Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. W.A.B.. Pokaż wszystkie posty

12 kwietnia 2015

"Śmierć przybywa do Pemberley" Phyllis Dorothy James

P.D. James wkracza w świat Dumy i uprzedzenia Jane Austen. Akcja sequela rozpoczyna się sześć lat po ślubie Elizabeth i pana Darcy’ego.
Niestety, okazuje się, że nie prowadzą oni tak szczęśliwego życia, jak moglibyśmy oczekiwać. Prócz niedopowiedzeń, intryg, zazdrości i rozczarowania swym związkiem główni bohaterowie napotykają też trudności zupełnie innej natury. Widziane w pobliskim lesie widmo zapowiada nieszczęścia, w tym zabójstwo jednego z członków rodziny. Przepełniona miłością, zazdrością, kłamstwem i cierpieniem "Śmierć przybywa do Pemberley" uwodzi czytelnika, który z wielką łatwością wkracza w ten XIX-wieczny świat i dzieli z postaciami ich namiętności, lęki i nadzieje.

Tak bardzo nie wiem jak zacząć, że piszę co przysłowiowa "ślina na język przyniesie". Jednak uprzedzam, to nie dlatego, że książka jest zła. Może nie postawię jej na półce z ulubionymi, fakt. Może nie polecę jej każdej koleżance, która zapyta mnie, co dobrego ostatnio czytałaś. Ale to nie wina książki, bo widać, że autorka nieźle się nad nią napracowała i cała intryga jest nie do przewidzenia. Zapewniam, zakończenia nikt by nie przewidział. Po prostu, brakowało mi tego czegoś. Tego błysku w oku, czarującego uśmiechu.
Zaczyna się leniwie, spokojnie, sielankowo. Elizabeth jest panią na włościach - dobrą, łagodną, lubianą przez służbę, kochaną przez męża i dzieci. Jej mąż ma analogiczne cechy. W telegraficznym skrócie, bo ich przemyślenia świadczą o zgoła innej sytuacji. Ale ogólnie, jest dobrze. Może i widmo wojny nieco wpływa na nastroje i utrudnia decyzję co do organizacji corocznego balu (bo wiadomo, że na każdy bal czekało się z niecierpliwością i podekscytowaniem) jednak nie na tyle, żeby go nie zorganizować. A zatem przygotowania idą pełną parą. Służba uwija się jak w ukropie. Sprzątanie, gotowanie, pieczenie, czyszczenie sreber... 
I nagle wszystko rozpada się jak domek z kart. Pod dwór podjeżdża powóz z Lydią, siostrą Elizabeth, krzyczącą, rozhisteryzowaną, płaczącą. Bowiem Wickham, jej mąż, w trakcie podróży do Pemberley wybiegł z powozu za przyjacielem i chwilę później w lesie rozległy się strzały. Darcy wraz z przyjaciółmi jadą na miejsce, by rozwikłać tajemnicę i przywieźć ewentualnych rannych. To, co widzą po przybyciu, przez wiele miesięcy nie pozwoli im spokojnie spać.
Wiecie już mniej więcej, czego się spodziewać, a zatem przejdźmy do samych wrażeń. Po pierwsze plusy: nic nie jest jednoznaczne i każdy ma coś za uszami. Każdy z czymś się zmaga i o czymś nieustannie myśli. Po drugie: książka jest napisana po austenowsku, zdecydowanie. Po trzecie: zaskakująca fabuła - i bohaterowie, którym nie można zaufać. Takie zalety przychodzą mi na myśl po tygodniu od czytania.
Jednak niestety, na coś muszę ponarzekać. A mianowicie, dłużyzny. Przeczytałam gdzieś, że ich nie ma, wszystko jest takie dynamiczne i do tego każde zdanie jest ważne. Hmm... Mam inne zdanie w tej kwestii, ale nie jest tak tragicznie jak mogłoby się wydawać. Drugą moją uwagą jest, no cóż, brak dynamiki. Śledztwo mozolnie się toczy, dowiadujemy się dużo o tym, jak wyglądają realia sądowe i co się dzieje w przypadku dochodzenia ale... mało o samej sprawie. Czytelnik nie ma szans na rozwiązanie zagadki morderstwa. Za to jesteśmy na bieżąco z przemyśleniami Darcy'ego i Elizabeth, którzy z perspektywy czasu oceniają swoje decyzje. I tutaj uśmiech do autorki, bo niegdysiejsza panna Bennet, była w pewnym sensie "łowczynią majątków". Cóż, tak wyszło ;)
Podsumowując. Jest dobrze, mogło być lepiej. Albo to ja źle trafiłam. Lubię Austen. Kocham Perswazje. A tutaj, gdzie podobno autorka najlepiej oddaje realia i styl Austen, nie mogłam się odnaleźć i z książki, na którą najbardziej ostrzyłam pazury pozostała powieść, z której niczego nie wynoszę. 
Powstał serial BBC i jeżeli będzie okazja, chętnie go sprawdzę - może po jego obejrzeniu bardziej docenię książkę, którą - przyznam ze skruchą - czytałam na raty. 

A Wy czytaliście tę książkę? Macie o niej lepsze zdanie? Dajcie znać co mi umknęło :)

10 lutego 2015

"Romans to moja praca" Patience Bloom


Patience Bloom od zawsze kochała romanse. Wierzyła, że może być bohaterką własnej romantycznej historii. W końcu dostaje wymarzoną pracę – zostaje redaktorką w wydawnictwie Harlequin... [reszta opisu beznadziejnie zdradza fabułę!]

 






Skoro czytasz tę recenzję prawdopodobnie lubisz czytać romanse i oglądać komedie romantyczne. Nie martw się, nie masz się czego wstydzić. Nie jesteś jedyna / jedyny. Każdy chce dobrze skończyć. Nawet mi się marzy jakiś książę z bajki (No co? Pomarzyć można! Nawet CSom wolno!).
Patience też je lubi (romanse!) i, o dziwo!, spędza z nimi większość czasu nie narzekając na nudę. Wprawdzie studiuje francuski, pomieszkuje we Francji a nawet zostaje nauczycielką francuskiego ale jej największą pasją są romantyczne powieści. A wiara, że historie jak z harlequinów mogą wydarzyć się naprawdę, sprawia, że Patience nie ustaje w poszukiwaniach swojego ideału. Niestety, nie pomaga jej fakt, że ma za sobą rozwód rodziców, kolejni partnerzy są toksyczni / nudni / dziecinni a ona sama zbyt często się przy nich rozkleja. Czytając, współczułam Patience i podziwiałam jej cierpliwość (w tym przypadku imię pasuje do bohaterki, ale tylko do pewnego momentu).
Wydawać by się mogło, że będzie różowo, ot - literatura kobieca, że można się odprężyć, że będzie przystojny i idealny on, piękna i idealna ona. Że to świat stanie między nimi. 
Nie, wszystko jest nie tak. Jest humor, ale dość gorzki, są romanse ale jakieś takie... jak w normalnym życiu (faceci, często bezbarwni lub sfrustrowani, którym ciągle czegoś brakuje i nie chodzi nawet o wierność), jest opowieść głównej bohaterki trzymająca w napięciu (nie zasnęłam, póki jej nie skończyłam). Nie spodziewaliście się tego? Bo ja myślałam, że będzie przyjemnie i lekko. Ale w żadnym razie nie jestem zawiedziona.
Trochę obawiałam się tej książki; tego, że będzie "głupawa" (bo te lekkie takie bywają), pełna stereotypów i chociaż do ideału jej daleko, ani też na półce ulubionych nie postanie, to zdecydowanie cieszy mnie, że ją przeczytałam. Już niedługo zapomnę wszystkie szczegóły, imiona, cechy poszczególnych bohaterów ale nie zapomnę lekcji o nadziei, o byciu niedoskonałym sobą, o pogoni za marzeniami. Nie wiem na ile to wszystko zgadza się z biografią autorki, bo na taką jest kreowana ta książka, ale ufam pani Bloom i mam nadzieję, że takie historie się zdarzają i jest dla mnie jeszcze jakaś nadzieja. Bo o tym, że życie potrafi być zaskakujące już wiem :)
Pod względem technicznym... na początku myślałam, że się nie polubimy ale z czasem czytało mi się coraz lżej i od połowy ciągle było mi mało. Słowa gładko łączyły się w zdania i nic mnie nie rozpraszało. Chętnie przeczytałabym inne książki tej autorki lub chociaż jej publikacje ale przyjdzie mi na to jeszcze poczekać.
Polecam książkę jako prezent dla siebie, dla koleżanki, siostry czy mamy. Czasem będzie śmiesznie, czasem smutno, czasem będziecie utożsamiać się z autorką tak, że nie będziecie potrafiły wyjść z podziwu, porównując wasze przygody miłosne. Patience wie, co mówi. Romans to jej praca. 

4 września 2011

"Artemis Fowl. Kompleks Atlantydy" Eoin Colfer


Kolejna, siódma już część przygód młodocianego przestępcy! Tym razem Artemis wezwał grupę elfów na islandzki lodowiec. Chce uratować świat przed globalnym ociepleniem, ale to z nim zaczyna się dziać coś niepokojącego. Wbrew sobie staje się... miły. Okazuje się, że dopadł go tak zwany kompleks Atlantydy. Jego obsesją stają się dwie cyfry. Piątkę uważa za szczęśliwą, natomiast panicznie boi się czwórki, która w chińskich legendach oznacza śmierć. Ale to dopiero początek. Kompleks Atlantydy wywołuje paranoję, zaburzenia osobowości, a nawet niezdrowe zainteresowanie skrzatem LEProconem. Czy choroba przeszkodzi Artemisowi w uratowaniu świata? 



   Jak ocenić siódmą książkę serii, gdy nie zna się poprzedniczek? Tego nie wiem ale za to mogę podzielić się wrażeniami z lektury "Artemis Fowl. Kompleks Atlantydy". Brzmi śmiesznie, jednak będzie właśnie tak - napiszę co sądzę tylko o tej części i nie porównam jej z żadną inną książką. Fani Eoina Colfera niechaj mi wybaczą i po prostu 7 września pobiegną do księgarni :)
   Kiedy zapoznałam się z opisem z okładki trochę się przeraziłam. Mitologia irlandzka? Chodzi o te małe, zielone i chytre skrzaty? Cóż, moja wiedza o kulturach innych narodów jest wręcz maciupeńka. Znam mitologię grecką, rzymską i po trosze egipską - ale irlandzka? Czym prędzej wzięłam się więc w garść i otworzyłam książkę. Na szczęście autor pomyślał i o tych czytelnikach, którzy dopiero od siódmego tomu rozpoczęli przygodę z Atremisem, i opisał pokrótce historię młodego geniusza i jego przygód ze skrzatami, elfami, duszkami i innymi uzdolnionymi magicznie stworami.
   Artemis Fowl to przebiegły syn swego ojca, szefa mafii, a do tego młody geniusz, który nie grzeszy uprzejmością, jest zamknięty w sobie, gburowaty i uwielbia każdemu dogadywać. Jednak w dzień piętnastych urodzin nie planuje kolejnego przekrętu jak miał to w zwyczaju, a pracuje nad PROJEKTEM, który ma uratować Ziemię przed zagładą. Z tej też okazji spotyka się z delegacją wróżek (kapitan Vinyaya, Holly Nieduża) i centaurem Ogierkiem. Wróżki dziwią intencje Artemisa, to, że jego wierny ochroniarz nie przybył na Islandię razem z nastolatkiem i fakt, że Artemis liczy słowa i wszędzie węszy podstęp. Podejrzewają swojego ludzkiego znajomego o chorobę psychiczną zwaną "kompleksem Atlantydy".
   Pomysł Artemisa wydaje się obiecujący ale oczywiście chłopak nie ma lekko. Wszędzie czają się jego wrogowie gotowi by zaatakować w każdej chwili nastolatka, który wsadził ich do więzienia. Tylko kto tym razem zakłóca jego spokój? Opal Koboi czy brat komendanta Bulwy? Dlaczego Butler nie ochrania Artemisa? I czy Orion Fowl to naprawdę część osobowości Artemisa czy tylko żart ze strony Błotniaka? Wszystkie te pytania pojawią się w głowach czytelników prędzej czy później, przy lekturze emocjonującej powieści Eoina Colfera. Mam nadzieję, że odpowiedzi na nie będą dla fanów satysfakcjonujące tak samo jak dla mnie - nie znającej wcześniej Artemisa skromnej czytelniczki. 
   Szczerze mówiąc, nie mam jakiegoś ugruntowanego zdania o tej książce. Nie poznałam bohaterów zbyt dobrze, gdy czytałam o PROJEKCIE nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać i wciąż zastanawiam się, dla kogo jest ta książka? Na pierwszy rzut oka (strony), wydaje się, że już 9 lat byłoby dość, z drugiej zaś strony, potwory - przeprogramowane amorfoboty zabijające wróżki, przygody w których główni bohaterowie są o krok od śmierci, masa różnych wynalazków komputerowych... Można się pogubić. 
   Nie mogę powiedzieć, że książka mi się nie podobała - bo Artemis w obłędzie był obłędnie zabawny, a jego rozmowy z Holly Niedużą i Ogierkiem przyprawiały mnie o ataki głupkowatego śmiechu. Do tego Artemis i Orion to postacie tak różne i ciekawe, że nie mogłam się oderwać od książki, śledząc ich kolejne kroki i poczynania względem Holly. Obok tych postaci były też te negatywne i niepoprawne jak Przewrot Bulwa, pragnący wrócić do swojej żony, spiskujący w więziennej celi przeciw Artemisowi. Całość składała się na całkiem ciekawą mieszankę osobowościową ale ja czułam się na to wszystko za stara. Przytłoczyła mnie ilość techniki, ilość różnych stworów i w ogóle - zaczynanie serii od środka to nie najlepszy pomysł. Muszę koniecznie przeczytać część pierwszą :)
   Wydaje mi się zatem, że Artemis Fowl i jego przygody skierowane są do grona nastolatków oraz zakręconych zapaleńców, którzy rozpoczynali serię będąc nastolatkami i orientują się w fabule. Ja na razie podziękuję i obiecuję zabrać się za serię od początku gdy będę bardzo chciała się odmłodzić i trochę powariować. Przytłaczająca perspektywa zbliżających się studiów nie pomaga we wczuwania się w klimat :)
 

18 kwietnia 2011

"Gracze" Karina Obara

   "Gracze to powieść o szaleństwie nastolatków; napisałam ją takim językiem, by to szaleństwo zobrazować. Pisałam tę książkę jednym tchem, jakbym chciała przeżyć w literaturze coś, co każdemu z nas, rodziców, mogłoby się przytrafić. 
W ten sposób czułam, że mierzę się z lękiem, przeżywam go, trawię, nasiąkam nim do tego stopnia, że się nim staję, aż w końcu wychodzę poza niego i przestaję go odczuwać. I znów mogę kochać swoje dzieci z wiarą, że moja miłość je ocali - choć jest to rzecz, której my, rodzice, możemy być najmniej pewni, wiedząc, że w wirtualnym świecie, w którym nasze dzieci spędzają coraz więcej czasu, pewne jest tylko to, że ten świat je podnieca."


   Książka wpadła w moje ręce niespodziewanie, znienacka wręcz. Coś tam słyszałam, coś tam czytałam o niej, ale raczej nie wierzyłam w to, że kiedyś będę trzymać ją w rękach, lub że nawet w tym wypadku przyciągnie moją uwagę. A jednak, wygrałam ją w konkursie i gdy już trzymałam ją w dłoni, miękką, czarną, o przyjemnej grafice i fakturze, pomyślałam, czemu nie?
   Z zapowiedzi wynikało, że chodzi o graczy komputerowych, maniaków, ludzi z przekrwionymi oczyma z martwym błyskiem w oku, manią w głosie i dłońmi wykrzywionymi od dżojstika. Można by rzec, nie zawiodłam się. Maniaków jest dwóch, trzeci wykruszył się pod wpływem miłości i gry odtrącił. Jak mógł? – zadaje sobie pytanie Cezary, umięśniony aż nadto nastolatek, noce spędzający samotnie, wpatrzony ślepo w monitor na którym toczy się kolejna walka, część uwielbianej przez niego gry „Misja”.
   Jak to się dzieje, że dobrzy chłopcy kończą źle? I czy to naprawdę dobrzy chłopcy? Cezary, syn Dawida walczącego o prawa słabych i bezbronnych oraz Laury, dobrej i mądrej pani domu oraz Michał, jedynak Ewy, samotnie wychowującej go ekspedientki, która nocami... no cóż, dorabia na wyposażenie lodówki – o czym jednak syn nie wie. Obydwaj radzą sobie dobrze w szkole - jeden lepiej, drugi gorzej, ale do czasu pewnego sobotniego popołudnia, kiedy to mieli być w szkole i uczestniczyć w meczu na zaliczenie nie było z nimi większych problemów.
   Nagle – jeden telefon – i sielanka znika jak ręką odjął a w jej miejsce pojawia się niedowierzanie i druzgocące poczucie popełnienia wielkiego błędu. I jedyne, co kołatać się w głowie rodzica może, to pytanie: dlaczego? Dlaczego?
   Autorka poprzez dziennikarkę śledczą próbuje znaleźć odpowiedź na to pytanie, prawdopodobnie bez odpowiedzi. Jednak powieść Kariny Obary obala pewien mit - a przynajmniej takie jest założenie - zabójcą nie zostaje byle kto. Dlaczego, zostaje w pewnym sensie uzasadnione.
   Książka, jak sama autorka przyznaje, zostaje napisana językiem najlepiej szaleństwo obrazującym. Nie ma zdań krótkich, skończonych i zamkniętych w swej treści. Konsekwencja w działaniu widoczna jest na wszystkich stronach książki gdzie myśli mieszają się ze słowami.
   Mimo wszystko język jest prosty, zrozumiały raczej dla wszystkich, którzy płynnie posługują się polskim. Nie ma wymuszonych udziwnień ani górnolotnych wyrażeń – przez co styl pasuje do sytuacji. Co do fabuły zaś i bohaterów, rzadko się zdarza w książkach aby byli to ludzie standardowi, podobni do naszych sąsiadów, do nas samych. W „Graczach” czułam bliskość bohaterów połowicznie. Łatwiej było mi zrozumieć bohaterów po pamiętnej sobocie niż przed nią. Jedynie dziennikarka Sabina Krop wydawała się całkiem zwyczajną osobą, ze swoim wieczornym czatowaniem, rzadkim sprzątaniem i swoistym celem jaki sobie postawiła: rozwiązać jak najwięcej beznadziejnych spraw, by nikt nie musiał cierpieć tak jak ona po stracie brata.
   Nie powiem, że ta fabuła mnie porwała, że czytałam z zapartym tchem, że akcja goniła akcję. Nie. Fabuła była jedną wielką sinusoidą wydarzeń zwyczajnych, ciekawych, strasznych i smutnych. Z czego większość to i tak tylko opisy, cofające akcję o lata czy tylko miesiące. Wydarzenia składowe, których wypadkową była zbrodnia. Do samego końca czekałam na „coś”, ale chyba w tym oczekiwaniu je przegapiłam, mając przed oczami tylko jedno pytanie: dlaczego?.
   Wydaje mi się, że to pytanie było kluczowe. Nieważna akcja, fajerwerki, ckliwe zakończenia definitywnie zamykające opowieść. Tu takich nie było i za to można autorce podziękować – za chwilę refleksji. Dzięki temu można było skupić się w pełni na temacie przewodnim: grach, które wypaczają rzeczywistość i dzielą ludzi na ludzi i podludzi. Cezary, z misją rodem z „Mein Kampf” planuje oczyścić świat z ludzi gorszych, niepotrzebnych, smutnych i szarych. To właśnie wydaje mu się właściwe.
   Autorka świetnie ukazuje myśli jego i innych bohaterów – w ich ustach możemy nawet zrozumieć ich motywację. Wpadamy w wir ich myśli i z niedowierzaniem kręcimy głowami: oni naprawdę tak myślą.
Podsumowując: uważam, że tę książkę powinien przeczytać każdy, kto walczy z samotnością, swoją przeszłością i nałogiem. Nie tylko tym komputerowym, choć ten jest niewątpliwie najważniejszy. Powieść „Gracze” napisana jest stylem przyjemnym w odbiorze, w pełni zrozumiałym i świetnie oddającym szaleństwo głównych bohaterów. Mimo pozoru stateczności (poza kilkoma momentami rodem z thrillerów) książka pozostawia po sobie ślad w naszej głowie i jest swego rodzaju otrzeźwieniem. Po jej przeczytaniu – komputer nie będzie dla nas tylko mechaniczną skrzynką a najbliżsi namiętnie grający w gry komputerowe, tymi samymi ludźmi, których znamy od lat.



Autor:  Karina Obara
Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Ilość stron: 320
Rok wydania: 2010

26 lutego 2011

"Szkoła Strachu" Gitty Daneshvari


"Drogi kandydacie!
Z przyjemnością informuję o zakwalifikowaniu na letni kurs w Szkole Strachu. Jak już Ci wiadomo, Szkoła Strachu to niezwykle ekskluzywna instytucja prowadzona przez panią Wellington. Celem placówki jest eliminowanie dziecięcych lęków przy użyciu nietypowych metod. Niewielka grupa rodziców, lekarzy, wychowanków i nauczycieli, która wie o jej istnieniu, skwapliwie strzeże naszej anonimowości. To oni udzielają referencji potencjalnym uczniom. Nalegamy, by kandydaci oraz ich rodziny rozmawiali o Szkole Strachu wyłącznie w zaciszu domowym przy włączonym telewizorze, odkręconej wodzie i szczekaniu psa.
W imieniu pani Wellington i całej kadry Szkoły Strachu pragnę powitać Cię wśród naszych uczniów.
Z serdecznymi pozdrowieniami..."

   "Szkoła Strachu” to druga wydana w Polsce książka Gitty Daneshvari. Dostała się w moje ręce przez przypadek: śmieszna okładka, ciekawy tytuł; pomyślałam że to jakiś lekki horror dla nastolatków, więc coś dla mnie, bo wciąż jestem nastolatką a książek naukowych przed maturą mam dość. Chciałam przeczytać coś nad czym nie będę musiała wysilać się umysłowo. I tu – jednak – pozytywnie się zawiodłam.
   Recenzowana przez mnie powieść dla młodzieży napisana jest w sposób ciekawy. Opisy są plastyczne pomimo nie zbyt obszernej wizualnie formy. Autorka potrafi zawrzeć w kilku zdaniach komizm lub grozę miejsca, wygląd danej postaci (każda jest całkowicie odmienna od drugiej i nie ma szans na pomyłkę) lub śmieszną sytuację – bez zbędnych dodatków. Więc ani przez chwilę czytelnik nie ucieka ze swoją uwagą od wydarzeń fabuły, bo nie ma na to szans. Wszystko dzieje się tak szybko i nadzwyczajnie, że nie ma czasu na zastanowienie. Akcja toczy się swoim torem, a czytelnik po prostu w niej uczestniczy.
   Jak już wspomniałam bohaterowie są nietuzinkowi. Theo, Lulu, Madeleine i Garrison zostają przez rodziców wysłani na wakacyjny kurs w tytułowej Szkole Strachu, gdzie mają wyzbyć się swoich fobii. Wydawać by się mogło, że każdy ma jakieś fobie, obawy, ale lęki bohaterów nie dają się wyleczyć ot tak, po prostu. Żaden psycholog czy surowy rodzic nie może poradzić sobie z dzieckiem, które oddycha oparami środków owadobójczych czy wysyła do swojego rodzeństwa co kilka minut smsy: "żywy czy martwy?" Sytuacja jest poważniejsza, ale głębszy wgląd pozostawiam ciekawym tej książki.
   Daneshvari buduje nietuzinkowy świat przedstawiony. Szkoła Strachu znajduje się na obrzeżach miasteczka, które można zwiedzić w kwadrans. Położona jest na wzgórzu, na które można dostać się tylko poprzez hak przyczepiający się do auta… Dzieci są przerażone okolicą, brakiem komunikacji ze światem, nowym otoczeniem, a krążące legendy napawają je tylko większym strachem. Jednak sama Szkoła jest już miejscem egzotycznym. Bo gdzie dyrektorka jest jedynym nauczycielem, w dodatku byłą Miss i wykłada swoją własną historię na zajęciach? W której szkole jest biblioteka pełna brzydkich zapachów, a woźny i kucharz w jednej osobie owija jednym kosmykiem całą głowę?
   Pełna sprzeczności, komizmu, napisana świetnym, lekkim stylem powieść młodzieżowa z nutką grozy. Tak możnaby jednym zdaniem określić tę pełną przygód i wariacji pozycję książkową, która kończy się dla jednych dość przewidywalnie dla innych znów całkiem zaskakująco. Autorka urywa jakby w pół zdania, pozwalając czytelnikowi na własne „szczęśliwe zakończenie” a z drugiej strony zostawia sobie furtkę do kontynuacji. Zdecydowanie polecam ją na prezent dla nastolatka, chłopca czy dziewczyny. Nie ma w niej dużo miejsca na słodkie tete-a-tete, jest tylko zabawa i śmiech.


Tytuł oryginalny: School of Fear
Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Ilość stron: 328
Rok wydania: 2010