miałam styczność z serią i wiele rzeczy pozapominałam. Zostały mi w głowie tylko podstawowe fakty z życia mieszkańców Perdido Beach i wątpliwości, czy wątki ze świata "na zewnątrz" nie są tylko manipulacją ze strony gaiaphage. Dzięki tej części dowiadujemy się, że nie są. Rodzice naszych bohaterów z wytęsknieniem czekają na wieści z wnętrza sfery, po jej drugiej stronie. 
   Co zmieniło się w Perdido Beach do którego wracamy? Astrid, niegdyś Genialna Astrid, toczy koczowniczy tryb życia pokutując za Pete'a, którego wystawiła na śmierć. Sam jest tylko tytularnym przywódcą nad jeziorem, zaś Caine cieszy się identyczną sławą w Perdido Beach - tak naprawdę obaj zależą od silniejszych psychicznie Edilia i Alberta. Na pierwszy plan wychodzą inne niż dotychczas postacie, jednak najbardziej wybija się na tle bohaterów Ciemność (czyli Gaiaphage) i Diana w ciąży. Tę dwójkę łączy coś, co może zmienić losy mieszkańców ETAPu jak i całą kopułę.
   Mówi się, że kolejne części danej serii cechuje coraz niższy poziom jednak nie można tego powiedzieć o "GONE" Granta. Tutaj każda część jest inna i chociaż wydawałoby się, że autor powinien już wyczerpać dobre pomysły na tę serię i przestać przeciągać strunę wytrzymałości czytelnika to jednak znowu jesteśmy zaskakiwani i wciskani w fotel. Nawet nie wiecie jak bardzo chciałabym Wam napisać, co też zgotował autor na zakończenie! Już nie mogę się doczekać "Fazy Szóstej", która to dopiero będzie ostatnią. Ale ja się na autora za to nie gniewam - z chęcią poczekam na każdą jego książkę.
   Zazwyczaj przykładam dużą wagę do stylu, a przecież Grant nie tworzy bajecznych opisów, nie pisze błyskotliwych dialogów. Jego styl jest prosty i wyważony ale obrazy, które przed nami się malują w trakcie lektury są tak realistyczne lub makabryczne, że nie można się do niczego przyczepić. Akcja toczy się wartko, mamy serię wzlotów i upadków wielu opisywanych bohaterów, którzy - choć krótko, to bardzo wyraźnie - są zarysowani i trudno ich pomylić. I nie ważne, czy mają oni nadnaturalne moce czy nie, wszyscy są tak samo równi wobec nieubłaganej kopuły, która w tej części... ciemnieje.
   Czy bohaterowie zjednoczą się wobec nadchodzącej klęski urodzaju? Czy gaiaphage znów zwycięży i co stanie się z kopułą? Autor odpowie na wszystkie Wasze pytania, wystarczy, że sięgnięcie po tę książkę. Nie poddawajcie się, choćbyście narzekali na słabsze momenty we wcześniejszych częściach. Ja osobiście nie wyobrażam sobie, by ta seria mogła być krótsza. Michael Grant znowu poprawił mi humor, gdy przez tydzień w każdej wolnej chwili dobierałam się do tej książki.
   Nie odmówię sobie przeczytania kolejnej części a kiedyś może nawet odświeżenia sobie tej serii, i choć czasami niektórzy bohaterowie działają mi na nerwy to i tak wiem, że zawsze do Perdido wrócę. Mnogość ciekawych postaci, zawsze świeże pomysły na nowe wątki, zaskakujące moce, brutalna rzeczywistość - która otrzeźwia lepiej niż niejeden kwaśny napój - i pędząca akcja. Zdecydowane braki w wątkach miłosnych również są dla mnie na plus - dzięki temu to powieść dla obu płci, w różnym wieku. Jednak mniej więcej od piętnastu w górę. Niżej ze względów estetycznych nie polecam. I potarzam - to nie jest prymitywna historyjka dla nastolatków.

16 stycznia 2012

"Nevermore: Kruk" Kelly Creagh

Uważaj, czego pragniesz... Możesz to otrzymać.

Uporządkowane życie Isobel, kapitan szkolnej drużyny czirliderek, właśnie zaczyna się walić. Pan Swanson, nauczyciel literatury, wymyślił następny ze swoich koszmarnych projektów. W parach. I kazał Isobel pracować razem z Panem-Ciemności-Varenem, niesympatycznym, wykolczykowanym gotem, z którym nikt z klasy nie zamienił nigdy bodaj jednego słowa. Może dlatego, że z kamieniami ciężko rozmawiać?

Przy bliższym poznaniu Varen okazuje się jeszcze mniej czarujący, niż się zapowiadało. Wesoły jak cmentarzysko, ciepły jak granitowa płyta, a na dodatek potwornie zgryźliwy. Ale ma to, czego rozpaczliwie potrzebuje Isobel – wiedzę na temat twórczości Edgara Allana Poego. Co więcej, jest gotów wziąć na siebie większą część zadania. Walcząc z uczuciem, że podpisuje cyrograf, Isobel przystępuje do projektu. W końcu wspólna praca nie będzie trwała wiecznie...

Albo będzie trwała, jeśli koszmar, który nosi w sobie Varen, wyrwie się na wolność. Wystarczy kilka dni, by przyjaciele odwrócili się od Isobel, kilka dni, by zmieniło się całe jej życie i kilka nieprzyjemnych słów, by najmroczniejsze marzenia zaczęły się urzeczywistniać. Uważaj, czego pragniesz – możesz to otrzymać.

„Nevermore” to debiutancka powieść amerykańskiej pisarki Kelly Creagh, mieszkającej w Kentucky, uzależnionej od kawy pasjonatki twórczości Edgara Allana Poego. Kelly jest absolwentką Uniwersytetu Spalding i instruktorką tańca brzucha.


   Po książce tak długo zapowiadanej, dopieszczanej i chwalonej spodziewałam się fajerwerków. I choć historia wydawała się intrygująca i banalna zarazem – związek gota i cheerleaderki – to miałam cichą nadzieję, że ma w sobie coś magicznego, co porwie mnie bez reszty i sprawi, że wielbić będę pisarkę po wieczne czasy. Cóż... moje początki z twórczością Creagh oraz Poego były krótko mówiąc – trudne.
   Zaczyna się niewinnie: gwiazda liceum i sztandarowa cheerleaderka – Isobel zostaje przez nauczyciela angielskiego wyznaczona do napisania projektu o umarłym poecie Edgarze Allanie Poe wraz z cichym i owianym mroczną legendą gotem o imieniu Varen. Wspomniana dwójka nie miała ze sobą wcześniej wiele wspólnego. Razem uczęszczali tylko na pojedyncze lekcje i nie wiązała ich żadna radosna przeszłość. Isobel wie o Varenie tyle, że ludzie boją się go i wyśmiewają go zarazem, a z drugiej strony chłopak wiedział o cheerleaderce tyle, że chodzi z ważnym zawodnikiem szkolnej drużyny footballu i należy do szkolnej elity. Miał do niej szczególnie wrogi stosunek i uważał ją za niewartą wtajemniczenia w naukowe aspekty wypracowania.
   Projekt musiał zostać napisany, czy to się podobało Bradowi – chłopakowi Isobel – czy nie. Jednak pierwszy krok Varena w stronę jego ukończenia zdecydowanie nie przypadł do gustu piłkarzowi. Got zapisał na ręce Isobel swój numer telefonu, aby po szkole umówili się na wspólną naukę o poecie. Otwarta wrogość pomiędzy chłopakami dała się mocno we znaki Isobel.
   Dlaczego nie potrafię się cieszyć z tej książki tak samo jak większość jej recenzentów? Bo czuję, że autorka mogła ją zdecydowanie lepiej napisać, a tłumacz, przetłumaczyć. Styl wydaje się jeszcze mocno niewypracowany, a niektóre porównania czy przenośnie co najmniej dziwne. Nie mówiąc już o co poniektórych opisach, które pasują do całości jak pięść do nosa. To zdecydowanie rozpraszało mnie podczas lektury. A w sumie, oprócz tego, było co czytać.
   Pisarka nie poszła na łatwiznę robiąc z tej książki romans dla nastolatek. Dzięki fragmentom utworów Poego powieść wskoczyła na wyższy poziom metafizyczny (nie mylić z paranormalnymi opowieściami o cudnych stworach koegzystujących z ludźmi) i zdecydowanie może przypaść do gustu szerszemu gronu odbiorców. Myślę, że mogliby się o nią spokojnie pokusić niektórzy chłopcy, ponieważ narrator jest trzecioosobowy, a nie jak to najczęściej bywa – narratorką jest główna bohaterka. Tym razem mamy szansę spojrzeć na obojga z dystansu.
   Co do bohaterów, to na plus jest usprawiedliwienie ich schematyczności. Varen jest gotem lubującym się w dość mrocznej literaturze a Isobel – mocno uproszczając – lubi skakać, tańczyć i ogólnie być cheerleaderką. Jednak fakt ten nie razi w oczy, ponieważ oboje są naturalni, jak na bohaterów literackich. Polubiłam też Gwen, nieco ekscentryczną i bezpośrednią koleżankę Isobel. Nawet zachowania ludzi z elity były dla mnie dość normalne, chociaż nie powiem, że ich polubiłam.
   Podsumowując, nie taki diabeł straszny jak go malują. Książka Nevermore nie trafi do grona moich ulubionych ale zrobiła na mnie dobre wrażenie. Szczególnie jej druga połowa mocno mnie wciągnęła i od około 250 strony czytałam już jednym ciągiem. Część pozaszkolna była zdecydowanie warta zgłębienia a przenikające się światy realny i poetycko-metaficzny wywoływały u mnie dreszcze. Mam nadzieję, że wkrótce znowu będę mieć do czynienia z tą autorką - ponieważ jej debiut zapowiada całkiem dobry kawałek literatury w przyszłości. Styl jest do poprawki, czyta się lekko i szybko z małymi zgrzytami, ale wyobraźni jej zazdroszczę. Nawet bardzo. 


Za egzemplarz recenzyjny dziękuję ekipie redaktorskiej portalu: zksiazkami.pl :)

2 grudnia 2011

"Dzieci cienie: Wśród ukrytych. Wśród oszustów" Margaret Peterson Haddix

Pierwszy oraz drugi tom bestsellerowej serii „Dzieci Cienie” w jednym woluminie.

Niedaleka przyszłość, na światem ciąży widmo głodu. Rząd ustanawia Prawo Populacyjne, które zakazuje rodzinom posiadania więcej niż dwojga dzieci, jednak niektórzy ukrywają przed światem nielegalnych potomków. Jednym z dzieci pozbawionych przez rząd prawa do istnienia, jest Luke Garner, trzeci syn ubogiej, żyjącej na wsi, rodziny. Wychowany w izolacji, skazany na życie w cieniu, chłopak nie ma styczności z zewnętrznym światem aż do dnia, w którym odkrywa, że w położonym nieopodal domu dobrze sytuowanej rodziny, mieszka ktoś podobny do niego.
W przeciwieństwie do Luke’a, Jennifer znakomicie orientuje się w zewnętrznym świecie. Za pośrednictwem sieci utrzymuje kontakt z innymi nielegalnymi dziećmi, które, podobnie jak ona, marzą o zmianach, o normalnym codziennym życiu. Totalitarne społeczeństwo nie zna miłosierdzia dla niepokornych – czy zakrojone na szeroką skalę plany Jennifer mają jakąkolwiek szansę w starciu z rzeczywistością? A może zorganizowana siatka trzecich dzieci znajduje się pod całkowitą kontrolą rządu?

   Szumnie zapowiadany amerykański bestseller trafił w końcu na półki polskich księgarń. Czy spełnił moje oczekiwania? Na pewno bardzo zaskoczył mnie bezwzględnością i brakiem sentymentów. I choć z trudem się do tego przyznaję, to wciągnęła mnie ta powieść i omotała wokół palca. A tak się wzbraniałam...
   Dlaczego miałam jakieś "ale"? Bo to kolejna antyutopijna opowieść o szarych Amerykanach, którzy mogą mieć tylko ograniczoną liczbę potomstwa, są biedni, głodują  i z zazdrością patrzą na klasę wyższą, której nie brakuje nigdy niczego. Jednak w powieści pani Peterson Haddix cała ta futurystyczna otoczka, która towarzyszy innym książkom tego gatunku (wysoko rozwinięta technika, militaryzm, uniformizm) nie jest szczególnie wyodrębniona. Owszem, istnieje organ zwany Policją Populacyjną tropiący "nadmiary" - czyli trzecie dzieci (bo wolno mieć tylko dwójkę), jednak na tym raczej się kończy. Nie ma, tak jak w "Dobranych" Ally Condie, pełnej kontroli nad życiem obywateli czy zamkniętych stref - dystryktów, jak w "Igrzyskach śmierci" Collins.
   Główny bohater - Luke - z którego punktu widzenia prowadzona jest narracja (ale nie bezpośrednio przez niego), jak nie trudno się domyślić należy do nadmiarów. Jednak jego sytuacja nie jest wyjątkowo beznadziejna, ponieważ jego rodzice są farmerami, mają pola uprawne i las, w którym Luke może się bawić. Do dwunastego roku życia. Kiedy rozpoczyna się właściwa akcja książki, las sprzed domu Garnerów zostaje wycięty i w jego miejscu stawiane są domy dla notabli, czyli bogatych urzędników państwowych. Wtedy też sytuacja Luke' a pogarsza się, bo nie może on zbliżać się nawet do okna, nie wspominając już o opuszczaniu swojego domu, które od tego dnia staje się jego więzieniem.
   Jak to jest być więźniem we własnym domu? Nie wiem, i mam nadzieję nie przekonywać się o tym na własnej skórze. Luke rzadko opuszcza swój pokój na poddaszu i nie wolno mu nawet siedzieć w kuchni podczas posiłku. Czytanie książek może się znudzić nawet najzagorzalszym molom, a co dopiero osobie, która jest zmuszona do umilania sobie czasu tylko w ten sposób? Dwunastolatek szuka więc innej formy rozrywki - a zostaje nią podglądanie innych. W ten oto sposób Luke poznaje inne trzecie dziecko. Dziewczynkę mieszkającą w domu sąsiadów-notabli.
   Jen - druga ważna postać powieści to rezolutna, inteligentna i przy okazji bardzo temperamentna dziewczynka marząca o świecie, w którym trzecie dzieci byłyby normalnością. Nie przyjmuje do wiadomości, że jej marzenia miałyby się nigdy nie ziścić i wciąż igra ze śmiercią, walcząc z systemem. Zna świat, jeździ z mamą na zakupy (pod przykrywką), jest obyta z technologią... - całkowite przeciwieństwo cichego, skrytego i zamkniętego w sobie Luke'a. Czy przekona go, że jego życie jest warte tyle samo co jego starszych braci i jedzenie, które dostaje od rodziców, również mu się należy?
   Dlaczego powstają takie powieści? Przecież żyjemy w wolnym świecie, mamy dostęp do wody, pokarmu, światła, wiadomości, internetu... Możemy wszystko. Czemu więc lubimy czytać o ludziach z ograniczeniami? Nie potrafię na to odpowiedzieć jednoznacznie, jednak wydaje mi się, że aby poczuć wolność, trzeba najpierw zażyć niewoli - i takie książki przypominają nam, że nasze życie jest piękne, ma swoją wartość i jest godne ochrony. Sama odczułam dzięki niej, że mimo piętrzących się przeciwności losu - a od kiedy jestem studentką rzadko co kończy się dobrze - warto cieszyć się każdą chwilą i celebrować te piękne momenty, które daje nam życie. Potrzebujemy takich książek i dobrze że są, ta akurat w całkiem dobrym stylu. Choć napisana z perspektywy chłopca, więc bardziej odpowiednia dla nastolatków niż dorosłych (dla których może być już trochę za prosta). 
   Zdecydowanie polecam "Dzieci cienie" młodzieży, choć - jak zwykle - nie przeczę, że niektórym dorosłym może też się spodobać. Jeżeli szukacie lektury prosto napisanej, którą można szybko przeczytać, np. w podróży, to powieść Haddix będzie idealna. A w związku ze zbliżającymi się świętami można też kupić ją siostrze, bratu, kuzynce czy kuzynowi na prezent :) Na pewno przypadnie do gustu komuś, kto z post-apokaliptyczną literaturą nie miał wiele wspólnego.

23 sierpnia 2011

"GONE. Zniknęli. Faza Czwarta: Plaga" Michael Grant


Czwarty tom bestsellerowej serii GONE: Zniknęli Michaela Granta, współczesny, postapokaliptyczny thriller dla młodzieży. Nie ma już nadziei w Perdido Beach. Ulice zamieniły się areną, na której rosnąca armia mutantów walczy o panowanie nad ETAPem z tymi, których pozbawiono nadnaturalnych mocy. Ale prawdziwa bitwa toczy się niezauważenie w niewielkim pokoju, w domu na granicy Perdido Beach... Mały Pete, autystyczny brat Astrid, śni w morderczej gorączce. Jednak jego upiorne wizje, to nie majaki szaleńca – gdy rozum śpi, budzą się upiory...

Coś szuka dostępu do miasta, coś bardzo, bardzo złego, coś, czego nie można zobaczyć ani pokonać na jawie.



   Kiedy rok temu wzięłam do ręki pierwszy tom GONE (żeby było śmieszniej, to miał być prezent dla koleżanki, jego wina, że przyszedł wcześniej...) byłam pewna, że to musi być dobra książka. Byłam zahipnotyzowana okładką, opis dawał dużo do myślenia - no bo... jak to tak? Nagle zniknęli wszyscy? Tak po prostu, pstryk. Klik i robisz co chcesz? :) Teraz, gdy mam już za sobą czwarty tom, niewiele może mnie zdziwić. Po prostu czytam, wciągnięta w wir wydarzeń, z napiętymi mięśniami oczekuję na atak.
   Dla wtajemniczonych w poprzednie trzy tomy powiem, że szykują się pewne "przełomy" w życiu głównych bohaterów. Sam, Astrid, Lana, Ork, Diana... każdy ich krok w nowe i nieznane będzie inny, gorszy lub lepszy. W końcu wszyscy już rozumieją, że prorokini tak naprawdę uległa Ciemności i śmierć nikomu nie pomoże w ucieczce spod kopuły. Trzeba więc przystosować się do życia, jakie narzucił ETAP i... przeżyć. Wydawać by się mogło, że będzie łatwiej niż kilka miesięcy temu. Drake jest uwięziony, głód zażegnany, Caine utknął na wyspie, rybacy wciąż łowią dużo ryb, robaki na polach uprawnych są obłaskawione, tylko... Albert skrywa przerażającą tajemnicę: woda w jego "prywatnym" jeziorze już się kończy. Do tego, żeby nie było zbyt prosto, nagle dzieciaki zaczynają umierać na ciężką odmianę grypy. Budzące wstręt i mdłości opisy tej choroby jak zwykle serwuje nam niezawodny w tej kwestii Michael Grant.
  Autor serii, chociaż najczęściej skupia się na akcji i dialogach, obnaża również w swej powieści wiele niesprawiedliwości, jakie dotykają bohaterów, niekoniecznie związanych z powstaniem wybiórczo przepuszczalnej bariery. Bohaterowie powieści "Plaga" nękani są ze względu na kolor skóry, upośledzenia, narodowość czy status majątkowy. A co do egzystencji - Grant nie pozostawia nam złudzeń wspaniałej krainy bez dorosłych. Bo cóż zrobić, gdy sprawą kanalizacji nikt się nie zajął? Degustującą odpowiedź znajdziecie w książce.
   Nie chcę za dużo zdradzać z fabuły, bo wiele osób pewnie jeszcze wcale nie czytało serii GONE, a naprawdę powinny to zrobić. Nie jest to głupia książka dla nastolatków, jak wiele osób myśli, mówiąc, że są na takie rzeczy za starzy. Większej głupoty nie słyszałam - bo ta seria jest właśnie bardziej dla dorosłych niż dla dzieci. Wprawdzie seksu tam nie ma, oprócz kilku napomknięć w tej właśnie części, jednak przemocy, brutalności, realizmu jest tyle, że wahałabym się ją dać bratu młodszemu o 5 lat. Naprawdę nie warto skreślać jakąkolwiek książkę na starcie, a tę szczególnie. Za wartką akcję, mnogość wątków, wyrazistych bohaterów - bo historia każdego jest nakreślona i każdy ma swój udział w fabule. Wydawać by się mogło, że królują wybitne jednostki, ale gdy się czytelnik zagłębi w lekturę widzi cierpienia i tęsknoty kolejnych osób, które chociaż nie mają mocy i nie grają pierwszych skrzypiec, to dla tak uprzywilejowanego obserwatora również są ważni.
   W tomie pt. "Plaga" autor nie przedstawia już tak wielu nowych bohaterów co wcześniej i bardzo ogranicza czytelnika znajomość z "nowymi". Panuje choroba, i każdy nowy bohater, to ten, którego za chwilę pożegnamy. Ale za to wątki "starych" są pogłębione. Z bliższej perspektywy oglądamy poczynania Sanjita, Dahry, Astrid, Dekki i nie tylko. Do tego skupiamy się też na tym, co "najważniejsi" robią za swoim życiem i jak ETAP ich zmienił. Sama nie wiem, jak Grant to robi, że bohaterów znamy jak własną kieszeń i jeszcze tyle się w książce dzieje? Choć w czwartym tomie trochę ciężej było mi strawić fabułę, przyznam, że autor poziom nieco obniżył albo historia straciła już świeżość.
   Jednak za nieco niższy poziom nie przestaje się kochać TAKIEJ serii. Bo to przecież tak jak z zakochaniem i miłością. Najpierw widzimy tylko same zalety, brniemy w tę znajomość, pomimo małych wad jakoś wszystko zgrabnie się układa i w pewnym momencie czarę goryczy przepełnia kolejne już rozczarowanie. I widzimy w końcu, co to jest za gagatek. Ale już z prawdziwą miłością jest nieco inaczej. Chociaż zauważamy słabości, potrafimy je wybaczyć, bo zalety rekompensują niedogodności z nawiązką.
   Kocham serię GONE :)

14 sierpnia 2011

"Strażnicy Veridianu. Straż" Marianne Curley


Ethan miał zaledwie cztery lata, kiedy została zamordowana jego starsza siostra, Sera. Teraz, dwanaście lat później, Ethan prowadzi podwójne życie. Z jednej strony jest zwyczajnym uczniem liceum w australijskim mieście Angel Falls. Z drugiej – niezwykle utalentowanym agentem organizacji nazywanej Strażą – strażnikiem czasu, którego misją jest chronienie historii. Nie wolno dopuścić, aby samolubna, nieobliczalna potęga zmieniła bieg przeszłych wydarzeń, aby w przyszłości ugruntować swoją władzę. Tymczasem jednak Ethana spotyka zaszczyt, połączony z wielką odpowiedzialnością: zadanie wyszkolenia nowej Strażniczki. Gdyby jeszcze nie była młodszą siostrą jego byłego najlepszego przyjaciela…
Isabel prawie już zapomniała o chłopaku, w którym podkochiwała się jako dziecko. Nie widziała go od czasów, kiedy pokłócił się z jej bratem. Oczywiście o dziewczynę, piękną Rochelle, która wybrała Matta zamiast Ethana! Ale to nie ma znaczenia – Ethan i tak nie zauważa istnienia Isabel… Aż do dnia, kiedy przypadkowe zdarzenie postawiło jej świat na głowie. Czy to początki choroby psychicznej, czy też naprawdę ma jakieś dziwne moce? I co ma znaczyć to, że Ethan nagle szuka jej towarzystwa?



   Zdziwiona wieloma akcjami mającymi na celu ochronę książki „Strażnicy Veridianu. Straż” przed zapomnieniem postanowiłam zrozumieć jej fenomen. W końcu temat, który porusza autorka wydaje się niezbyt skomplikowany. Grupa ludzi, starających się zapobiegać zmianom w przeszłości prowadzącym, do katastrof w teraźniejszości to Straż. Po drugiej stronie moralnej barykady stoi Zakon zamierzający przejąć panowanie nad faktami historycznymi i wprowadzić na świat ogromne zło. Nie na darmo swoją przywódczynię zwą Boginią Chaosu.
   Jednak akcja w tej książce nie jest tak schematyczna i prosta na jaką wygląda z boku. Oprócz walki o przeszłość wspomnianych zrzeszeń jest też miejsce na potyczki poszczególnych bohaterów. I to one nadają powieści charakteru i smaku. W końcu, jak często w szkole mówimy o czymś ogólnie a zapamiętujemy dopiero poprzez indywidualne przykłady? Owe osobiste porachunki sprawiają, że czytelnik nie jest w stanie postrzegać postaci tylko w białym lub czarnym kolorze, dobra i zła. 
   Wielopokoleniowe konflikty, chowane urazy, tajemnice zabierane do grobu, życie z traumą utraty kogoś bliskiego – czynniki prowadzące do trudnego dzieciństwa Ethana i Isabel, dwójki głównych bohaterów, prowadzących naprzemiennie narrację. Do tego szczypta magii i odkrywanie prastarego Proroctwa przez tę dwójkę… – wszystko to łączy się w niezwykle interesującą i spójną całość, a bohaterowie i ich problemy zostają na długo w pamięci. 
   Jednak nie tylko zawirowania w życiu Ethana i Isabel, dwójki strażników Veridianu warte są uznania. Najwspanialszą częścią tej powieści jest jej subtelna romantyczność. Dawno już żadna historia miłosna nie zrobiła na mnie takiego mocnego wrażenia jak ta wymyślona przez Marianne Curley. Dla tej autorki miłość to nie grom z jasnego nieba, burza hormonów i szybka konsumpcja związku – na szczęście. Ważniejszą rolę od emocji grają słowa i czyny, prawdziwe poświęcenie, oddanie i wierność. Uczucia bohaterów są dla czytelnika pewną tajemnicą, nie są wyraźnie określone – tak jak w życiu – a finał wydaje mi się zaskakujący ale i najpiękniejszy z możliwych. Zdecydowanie warto już tylko dla tego wątku dać książce szansę. 
   Powieść ta nie broni się okładką – adekwatną jednak niedopasowaną do marketingowych wymogów i do charakteru Isabel (której to wizerunek wydaje mi się widnieć na zdjęciu) aczkolwiek: nie ocenia się książki po okładce. Natomiast po lekkości pióra już prędzej – i tu muszę przyznać, że chociaż książka ma ponad 400 stron mogłabym przeczytać ją jednym tchem i nawet tego nie zauważyć. Wartka akcja rzadko przeplatana jest momentami wymagającymi refleksji. 
   Podsumowując, jestem oczarowana historią „strażników przeszłości” Marianne Curley i z niecierpliwością wyczekiwać będę na jej dalszy ciąg w tomie „Mrok”.

21 lipca 2011

"Jestem Jaka Jestem" Cecilia Galante

W życiu dwunastoletniej Hershey nic nie układa się tak, jak powinno. Jej mama, zajmująca się na co dzień opieką nad dziećmi, ma nowego przyjaciela. Slade, choć pozornie przyjacielski i sympatyczny, szybko okazuje się prawdziwym tyranem. Początkowo tylko Hershey dostrzega mroczną część jego osobowości. Zaczyna się od słownych przepychanek i wyzwisk, kończy na próbie uderzenia dziewczynki szklanką. Wydaje się, że nic i nikt nie jest w stanie zmienić stanowiska Elli i przekonać jej, że powinna zostawić Slade'a. Miłość jest ślepa, ale nawet ona kiedyś się kończy. Gdy po nieudanej próbie przekonania matki, że powinna rozstać się z przyjacielem, Slade podnosi rękę na Ellę i zaczyna grozić Hershey, zakochana kobieta decyduje się uciekać przed brutalem i trafia do ośrodka dla ofiar przemocy domowej.


   Nie często sięgam po powieści o bohaterkach poniżej piętnastego roku, bo zazwyczaj spodziewam się tego samego schematu nieprawdopodobnego zakochania dwójki dzieciaków. Gdy na ulicy widzę takie pary na śmierć i życie, sięgające mi do pasa spoglądam na nie z politowaniem (bo jak inaczej?). Tym razem na szczęście wątek miłosny nie istnieje. Dacie wiarę? Zero zauroczeń, wzajemnego wzdychania w swoją stronę i tym podobnych ekscesów. Sama jeszcze nie mogę przyjąć tego do wiadomości, ale to prawda. 
   Głównej bohaterce - Hershey - nie w głowie chłopcy i cudowne zauroczenia, ma na głowie dużo większe problemy. Jej ojczym jest szaleńcem, pedantem po służbie wojskowej, który przeżywa dość często niekontrolowane wybuchy gniewu. Pewnego razu, w złości, uderza szklanką o ścianę i odłamek szkła wpada do oka Hershey powodując wadę wzroku nie do wyleczenia. Od tego czasu nastolatka pisze prosty pamiętnik, złożony z wielu punktów i podpunktów - bo tylko na to pozwala jej chore oko. Wydaje się, że tego już za wiele i po powrocie ze szpitala dziewczyna razem z matką opuszczą w końcu dom Slade'a-sadysty, jednak po pewnym czasie są zmuszone do powrotu. Teraz Hershey wie już, co zrobić, by wyrwać się na zawsze z domu ojczyma - musi wykonać swój Plan, który stworzyła razem z najlepszą przyjaciółką Phoebe. Musi znowu wkurzyć Slade'a. Tylko że wszystko wymyka się spod kontroli.
   Mogę szczerze powiedzieć, że polubiłam Hershey. Rzadko mi się to zdarza, abym aż taką sympatią pałała do którejkolwiek z bohaterek czytanych książek, a już na pewno do takiej, która przy okazji jest narratorką. Zazwyczaj takie postacie są ckliwe, zakompleksione bez powodu, boją się życia i potrafią myśleć tylko o tym, że ten czy tamten jest cholernie przystojny. W tej powieści odkryłam jakby całkiem inną sferę, inne problemy nastolatków: bezsilność, przemoc czy oglądanie świata dorosłych z perspektywy dzieci, które troszczą się o swoich rodziców. 
   "Jestem jaka jestem" to wzruszająca opowieść, przy której czytaniu spędziłam miłe chwile ale i przy której uroniłam parę łez. Często identyfikowałam się z bohaterką, chociaż jest ode mnie parę ładnych lat młodsza. I jest to książka, której nie bałabym się dać do przeczytania  mojej młodszej kuzynce. Kiedy erotyzm wylewa się z każdego wątpliwego "dzieła", a filmy od 12 roku życia serwują nam pikantne sceny łóżkowe, to jest to miła odmiana czytać coś bez takich wątków. Coś prostego, ale pięknego - bo opowieść Hershey o jej życiu, odkrywaniu pasji i zatracaniu się w muzyce jest naprawdę wspaniała na swój sposób. Może i nie jest to literatura najwyższych lotów, bo i styl czasem kuleje i niektóre zdarzenia są jak przerysowane, ale jednak warto.
  Podsumowując, Cecilia Galante stworzyła wspaniałą bajkę o dziewczynce, która odmienia losy swojej rodziny (nie dosłownie, ale jednak trochę) i dla której najważniejsze jest dobro bliskich. Potrafi przełamać się, odłożyć na bok lęki i kompleksy i walczyć jak lwica o to co kocha. Takie historie budują człowieka i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zetknę się z twórczością pani Galant. A książkę "Jestem Jaka Jestem" polecam wszystkim nastolatkom, tym starszym i tym młodszym. Nie zawiedziecie się :)



Tytuł oryginalny: Hershey Herself
Wydawca: Wydawnictwo Jaguar
Ilość stron: 319
Rok wydania: 2010

16 czerwca 2011

"GONE. Zniknęli. Faza trzecia: kłamstwa" Michael Grant

Minęło siedem miesięcy od dnia, w którym skończył się świat. Od dnia, w którym wszyscy dorośli zniknęli.
Ale Apokalipsa dopiero się rozkręca.
Sam i Astrid już wiedzą – z każdym dniem będzie tylko gorzej. Wszechobecny, niekończący się głód, uderzający do głów alkohol i dostęp do broni stanowią piorunującą mieszankę. Ale to nie wszystko. Jedna noc zmienia wszystko w Perdido Beach.
Umarli wstają z grobów.
Gdy z zaświatów powraca znienawidzony przez wszystkich Drake, gdy Astrid toczy nierówną walkę z samozwańczą władzą, gdy Perdido Beach płonie, a „normalni” ruszają na „mutantów”, pojawia się ktoś, kto niesie nadzieję.
Prorokini Orsay mówi, że nadzieją na ucieczkę z tego piekła jest śmierć, że tylko ona pozwala przekroczyć granicę ETAPu... Przerażone dzieciaki zrobią wszystko, by uciec z Perdido Beach. Gdy desperacja przybiera na sile, hamulce są coraz mniejsze. Jak wiele czasu upłynie, nim w mieście dojdzie do zbiorowego samobójstwa?

   Mówi się - czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Również mówi się, że kłamstwo ma krótkie nogi, ale też, że czasem warto kłamać w dobrej sprawie. Biorąc pod uwagę aspekt historyczny, mówienie nieprawdy miało i nadal ma duże znaczenie już nawet w podstawowych zagadnieniach doboru naturalnego, a w tematach bliższych zwykłemu człowiekowi, choćby w propagandzie, lub jak to się łatwiej nazywa kampanii wyborczej. Mogłabym napisać też coś o zatajaniu wyników wyborów tu i tam, historycznych plebiscytach, w których prawda była nieco inna od znanej, ale tylko krążyłabym wokół tematu książki, nie ujawniając wiele z fabuły. A trochę jednak trzeba.
   "GONE. Zniknęli. Faza trzecia: kłamstwa" jak wskazuje nazwa, jest trzecią powieścią należąca do serii GONE, po "Niepokoju" i "Głodzie". Pierwsza część traktowała o początku katastrofy jaką jest ETAP, a druga o sytuacji, gdy dzieciaki nie mogły poradzić sobie z kurczącymi się zapasami żywności.
   W trzeciej części sytuacja pozornie się stabilizuje. Budowany jest (teoretycznie) system życia w ETAPie, młodzież wie już jak zdobywać pożywienie dzięki swoim mocom oraz jak radzić sobie bez prądu, którego brakuje przez Caine i jego bandę, która zniszczyła elektrownię. Początek zapowiada się prawie sielsko, bo do pewnych problemów już zdążyliśmy się przyzwyczaić, np. do anoreksji i depresji Mateczki Mary oraz problemów Sama z psychiką po walce z Drake'iem. Co więc grozi mieszkańcom Perdido Beach?
   Spokojnie, Grant nadal znajduje świetne pomysły na fabułę i pozwala dojść do głosu nowym bohaterom, nie mniej interesującym od tych poznanych w poprzednich częściach. Powraca też do tych starych, którym nadaje wyraźniejsze cechy - i tak na pierwszy plan w tej części będzie wysuwać się Astrid. Genialna Astrid objęła bowiem rządy w radzie miasta, gdzie z sześcioma pozostałymi osobami ma zamiar ustanawiać prawa zaprowadzające porządek w Perdido Beach. Nie można przecież osądzić nikogo bez procesu ani znęcać się nad nim. Sam ma jednak inne zdanie, woli działać. A Caine... na pewno nie pozwoli o sobie zapomnieć, i w tej części również odciśnie na dzieciakach z Perdido Beach swoje piętno.
   Gdybym ktoś spytał mnie, dlaczego tak bardzo lubię serię GONE, w pierwszej chwili odpowiedziałabym: za wszystko. Za genialny pomysł, za bohaterów których lubię, kocham, nienawidzę lub przy których odczuwam strach. Za autentyczność, nie taką wyszukaną i ambitną, ale taką, dzięki której książka naprawdę nas wciąga i nie "poraża". Nie chodzi mi o to, że autor nie zaskakuje, bo robi to cały czas. Ale nie wprowadza absurdalnych sytuacji, które często spotyka się w książkach - dialogi bohaterów są zbliżone do realnych a konsekwencje danych zdarzeń takie same jak w świecie rzeczywistym.
   Czy widzę jakieś minusy? Jestem tak zaślepiona, że chyba nie. Czasami brakuje mi opisów, nie za wiele, ale jednak, ponieważ najczęściej sama buduję krajobrazy w ETAPie. Styl autora jest prosty, dla niektórych to może być problem. Jednak na tym moje spostrzeżenia się kończą, ponieważ lubię takie właśnie książki. Odprężające, wciągające, nie wymagające ode mnie zbyt wiele wysiłku i zrozumienia dla bohaterów. Wolę grać w otwarte karty - co nie znaczy, że Grant jest słaby jeżeli chodzi o budowanie akcji, tajemnice do rozwikłania i pozory. Te właśnie czynniki pojawiały się w "Kłamstwach", szczególnie pozory i tajemnice. Ja po prostu latem bywam leniwa i odpoczywam od mądrych podręczników biologii i chemii.
   Polecam więc i nastolatkom i tym trochę starszym, ponieważ każdy ma prawo do odrobiny zapomnienia w szponach Ciemności, rozdającej karty w świecie pod elektryczną kopułą. A fakt, że powieść jest już trzecią częścią serii, wcale jej nie umniejsza, moim zdaniem, nie jest gorsza od pozostałych.



Tytuł oryginalny: Lies. A Gone Novel
Wydawca: Wydawnictwo Jaguar
Ilość stron: 400
Rok wydania: 2010

***

A teraz to co tygryski lubią najbardziej :) Czyli - omijam bibliotekę do końca czerwca! (Aha... jasne.)

1. "Zawsze przy mnie stój" Carolyn Jess-Cooke - pierwszy egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Otwarte. Mam nadzieję, że nie zawiodę. Książka zaś zapowiada się naprawdę dobrze, po tylu pozytywnych recenzjach nie może być inaczej. Biorę ją w moje łapy zaraz po włóczykijkowym "Zaćmieniu", a przed również włóczykijkową "Australią" - ale czy moje plany wypalą? Nie wiem, oj nie wiem.
2. "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins - bo o tym marzyłam i była akurat w bibliotece :) I nie mogę uwierzyć, że prawie osobiście znam tłumaczkę tej książki, tzn. pani Małgorzata Hesko-Kołodzińska jest córką mojego korepetytora chemii, do którego uczęszczałam przez trzy lata liceum, raz na tydzień. Widziałam ją kilka razy i wiedziałam, że tłumaczy, ale nie podejrzewałam, że któraś z jej książki trafi do mnie tak szybko.
Trochę prywaty: jej ojciec to genialny człowiek, uczył chyba całe miasto chemii na korkach, dzięki niemu wiele osób dostało się na wymarzone studia i powygrywało różne konkursy, a także jest świetny z historii, muzyki, polskiego i angielskiego. Potrafi w środku zadania zacytować jakiś wiersz, albo powiedzieć coś z biografii jakiegoś naukowca... Prawdziwy człowiek renesansu.
3. "W pierścieniu ognia" Suzanne Collins - kolejny nabytek z biblioteki, co widać bo okładce obłożonej śmieszną folią półprzezroczystą. Nie mogłam jej tam zostawić...
4. "Szeptem" Becca Fitzpatrick - kolejna "nowość" znaleziona w bibliotece. Najprawdopodobniej zepchnę ją na koniec kolejki, ponieważ początek jest taki sobie. Ale na pewno dam jej szansę :)
5. "Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia" Marek Tomalik - czwarta włóczykijka w moim domu, się dziewczyny rozpędziły :) Żeby było śmiesznie, wcale się na nią nie zapisywałam... ale co tam, może dam radę? Przewodniki to domena mojego starszego brata, który przyjeżdża za tydzień - może jemu podrzucę...? :) 
Dobranoc i do napisania!

2 czerwca 2011

"GONE. Zniknęli. Faza druga: głód" Michael Grant

Po trzech miesiącach sytuacja w ETAPIE wygląda jeszcze gorzej niż na początku. Resztki radości z powodu zniknięcia dorosłych rozwiały się jak dym – absolutna wolność przemieniła się w absolutny koszmar. Wśród zdesperowanych dzieciaków narasta agresja. Silni i słabi. Obdarzeni mocą i ci, którzy pozostali „normalni” – dwa zwalczające się obozy. Dostępny dla wszystkich alkohol nakręca spiralę gniewu i strachu. Kończy się żywność, nawet McDonalds nie ma już zapasów… Nadchodzi pora GŁODU.




   Często mówi się, że z każdą kolejną częścią danej serii poziom spada i powieści są coraz słabsze. Jednak moim zdaniem, w przypadku serii GONE, druga książka Michaela Granta dorównuje pierwszej i zachwyca pełną akcji fabułą w takim samym a może nawet większym stopniu.
   W pierwszej części autor skupiał najczęściej swoją uwagę na opisywaniu nowych mocy kolejnych postaci, historii Sama Temple i ogólnej sytuacji po powstaniu bariery ETAPu. Powstał konflikt pomiędzy Perdido Beach a Coates Academy (większy niż dotychczas), co skończyło się wielką bitwą i śmiercią wielu niewinnych dzieci.
   W drugiej części wkraczamy w inny świat. Caine, brat Sama i jego największy wróg zarazem, stracił panowanie nad Coates Academy. Przez trzy miesiące zachowywał się jak obłąkany i gdy w końcu przebudził się z amoku poczuł, że Ciemność ma dla niego zadanie. Musi ją nakarmić.
   Sam Temple, dawniej średni uczeń i wielbiciel surfowania na najwyższych falach, teraz pełni rolę burmistrza. Do niego zwracają się ze swoimi problemami wszyscy.  Z tymi naprawdę błahymi (małe dzieci bijące się o pilota do telewizora) i tymi najpoważniejszymi jak zdobywanie jedzenia w ekstremalnych warunkach. Nie ma ani chwili spokoju; razem z Astrid martwią się kolejnymi mutacjami zwierząt, które zamieniają się w krwiożercze potwory, a wszelkie zapasy jedzenia są marnotrawione i kończą się w zastraszającym tempie. Sam powoli załamuje się i z wycieńczenia nie daje sobie rady ze wszystkim. Do tego musi walczyć na dwóch frontach, z żądnym władzy Cainem oraz z zazdrosnymi o moce "normalnymi" dzieciakami, które w swej nienawiści skłonne są zabijać osoby o nadprzyrodzonych zdolnościach.
   "Faza druga: głód" zapewnia czytelnikowi szeroki wachlarz emocji, od strachu do wzruszeń i fascynacji. Odsłaniana jest powoli prawda o Ciemności czyhającej w kopalni na pustyni. Ciągle przewija się ona w tle i główni bohaterowie narażeni są na jej wpływy. Wydaje im się, że mogą ją pokonać, ale to ona pomimo głodu wciąż rozdaje karty i kieruje osobami, które już wcześniej się z nią zetknęły: Laną, Cainem i Drake'em.
   W tej części poznajemy też bardziej postacie, które dopiero w tym momencie odkrywają swoje moce i są one zdecydowanie godne uwagi i podziwu. Wyobraźnia autora nie ma chyba granic. Wszystkie zaplanowane przez niego wydarzenia są dobrze przemyślane, i zgrabnie opisane, przez co pomimo wyraźniej fragmentacji powieści, akcja wywołuje wciąż rosnące napięcie. Myślę, że to jest powodem, dla którego od tej książki po prostu nie można się oderwać. Na wysokim poziomie stoi też narracja, bo autor nikogo w niej wyraźnie nie neguje, nawet Caine'a czy Drake'a i pozwala czytelnikowi na poznanie wszystkich ich argumentów za i przeciw. Ukazuje punkt widzenia każdego z bohaterów, jego historię i poglądy, przez co łatwiej jest zrozumieć poczynania pojedynczych jednostek. Nie znaczy to, że złych charakterów nie ma - jednak granica pomiędzy dobrem a złem nie jest tak wyraźna i odbiorca sam może formułować swoje własne wnioski. 
   Polecam wszystkim, którzy mają w sobie jeszcze coś z nastolatka i nie boją się ciężaru lektury bez wyraźnego happy endu, w której bohaterowie muszą przejść przez gehennę a wciąż nie widać światełka w tunelu. Dreszcz emocji i wysokie napięcie zapewnione, myślę też, że polubicie bohaterów :)

Osobiście jestem naprawdę zachwycona serią GONE i już wypożyczyłam kolejną część w bibliotece. Nie mogę się doczekać, co tym razem wymyślił Michael Grant. I co to będą za "Kłamstwa".



Tytuł oryginalny: Hunger
Wydawca: Wydawnictwo Jaguar
Ilość stron: 650
Rok wydania: 2010