Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

12 lipca 2013

"Czynnik miłości" Anna Łacina


Gdyby rodzina Cullenów chodziła do liceum Patrycji, wszystko wyglądałoby inaczej. Ale takie rzeczy dzieją się tylko w książkach. Poza nimi czeka codzienność: despotyczny ojciec urządzający w domu hałaśliwe imprezy, zahukana matka i zgryźliwi nauczyciele. Do tego najlepsza przyjaciółka zakochała się w Tajemniczym Poecie...
A jednak... W życie Patrycji nieoczekiwanie wkracza ktoś bardzo podobny do Edwarda, bohatera ulubionej powieści: ta sama blada cera, podobnie podkrążone oczy, nieziemska uroda... Czy chłopak rzeczywiście skrywa mroczny sekret?
Powieść Anny Łaciny opowiada o dorastaniu do dojrzałej i odpowiedzialnej miłości, trudnych wyborach oraz decyzjach, które mogą zaważyć na całym życiu.
Książka otrzymała wyróżnienie IBBY "Książka Roku 2010".

   Ach! Jak miło było znowu przeczytać książkę pani Anny Łaciny. Tak długo czekałam, by w końcu bez większych wyrzutów sumienia się za nią zabrać. I nie zawiodłam się, mimo oczekiwań. A nawet zaraz po przeczytaniu jej przewertowałam allegro i już do mnie leci kolejna powieść tejże autorki - "Sześć Dominika". Nie mogę się doczekać - szkoda, że przeczytam ją pewnie dopiero w październiku. Ale co tam, warto czekać.
   Tym razem głównymi bohaterkami są dwie przyjaciółki: Patrycja i Magda. Jedna jest szczupła, ładna, wysportowana i bogata, a druga ma lekko zaokrągloną figurę, problemy z cerą, masę kompleksów i ledwo wiąże koniec z końcem. Ale mimo tych różnic dobrze się ze sobą dogadują i zawsze mogą na siebie liczyć. 
   Ta pierwsza to Patrycja, która mimo niewątpliwych atutów urody nie może pochwalić się idealną rodziną, choć pozornie wszystko wygląda dobrze. Ojciec świetnie zarabia, zajmuje wysokie stanowisko, ma wpływowych znajomych ale na tym perfekcyjnym wizerunku widnieje jedna poważna skaza: nie szanuje swojej rodziny a szczególnie żony i pomiata nią na okrągło, szydząc z niej i nie szczędząc jej przykrych słów.
   Magda ma zgoła odmienną sytuację w domu. Żyje tylko z mamą i trochę zazdrości Patrycji ojca i starszego brata. Jest romantyczną duszą i w każdej wolnej chwili pisze wiersze. Wciąż marzy o znalezieniu miłości, takiej na całe życie, ponieważ przykład mamy, która porzuciła jej ojca a teraz skacze z kwiatka na kwiatek raczej jej nie imponuje. Nie chce taka być, a jednak... dowartościować się może tylko u boku chłopaka.
   Wydawać by się mogło, że autorka serwuje nam zwyczajną historię o nastolatkach i dla nastolatek ale im bardziej zagłębiałam się w fabułę, tym poważniej musiałam traktować obie dziewczyny. Choć nie obyło się bez śmiechu, bo Patrycja na początku była wręcz pewna że przystojny kolega to... wampir. Więc wszystkie jego posunięcia kojarzyła z piciem krwi ciemną nocą. Magda zaś musiała często i gęsto tłumaczyć się przed adoratorami, bo zmyślała na potęgę.
   Nie ma jednak róży bez kolców, a tymi były niektóre wyrażenia "młodzieżowe", których w mojej szkole czy okolicy nigdy się nie używało i trochę nie pasowały do współczesnej młodzieży. To może zgrzytać przy czytaniu. Wada niewielka, ale jest. Poza tym, jestem zachwycona i zdecydowanie chcę więcej. I cieszę się, że "Kradzione róże" czytałam wcześniej, gdyż pojawia się połączenie między tymi historiami.
   Podsumowując: lekka w stylu - ważka w treści opowieść o przyjaźni i miłości, zwracająca uwagę czytelnika na problemy ludzi chorujących, na sytuację w kraju, na poważny - dorosły świat. Wciągająca, przyjemnie napisana, z realnymi bohaterkami (Magda była mi szczególnie bliska) i prawie całkowitym happy-endem. Ale jak wiadomo, pełnia szczęścia jest zawsze o krok przed nami.

5 października 2012

"Wilki w modnych ciuszkach" Carrie Karasyov, Jill Kargman



Julia, sprzedawczyni w salonie jubilerskim, to zwyczajna szara myszka. Pewnego dnia dostarcza naszyjnik na ślub Lell Pelham – dziedziczki firmy projektującej ekskluzywną biżuterię. Kapryśna Lell pod wpływem impulsu decyduje się na eksperyment. Na złość przyjaciółkom chce wprowadzić Julię do nowojorskiej socjety, uczynić z niej jedną z przebojowych, modnie ubranych, wpływowych kobiet. Eksperyment jednak wymyka się spod kontroli, gdy Julia wpada w oko mężowi Lell…
Czy w światku fałszywych przyjaźni, intryg i pozorów Julii uda się pozostać sobą i znaleźć prawdziwą miłość?


   Każda książka zasługuje na choćby najmniejsze wspomnienie. Niezależenie od tego, jak bardzo była beznadziejna. I chociaż lubię czytadła, to chyba jednak nie wszelakie jak podejrzewałam i są jakieś granice lekkości pióra. Chyba, że ja już na pewne rzeczy jestem za stara - to też jakiś argument. "Nie czytaj! Termin ważności minął... pięć lat temu!" krzyczy różowa okładka. Nie posłuchałam.
   Jak już kiedyś pisałam, bar w którym pracowałam (nie odwiedzajcie na następnych wakacjach "Baru Zakapiora") prosperował... bardzo nieporadnie, klienci omijali nas szerokim łukiem (niestety słusznie) co za tym idzie - miałam dużo czasu na czytanie. Jednak, z racji iż praca pracą przecież była i jednak czasem ktoś zawitał potrzebowałam lektury lekkiej, nie wymagającej dużego skupienia [dlatego "Ostatnia zbrodnia Stalina" odpadła w przedbiegach]. Wybrałam stosunkowo cienką i prosto napisaną powieść "Wilki w modnych ciuszkach" autorek o ugruntowanej pozycji na rynku wydawniczym, słynących z opowieści o krezusach z Manhattanu. I wsiąkłam na dobre.
   Styl jest prosty, przejrzysty, czyta się z rozpędu nie widząc gdzie koniec ale to jeden z niewielu atutów. Bohaterowie są schematyczni, czasem przerysowani i łatwi do rozgryzienia jak budowa cepa. I chociaż marketingowe chwyty każą nam lubić Julię i jej przyjaciół gejów a także nielicznych rozsądnych dziedziców, to jednak ja osobiście miałam czasami dość oklepanych rozwiązań. Julia jest aniołem stąpającym po równym asfalcie Nowego Jorku, z przezroczystą aureolą. Zajmuje się wolontariatem, jest kosmicznie-zjawiskowo piękna a do tego uwielbia fast-foody i zdarza jej się przekląć. Pomyślicie - jaki anioł przeklina? Ale chodzi mi o to, że pomimo bycia najpiękniejszą ekspedientką na Manhattanie podstępem wciągniętą do świata bogaczy, Julia wciąż zostaje tą samą cudowną, dobrą, mądrą, niezmanierowaną, utalentowaną i w ogóle ze świecą szukać takiej kobiety. 
   Nie myślcie, że pluję jadem (może troszkę). Ale liczyłam na lepszą historię, skoro tego typu książki tak świetnie się sprzedają. I chociaż nie mogę skrytykować tej powieści całkowicie, bo było kilka lepszych momentów to jednak... oczekiwałam czegoś lepszego. Może to moja wina, że nie cieszyło mnie tak bardzo jej czytanie.

19 sierpnia 2012

"Rupieciarnia na końcu świata" Agata Mańczyk


Maryla musi się przenieść z Warszawy do rodzinnej miejscowości matki – Tomaszowa. Dziewczyna buntuje się przeciwko temu pomysłowi – nie chce opuszczać miasta, które lubi, szkoły i przyjaciół. Ale nie ma wyjścia. Nie wie jednak, że przeprowadzka to dopiero początek kłopotów. Marylę czeka spotkanie z babcią i prababcią, które wydają się jej nienawidzić, choć widzą ją po raz pierwszy, a także nowa szkoła i walka o wpływy z lokalną gwiazdą. Okazuje się, że jest także mroczna rodzinna tajemnica do odkrycia…

 

   Zaczynając czytanie tej powieści miałam wiele obaw i wmawiałam sobie, że na pewno mi się nie spodoba, że znowu autorka przesadzi, bohaterowie będą przerysowani, wydumani i schematyczni… No po prostu bałam się ją polubić. Chociaż styl przypadł mi do gustu już od pierwszej strony i szczerze go pani Mańczyk zazdrościłam, to mataczenie matki Maryli – głównej bohaterki – wydawało mi się okropnie sztuczne. Przewidywałam zakończenie, zatem stwierdzam, że było przewidywalne. Jednak mimo to przez długi czas będę tę historię rozpamiętywać.
   Maryla, której imię prawidłowo kojarzy Wam się z Marylą Rodowicz, to nastoletnia warszawianka, należąca do grona kujonów walczących o najlepsze stopnie. Ma dwójkę wspaniałych przyjaciół, aż do teraz prawie idealnych rodziców i niewiele problemów na głowie. I wszystko toczyłoby się tak pięknie dalej, autorka nie pisałaby tej książki… jednak znienacka rodzice Maryli rozwodzą się, dzielą majątkiem i mieszkaniem, a matka wywozi dziewczynę z tętniącej życiem i kulturą stolicy do zabitego dechami miasteczka gdzieś w okolicach Lublina, a mianowicie do Tomaszowa Lubelskiego.
   Tak jak pisałam we wstępie, chociaż styl pani Mańczyk mnie urzekł to fabuła zgrzytała. Maryla zachowywała się jak dla mnie nienaturalnie, tak jak to tylko bohaterowie książek potrafią a nie z krwi i kości nastolatki. I dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że właśnie dlatego ta książka jest inna od wszystkich i tak bardzo mi się podoba. Z tego powodu też każdą wolną chwilę poświęcałam „Rupieciarni na końcu świata” i strona po stronie, dzień po dniu – bo proces pochłaniania z przyczyn niezależnych ode mnie nie mógł być jednostajny i nieograniczony czasowo – dochodziłam do prawdy ukrywanej przez bohaterów drugoplanowych. Jakby nie patrzeć, całkiem ciekawych bohaterów drugoplanowych. Bo można wśród nich znaleźć naprawdę różnorakie indywidua, od najzagorzalszych chrześcijan po najaktywniejsze emerytki i tak dalej. Żadna postać nie została pokrzywdzona jeżeli chodzi o wyrazistość i wbrew konwenansom babcie tutaj nie są babciami. Stety niestety.
   Jak jeszcze napisać, że to nie jest zwyczajna książka młodzieżowa, że nadaje się dla czytelnika w szerszym zakresie wiekowym a historia jest genialna poprzez pomieszanie odwagi zarezerwowanej dla super-bohaterów i realizmu ludzi widywanych na ulicy? Nie mam pojęcia. Brakuje mi słów by opisać wrażenia i waham się, czy dorzucić tę powieść do worka z napisem „ulubione”. Drażniła mnie główna bohaterka. Oj tak, była pyskata, kierowały nią dziwne pobudki ale suma sumarum dążyła do wyznaczonego celu i go osiągnęła. I nie piszcie, że spoleruję, bo jakby nie doszła do rozwiązania to co to by była za książka? Chyba początek jakiejś cudnej trylogii. W tym przypadku mamy do czynienia z pojedynczym, odrębnym dziełem i chwała autorce za to. Na pięciuset stronach zawarła wiele szalonych przygód, wprowadziła kilkanaście ciekawych postaci i co najważniejsze, spięła to wszystko piękną klamrą przyjemnego dla oka stylu. 
   Już wiem czemu nie polubiłam Maryli – bo zazdroszczę jej świetnych przyjaciół. Takich, dla których warto przejechać pół Polski bez zastanowienia. Główna bohaterka nie ma szczęścia do rodziny ale na pewno nie może narzekać na znajomych, a wiadomo – w pojedynkę się wiele nie zdziała. Chyba, że ma się super-moce :)

3 czerwca 2012

"Telefony do przyjaciela" Anna Łacina

Jedna nie wyobraża sobie życia bez sportu, świetnie pływa i żegluje, druga woli szachy i komputer. Jedna flirtuje i łamie serca, druga nieśmiało czeka na wielką miłość. Jedna lubi pisać listy, druga wstydzi się swojej dysleksji. Dwie siostry, dwa charaktery... jeden chłopak. I nic nie jest takie, jakie wydawało się na początku. Dlaczego Marzena nie lubi schodów? Komu śnią się syreny i co może się wydarzyć latem na jeziorze? Anna Łacina ("Czynnik miłości", "Kradzione róże") tym razem opowiada o wytrwałym pokonywaniu przeszkód, zastanawia się nad problemem odmienności oraz stawia pytanie o siostrzaną lojalność i jej granice.


   Rozpoczynało się tako nijako... a kończyłam z wypiekami na twarzy. Za oknem było już widno - wpół do piątej rano! To znak, że coś się dzieje :) Coś dobrego, oczywiście. 
   Ania i Marzena to siostry w podobnym wieku. Po wakacjach Marzena idzie na studia a Ania rozpoczyna ostatni rok liceum. Marzena świetnie pływa i gra w koszykówkę, a także zna języki. Ania jest wybitną szachistką w swojej szkole a do tego interesuje się kryptologią. Wydawać by się mogło, że to (nie)zwyczajne dziewczyny jakich wiele, z problemami, które tak dobrze znamy. Jednak Marzena jest niepełnosprawna. Ma rozszczep kręgosłupa i wodogłowie. Nikt nie może w to uwierzyć - radzi sobie lepiej niż niejedna zdrowa osoba.
   Często mówi się, że im ktoś ma więcej do zrobienia tym pewniejsze, że wszystko wykona. Oraz: im ktoś bardziej nie może, tym bardziej się stara. Szczerze to nie wiem, czy są takie sentencje - taka tam obserwacja życia. W tym przypadku jest podobnie. Marzena, chociaż jeździ na wózku, nie boi się niczego - pływa, prowadzi samochód, co i rusz zwiedza Polskę i odwiedza najciekawsze jej zakątki i imprezy. Nie boi się "flirtować" jak jest zapisane w opisie z tyłu okładki, choć raczej nazwałabym to brakiem lęku przed płcią brzydką. Ania zaś, w pełni zdrowa, ma wiele kompleksów i ciężko ją gdzieś ruszyć. Uważa, że nie ma szans u żadnego normalnego chłopaka, łatwo się poddaje i ulega innym.
   Nadchodzą jednak wakacje, które obie siostry spędzają u dziadków w Iławie. Marzena cieszy się, że może całymi dniami żeglować a Ania boi się wody i jak może unika wypraw z dziadkiem nad jezioro. Dlatego to Marzena jest podczas wypadku Krzyśka na łódce "Sirene" i to ona skacze do wody, aby go uratować. Chłopak przez długi czas leczy się w szpitalu, gdzie dziewczyna odwiedza go ukradkiem. Jednak dziwnym zrządzeniem losu to Ania widzi go pierwsza w pełni przytomnego.
   Chyba nie muszę mówić jak to się potoczy? W sumie... podręcznikowo. Pomyłka, uczucia ulokowane nie tam gdzie trzeba i tym podobne stereotypy opowieści miłosnych. Jednak mimo przewidywalności powieść czyta się tak przyjemnie, tak wciąga, że nie sposób się od niej oderwać, chociaż z perspektywy czasu sam pomysł na nią wydaje się jakby skądś już znany. Nieważne. I tak Wam się spodoba, wierzę w to :)
   Nie przedłużając, gdyż nauka czeka już na mnie dość długo - zdecydowanie polecam twórczość pani Anny Zgierun-Łaciny wszystkim poszukującym dobrej polskiej literatury dla młodzieży. Świetny styl, poczucie humoru i pomysł na gmatwanie życia swoim bohaterom to zalety autorki, którym chyba nikt nie może zaprzeczyć. I mądre, szczęśliwe zakończenie. Nie spiesz się w miłości, nadejdzie sama w najmniej oczekiwanym momencie, piękniejsza niż ją sobie wyobrażano. 
   

21 kwietnia 2012

"Kradzione róże" Anna Łacina

Studentka medycyny wyjeżdża na wymarzone wakacje do Grecji. Tymczasem jej młodsza siostra jak co roku wyrusza do Częstochowy. Po raz pierwszy nie towarzyszy jej nikt z rodziny. Tej pielgrzymki nigdy nie zapomni... 
Co może się przytrafić wśród starożytnych ruin i zapierających dech w piersiach krajobrazów? Czy aby uchronić kogoś przed niebezpieczeństwem wystarczy po prostu mocno kochać? Jak poradzi sobie rodzina wystawiona na poważną próbę? 

Anna Łacina tym razem szuka odpowiedzi na pytanie, na czym polega odpowiedzialność i na ile można zaufać drugiej osobie.



   Dlaczego piszę recenzję tej książki, skoro obiecałam sobie, że tego nie zrobię, a od czasu jej czytania minął ponad miesiąc? Bo trzeba! Mam zamiar przekonać Was po raz kolejny, że polska literatura wcale nie jest taka zła jak ją malują. Po prostu z zagranicy dostajemy mocno przesiane bestsellery (zdarzają się wyjątki!) a tutaj sami musimy oddzielać ziarno od plew i sprawdzać, czy wydawca miał rację. Dlatego też czytanie polskich dzieł jest swego rodzaju wyzwaniem - rzadko wiemy, co nam się trafi. 
   To była przygoda! "Kradzione róże" tak mnie zauroczyły, że czytałam je w każdej pozycji i w każdym miejscu, w którym akurat byłam. Na swoim łóżku, na fotelu w salonie (żeby nie było, że się od rodziny alienuję), przy stole w kuchni (bo akurat mama z siostrą gotowały obiad więc wspierałam je mentalnie...). Chciałabym wymieniać dalej, ale powieść pani Łaciny jest tak genialnie napisana, że wchłania się ją błyskawicznie i ze smakiem. Tak jak czekoladę, jest słodko, smacznie i nawet nie wiesz kiedy zjadłaś cały przydział.
   Co powiedzieć o bohaterach? Pamiętam tylko tyle, że czytając o rodzinie dziewczyn przychodzili mi do głowy Borejkowie. Pięć córek dobrze wykształconych i wychowanych, sympatyczni rodzice, pełna kultura - czyli tak powinna wyglądać normalność. Jednak w tę prawie sielankę wkrada się ktoś, kto pragnie tylko cierpienia innych osób. Ktoś, kogo cieszy naiwność innych i potrafi wykorzystać ją chyba ponad wszelkie granice. Chłopak o wielu imionach - zmora rodziców dziewczyn w całej Polsce. Oby żadna z Was, kochane, nie trafiła na takiego księcia.
   Róża, przyszła pani ogrodnik, jest dobrym człowiekiem; współczuje, pomaga, jest zawsze gotowa do działania. Napotkany w Częstochowie nastolatek, przedstawiający się jako pielgrzym chory na raka, wzbudza w niej litość jednak na początku nie jest ona pewna, czy powinna iść z nim jeszcze do Łagiewnik. Chłopak - o ciekawym imieniu, Ariel - bardzo sprytnie przekonuje ją do swych racji, by potem w ramach ucieczki przed "złymi ludźmi" ciągnąć ją za sobą po całym kraju...
   Jaśmina, starsza siostra Róży i studentka medycyny, w te wakacje wyjeżdża do Grecji razem z grupką znajomych. Wśród ludzi z jej paczki znajduje się Romek, jej były chłopak i wielka miłość (wciąż i niezmiennie). Dziewczyna czuje się więc nie do końca komfortowo. Do tego przez różne przygody plan wycieczki po kraju będącym kolebką cywilizacji wciąż się zmienia, a czas leci. No i co będzie z tym Romkiem nieszczęsnym?
   Nie powiem nic więcej o fabule bo już i tak pewnie zdradziłam zbyt wiele. Uwierzcie mi na słowo, i kilku innym molom z http://www.ksiazkimlodziezowe.fora.pl że czytając tę powieść aż ciarki po ciele przechodzą, i człowiek łapie się za głowę nie mogąc uwierzyć w to co czyta - bo to wszystko jest takie nieprawdopodobne, choć pewnie prawdziwe. Jeżeli chcecie przeczytać coś, co wstrząśnie Wami do głębi, a nie cieszy Was widok flaków na wierzchu, to książka idealna już czeka. Nie dajcie się zwieźć sympatycznej okładce. Kradzież to kradzież, a po tej róże nie będą już takie same...


Zabrzmiało złowieszczo? Wybaczcie! Mam czasem skłonności do dramatyzowania :) 
Pozdrawiam i do napisania!
Marta
   

30 września 2011

"Pocałunek Anioła Ciemności" Sarwat Chadda

Musi być bezlitosna. Musi zabijać. Nie dano jej wyboru. Codzienność Billi jest daleka od normalności. Cel jej życia to przygotowanie się do roli templariuszki. Elitarny zakon przetrwał do czasów obecnych, a jego członkowie walczą z przeklętymi: wampirami, wilkołakami, upiorami oraz upadłymi aniołami. Dziewczyna jest samotna, pragnie ciepła i zrozumienia. Nie wie, czy bycie mniszką i jednocześnie pogromczynią potworów jest tym, czego chce. Życie Billi się zmieni, gdy pozna Mike’a – przystojnego chłopaka o fascynującej osobowości, skrywającego mroczny sekret i, jak się okaże, bardzo niebezpiecznego... „Pocałunek Anioła Ciemności” to mieszanka romansu, wartkiej akcji, grozy i nawiązań do tajemnic templariuszy, a także biblijnych opowieści. 


   Książkę nabyłam przy okazji jakiejś wymiany, z ciekawości, przez okładkę - bo lubię eksperymenty. Później przeczytałam recenzję, bardzo niepochlebną i pomyślałam: "No nie! Ładnie się wpakowałam...", i odłożyłam ją na gorsze czasy. Jednak los spłatał mi figla bo chciałam dać coś koleżance a nie miałam kasy na nówkę, więc myślę: "dobra, zanim ją oddam, zobaczę co to za gagatek". I się wciągnęłam :)
   Billi to nietypowa nastolatka mieszkająca w Londynie. Nietypowa, bo... - nie, nie jest wampirem, nie ma magicznych mocy, nie czyta w myślach - cały wolny czas spędza na nauce władania mieczem (różnymi mieczami), co ma jej pomóc w walce z wszelakimi demonami. Do takiego życia zmuszana jest przez apodyktycznego ojca, który dowodzi współczesnym templariuszom. Stracił on żonę, a Billi matkę podczas jednej z walk z "niewiernymi" - co ocaliło główną bohaterkę od śmierci (motyw znaczenia drzwi krwią niewinnych). Jednak teraz, w wieku 15 lat, Billi odczuwa to wszystko najdotkliwiej. Musi przejść próbę, jej najlepszy przyjaciel wyjechał kształcić się do Jerozolimy (również należy do grona templariuszy - jest wyrocznią), ojciec jej nie docenia, a ona chodzi codziennie do szkoły posiniaczona, przez co interesuje się nią opieka społeczna i wścibskie koleżanki. Sytuacja nie do pozazdroszczenia.
   Pojawia się jednak ktoś, kto chce ulżyć w cierpieniach Billi i wyciągnąć ją czasem do realnego świata. Mike Harbinger - przystojny chłopak, który uratował dziewczynę, gdy napadli na nią w metrze trzej złodzieje. Jednak czy jego zamiary są takie szczere i niewinne? I czemu tak bardzo nie lubi go przyjaciel Billi, który niedawno wrócił z Jerozolimy? Pytań jest wiele ale i odpowiedzi autor nam nie szczędzi, bo akcja rozwija się bardzo szybko. I chociaż z wiedzy o człowieku i jego ciele Sarwat Chadda powinien dostać jedynkę (przekonacie się co to za kwiatki, jak przeczytacie) to jednak przymknęłam na to oko (nie wszyscy kończyli biol-chem^^) i po prostu oddałam się lekturze. Może i jestem naiwnym czytelnikiem jednak "Pocałunek Anioła Ciemności" mimo wszystko (czytałam inne recenzje) podobał mi się bardzo i z chęcią sięgnę po następną część.
   Z racji iż im bliżej szkoły, tym mniej mam wymagań co do książek, mogłabym tę powieść przeczytać jeszcze raz bez narzekania. Jest lekka, przyjemnie napisana, i chociaż temat nie jest prosty, to autor wynagradza nam to swoją naiwnością (delikatne porównanie do amerykańskich happy endów) - ale nie przeszkadza mi to. Od dawna szukałam właśnie takiej książki. I może byłoby to niesprawiedliwe w stosunku do innych książek, gdybym w jakiejś skali dała jej 5 na 6, jednak urzekła mnie historia Billi. Dlatego też powiem Wam: dajcie jej szansę, gdy spotkacie ją w bibliotece, Taniej Książce czy u koleżanki na półce. Czasem warto przeczytać coś tak cudownie naiwnego i pięknego :)

20 sierpnia 2011

"Akademia Wampirów" Richelle Mead

Tylko najlepszy przyjaciel może ocalić ci życie. Zwłaszcza jeśli twój wróg jest nieśmiertelny… Akademia wampirów to cykl powieściowy, który pokochały już miliony czytelników. Często jest porównywany ze „Zmierzchem” Stephanie Meyer. W szkole imienia świętego Władimira wampiry czystej krwi – moroje – uczą się posługiwać swoimi nadnaturalnymi darami, a mieszańce – dampiry – szkolą się na ich opiekunów i oddanych strażników. Posępne mury kryją jednak więcej mrocznych tajemnic, niż można by podejrzewać. Lissie Dragomir, morojce ze szlachetnego rodu, grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Czy dampirka Rose, połączona z nią telepatyczną więzią, zdoła ochronić przyjaciółkę?    


   Do książki "Akademia wampirów" podchodziłam z dużymi nadziejami, ponieważ słyszałam od wielu osób, że cała seria jest genialna, Dymitr to najlepszy bohater książkowy a pani Mead najlepiej pisze o wampirach. Nie wątpiłam, w końcu niewiele książek przeczytałam w tej tematyce i najczęściej wrażenia nie był zbyt dobre. Pomyślałam nawet, że może kupię sobie całą serię... - ja zawsze robię dalekosiężne plany. Na szczęście jednak nie rzuciłam się do kupna, bo "Akademia Wampirów" - przynajmniej dla mnie - jest książką raczej przeciętną. 
   Apetyt rośnie w miarę jedzenia, można też zapisać jako: im więcej się czyta tym mniej się docenia. Może i moje "tłumaczenie" nie jest najlepsze ale tak właśnie pomyślałam po przebrnięciu przez wspomnianą książkę. Gdybym przeczytała tę powieść rok temu... ach, wciągnęłaby mnie mocniej niż Zmierzch :) Bo gdy przeczytałam pierwszą część serii Meyer od razu rzuciłam się w wir poszukiwań e-booka drugiej części a zaraz po tym zakupiłam na allegro "Księżyc w nowiu". Myślałam, że zanim dojdzie książka trochę już poczytam na komputerze - tak mocno wciągnęła mnie opowieść Edwarda i Belli. Tym razem ze stoickim spokojem poczekam w kolejce bibliotecznej, a nawet jeszcze dłużej.
   Rose, główna bohaterka powieści i jej narratorka jest dampirem, czyli pół-wampirem, pół-człowiekiem. Uczy się w Akademii imienia świętego Władimira. Ten święty dobrze się Wam kojarzy, bo w książce Mead świat fikcji miesza się ze światem realnym bardzo płynnie i wampiry dość chętnie uczęszczają do kościołów czy cerkwi. Zależnie od wyznania. Rose niechętnie odwiedza świątynie ale o tym potem. 
   Rose i Lisa są połączone telepatyczną więzią - Rose potrafi wniknąć do umysłu Lisy i często odbiera nawet z bardzo daleka jej silne emocje: strach, złość, radość. Przyjaźniły się od zawsze ale to wypadek jakiemu uległy i który obie przeżyły połączył je w ten sposób. Wypadek, w którym zginęli rodzice Lisy i jej starszy brat. Od czasu tego zdarzenia dziewczyny są nierozłączne i są dla siebie jedynym wsparciem. Matka Rose porzuciła ją krótko po urodzeniu by dalej móc pełnić rolę strażniczki. Do tego w końcu stworzone są dampiry, by strzec wampiry czystej krwi - czyli moroje - przed strzygami (wampiry pijące krew innych wampirów). Rose chce pójść w jej ślady będąc opiekunką Lisy. Wszystko wydaje się jak najbardziej w porządku, jednak nie mogłam przebrnąć przez początek. Dopiero gdy powiedziałam sobie, że muszę przeczytać tę książkę, bo zbliżał się termin oddawania do biblioteki, rozkręciłam się na tyle, że gdy kończyłam na niebie już widniało.
   W powieści dzieje się wiele, jest ciekawie ale styl autorki nie bardzo mi się podobał. Ostatnio coraz bardziej irytują mnie książki napisane w pierwszej osobie. Ta też nie zachwycała pod tym względem. I jeszcze Rose - kiedy ma się problem, żeby polubić główną bohaterkę, ciężko jest strawić świat przez nią przedstawiany i tak też było w moim przypadku. Rose uważana jest za jedną z ładniejszych uczennic Akademii i korzysta z tego najlepiej jak potrafi. Cały czas flirtuje, z lubością rozpisuje się o swoich zaletach (w tym wyglądu) i tak dalej. Nie żebym wielbiła zakompleksione bohaterki jednak w pewnym momencie już mnie to nudziło. Oprócz tego, była postacią z krwi i kości, która popełniała często błędy i ponosiła ich konsekwencje. Różowo nie było, co zdecydowanie było na korzyść książki, bo element nudy raczej nie istniał. Aczkolwiek, po przeczytaniu książki nie wracam do niej myślami a nawet mogę rzec, że wiele rzeczy zapomniałam. Przyznać jednak muszę, że koniec końców przekonałam się do Dymitra.
   Podsumowując - bo brat czeka na swoją kolej przy monitorze - gdybym oceniała książki w skali szkolnej, "Akademia Wampirów" dostałaby bardzo mocną czwórkę, w porywach minus pięć. Bardzo podobał mi się opiekuńczy stosunek Rose w stosunku do Lisy, legenda o świętym Władimirze i nieco inny pomysł na wampiry. Dampiry, o których wcześniej tylko słyszałam, zdecydowanie zyskały w moich oczach po tej lekturze a ich "stworzenie" urozmaiciło fabułę. Książkę polecam, i owszem, bo warto poznać rodzaj wampirów stworzonych przez Richelle Mead, jednak nie obiecuję cudów.